Nawet kiedy jestem już tak zmęczony życiem, wszechświatem i całą resztą, że pożądam nicości, jeszcze posłuchałbym muzyki. Ale nie tej twardszej (jak na mnie), bo mogę popękać; nie synthu czy popu czy alternatywy, bo tego słucham na co dzień; raczej ambientu, elektroniki, new age.
W sumie, bredzę - ich też słucham na co dzień.
Z drugiej strony, nieczęsto pamiętam, kiedy muza mnie trafiała jak pan Kmicic obuszkiem, no ale parę razów pamiętam - teledysk "Master and Servant" Depeche Mode w PRLowskiej tv, "Ricochet" Tangerine Dream gdzieś wieczorem w radiu, już stereo. I "Orinoco Flow" i Enya w teledysku, w szaroburym 1989.
Potem poszło z górki, i dla Enyi i dla mnie (dla nas?) - po sukcesie "Watermark" i 20+ latach jest jedną z najpopularniejszych autorek muzy w ogóle, łapie się na pierwszą dwudziestkę nagrywających kobiet w cywilizacji Zachodu, i absolutnie unbe-fuckin-living top dla new age i ethno/celt/irish (bo w tej działce jak ktoś ma 700tys sprzedanych albumów, to myśli, że rządzi na dzielni, tylko, że Enya ma 70mln...), i od 20 lat wyznacza standardy mojego etho/electro/ambientu.
Tak, wiem, trochę ta muza jest na jedno kopyto, i w połowie te wszystkie smyczkowo-fortepianowo-wokalne kawałki są "takie same" i dosyć miałkie. Ale takich też czasem potrzeba, dla spokojności i ukojenia. A druga połowa, ta mniej standardowa i zdecydowanie inna, wyznacza i dostarcza.
Technika poszła do przodu przez te 20 lat - zamiast ze szpuli na 19cm/s, teraz gra mi mediacenter miksem losowym z 4 albumów Enyi, ale muza jest nadal tak samo dobra, a może i lepsza. I nie tylko dla mnie - jak się zastanowić, to między innymi jej wina, że jedna córka mieszka i studiuje gaelic w Szkocji. A drugiej musiałem iść i zabrać piątą płytkę Enyi, którą młoda zajumała, i dlatego mam zripowane tylko cztery.