Z powodu osaczenia przez zdziczałe odtwarzacze, przeważnie lecące przypadkowo przez dziwne zasoby, wpadam okazyjnie na nieco zapomniane acz genialne kawałki. Ostatnio było jakieś spiętrzenie rzeczonych utworów, stąd ulęgła się notka geriatryczna.
Nie idzie mi tylko o dobroć tej twórczości w sensie muzycznym czy "kultowości", ale w różnych prywatnych sensach i emocjach, stąd jest to zapis raczej w duchu
innej notki sprzed dekady, niż tylko "co mi się podoba" albo "czego przeważnie słucham".
Inne kwestie, w których zorientowałem się dopiero pisząc notkę (pożytki z bloga): wszystkie te kawałki są z płyt, które tak ogólnie mają dla mnie wyjątkowo duże stężenie dobroci... Oraz że wszystkie przypadkowo są "romantycznymi piosenkami o miłości i związkach"; ale dla bardzo specyficznych znaczeń "romantyczny", "miłość" i "związek".
Madonna, "Falling Free" (MDNA)
Rozpływałem się nad "Falling Free"
zaraz po premierze płyty MDNA (ale że 14 lat temu?? odmawiam!) i nadal "tak mu zostało". Ostatnio kiedy player zarzucił ten utwór, miałem znowu wzrusz jakie to wielostronne piękno i dobro. Oraz poszedłem po latach sprawdzić, czy ten utwór to raczej apostrofa do jej dziecka, czy do Guy'a Ritchie (jednak do Guy'a, na tle ich rozwodu parę lat wcześniej). A otwierające "When I move a certain way, I feel an ache I'd kept at bay" odbiera się nieco inaczej, kiedy się jest w ówczesnym wieku Madonny; i nie mam na myśli tylko poodbijania fizycznego, ale też emocjonalne i umysłowe.
Florence + the Machine, "No Light, No Light" (Ceremonials)
(Nadal nie było porządnej notki o Florce i Maszynie pomiędzy 60 o muzyce, hańba mi; ale przez dekady rozrzuciłem po blogu mnóstwo wzmianek i zajawek o nich, więc czuję się nieco rozgrzeszony.)
Niedawno (w końcu 2025) wyszła ostatnia płyta Florki i spółki "Everybody Scream", niezła, bo F+tM nie miewają złych płyt, ale jednak moją ulubioną pozostaje "Ceremonials" (też "niedawna", zaledwie 15 lat, jak "MDNA" powyżej...). Parę kawałków z "Ceremonials" rządzi i panuje, ale numero uno jednak pozostaje powyższy "No Light, No Light", z wielu emocjonujących emocjonalnych powodów.
Skądinąd, kiedy ostatnio odtwarzacz zarzucił to, jw. poszedłem sprawdzić coś tam z tekstu, i przy okazji poznałem historyjkę powstania utworu. Jak mówi Florence:
Poszliśmy na urodzinową balangę Roba [członka zespołu] do całonocnej knajpy "Midnights" w Brukseli. Po tej zabawnej restauracji pojechaliśmy naszym busem dalej w trasę [koncertową], wszyscy nieco pijani, i mieliśmy "Hej, napiszmy piosenkę!". I nagrywaliśmy w czasie jazdy, a za podkład basowy, który słychać w intro, robił autobus. I dojechaliśmy do Amsterdamu, "Trzeba oblać tę piosenkę! Znajdziemy jakiś bar, który serwuje alko o 7 rano! Lecimy!". I pokłusowaliśmy przez Amsterdam i znaleźliśmy jakiś bar, który miał tylko Midori [likier Suntory]. Z tymi jasnozielonymi szklanami ja i Isa [z zespołu] wyglądałyśmy jak dwie zwariowane babcie.
Może alko bywa problemem, dla Florki też, ale jak rany, od takich opowiastek o kreatywności Prawdziwych Artystów (R) mam "WTF?" i posysam kciuk siedząc w kąciku grafomana.
Z jeszcze innej beczki, chyba Florka i Maszyna to był ostatni profesjonalny koncert na jakim byłem, w 2019
gdzieś tak około 2018, jeszcze w Szkocji. I zaprawdę powiadam wam, mało co przebija na moim fajnometrze obrazek, kiedy pod zamkiem Edynburg, przed sceną Ross Bandstand w dolinie the Mound,
tłumek skacze do Florki "Ship to Wreck", GDY NAGLE jako jej wsparcie basowe nad sercem Edynburga przelatuje para Eurofighterów. Nie mówię, że piloci se skoordynowali przelot z oglądaniem koncertu z myśliwców, ale jest to całkiem możliwe...
Deine Lakaien, "Kiss" (White Lies)
Płytka "Kasmodiah" był dla nas pierwsza i w ogóle, ale "White Lies" w 2002 dostarczyła rurociągiem, Daine Lakaien kręciło się we wszystkich moich głośnikach (o nich akurat miałem muzyczną notkę, numer 6 z 60...). A z "White Lies" najbardziej zakręconą i ukochaną była i nadal jest przedziwna szanta o, hm, miłości, powyższe "Kiss".
Zaraz, nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym, przecież Daine Lakaien nadal kręci mi się ciągle po odtwarzaczach, przez ćwierć wieku, i nie ma zamiaru przestać.
Skądinąd, "Kiss" jest też doskonała do sprawdzania ludzi twierdzących "słucham najróżniejszej muzy, możesz puścić co chcesz!". Okej, dyżurnym wykidajłą na moich playlistach, który w tym momencie wstaje z krzesełka i robi chrup-chrup łapskami, zanim przy... delikwentowi, pozostaje oczywiście Rammstein; ale w wersji bez łamania konwencji praw człowieka i szczególniej wobec szprechających dobrze po angielsku, "Kiss" jest jeszcze "zabawniejsze", bo niby nic takiego, a ludziom wybuchają mózgi.
Rea Garvey, "March On" (Pride)
O Rea też nie miałem oddzielnej notki, naprawdę hańba mi. Jego wiele płytek obraca się w naszych CDkach i sieciach, od dekad.
Najdziwniejszą, w pewnym sensie najbardziej zakręconą i zwracającą moją uwagę była piosenka "March On", niby zwykły rockowy hymn-marsz, ale z tym tekstem i konotacjami, proszę wstać. Chyba jest to "naturalistyczny" tekst o kimś znajomy Rea, kto nie wyszedł z ciężkich narkotyków; chyba nigdy nie grał tego na żywo i w ogóle wypierał ten utwór,
jeszcze w 2018 nie sposób było go znaleźć w sieci. Ale pewnie po latach "wszystko przemija" i jak wyżej, jest oficjalnie na jutubie, razem z całą niezłą płytą "Pride".
Nosowska, "O papierkach" (Puk Puk)
Najstarsze "wejście" na tej krótkiej liście kawałków dla mnie dziwnych i dziwnie emocjonalnych. Oraz o Kasi Nosowskiej i Hey też nie miałem notki... jednak głupi jestem jak coś głupiego, przecież jesteśmy fanami Kasi od zawsze i na zawsze.
Ale kontekst, kontekst pamięci i umysłu rządzi i panuje.
Gdyż pomijając, że jest praktycznie naszą rówieśnicą, dostarcza teksty i muzykę które nam miłe, a jej debiutancka solowa "Puk puk" była genialnym polskim trip-hopem (kiedy nie wiedziałem, co to trip-hop i że pokocham go za parę lat), to co innego słuchać sobie niezłego kawałka w wygodnym 2026, a co innego kiedy ten kawałek leciał w 1996. Nocą, w nieco wykończonym pierwszym domu, postawionym "temy rencamy", żeby żona i dzieci mogły spokojnie spać za ścianą. A ja w wieku 25 lat mogłem cicho słuchać, w końcu znowu z jakiegoś normalniejszego sprzętu i z CD, Nosowskiej (walczącej wtedy skutecznie z silną konkurencją, akurat jakoś naraz kupiliśmy "Puk puk",
"Voices" Vangelisa i
"Memory of Trees" Enyi...). I nie szło/idzie tylko o to, że te kawałki to nasze wspólne post-PRL "dziedzictwo", bo gdzie ja, a gdzie Kasia, ale o znacznie większe siatki skojarzeń.
Cała "Puk puk" to piękno i dobro, ale chyba największe to powyższe "O papierkach"; nie daje się zignorować, kiedy martwy odtwarzać podrzuca po 30 latach tak żywe piosenki.