Produkcja dekady w naszym bąbelku fantastyki filmowej w końcu przybyła, została zobaczona, wgniotła w glebę, oraz "venividivici", formuły grzecznościowe i chcemy rodzić dzieci nie tylko reżysera, aktorów, czy ludziom od montażu, muzyki czy scenografii, ale fremenom z trzeciego planu też.
Pokolenie fanów "Diuny" nieco starszych od nas, zrobiło moim skromnym zdaniem najdoskonalszą możliwą adaptację arcydzieła Franka Herberta, "przez fanów, dla fanów", a przede wszystkim dla siebie. A że jakimś cudem wystarczyło im monetek (zaledwie 165M$, fistaszki przy jakichś marvelach czy avatarach), wyszło idealnie.
Bo jak mówi reżyser Denis Villeneuve, robił film dla szerokiej publiczności, ale bardziej dla milionów hardkorowych fanów, ale najbardziej dla jednego hardkorowego fana, czyli dla siebie, i to nie do końca tu i teraz, ale takiego, jaki czytał "Diunę" kiedy miał lat 14. Cóż mogę powiedzieć, poza tym, że podołał zadaniu. Poziom przemyślenia, szczegółu, oszczędnego wycinania i niezbędnych zmian, oraz dostarczania rzeczy ważnych i efektownych, w każdym kinematograficznym zakresie, jest niebotyczny po prostu. Jeśli to, co zrobił z "Blade Runnerem", to był pokaz, jak się robi remake/remaster z miłości do filmu poprzedniej generacji (chociaż, zapewne, Scott dyszał mu w kark), to tu pokazał jak WŁAŚCIWIE adaptuje się na ekran prywatnie umiłowane książki. Co po wysypie najwyżej średnich "Gier Endera" czy
"Ghost in the Shell" itp. byle jakich adaptacji arcydzieł przez byle jakich rzemieślników, jest tak bardzo miłe.
Z ciekawostek - muza, stworzona przez fana nazywającego się
Hans Zimmer, też dostarcza, "jak zwykle". A Zimmer jest na tyle fanem, że odmówił Nolanowi, z którym robił zylion rzeczy, zrobienia muzy do "Teneta", bo akurat był zajęty robieniem hałasu do "Diuny".
Poza reżyserem i całą ekipą "od zaplecza", której chwała i sława za realizację, nie potrafię wyrazić, jak bardzo szanuję i podziwiam ekipę doskonałych aktorów, która tchnęła życie w wizję reżysera, i Herberta też, tak naprawdę. Oczywiście, niektórzy grali to co zwykle, Brolin, Momoa czy Bautista robili, to co zawsze i też ich za to kochamy; inni, jak Isaac, Rampling czy Skarsgard mogą sobie stać jako drugie drzewo na trzecim planie, albo powiedzieć ze dwie kwestie, i już należy wręczać im oskary czy coś w podobie, a tu mieli nieco większe pole do popisu. Ale niektórzy przebili się na zupełnie inny poziom - Chalamet (Paul Atryda), Fergusson (lady Jessica) czy nawet Bardem (Stilgar), ruszyli ten cały pociąg jak lokomotywy dużej mocy, bez nich to byłby inny film, i na oko jakieś 67 razy gorszy.
Z ciekawostek, scena testu z gom jabbar, z fotosu powyżej, cholerne moim zdaniem trudna, była kręcona jako zupełnie pierwsza... o_O Reżyser też mówi, że była trudna. Ale wyszło im tak, że po tym był pewny, że z castingiem trafili oraz "zacząłem z powrotem oddychać". Zdaje się, uważa, że mu ten kawałek, ogólnie, wyszedł. Na co powiem tak: owszem, wyszedł [censored] w kosmos wy[censored] i proszę wstać.
BTW chyba jedyne w ogóle minimalne zastrzeżenie, do całego filmu, mam co do postaci/obsadzenia Thufira Hawata. No nie pasuje mi. Oraz Zendaya (Chani) na razie za wiele do zagrania nie miała, ale miejmy nadzieję, że pociągnie tę rolę skutecznie w następnej części. Bo zapewne będą szybko kręcić, zdaje się, że koszt "jedynki" zwróci się za parę dni.
Jedyne co mi się kojarzy z podobnych sukcesów "adaptacji" w takim duchu, rozmachu i kasie, za ostatnie lata, to "Rogue One" ze Starwarsów, też wyraźnie zrobiony "przez fanów (w średnim wieku) dla fanów", a nie przez mniej czy bardziej solidnych księgowych i rzemieślników. Potem duża przerwa, i dopiero "Marsjanin" oraz "Blade Runner 2049".
Cieszę się z "Diuny" tym bardziej, że gdzieś tam zawsze była obawa, że nie starczy kasy, albo pójdą pod publiczkę (oba problemy IIRC trafiły GitSa...) albo, że Villeneuve dostanie mistycznego przegięcia i uraczy nas zbyt dużą dawką gołej eko-multikulti-mistyki, jak w "Arrival", zamiast tym doskonałym wyważeniem eko - arabic - new - age - sf - feudal- action - zen - fantasy rodem z Herberta. Ale na szczęście utrafił w proporcje i wszystko zagrało właściwie.
Ogólnie, "przybyło w naszym pułku!" i "Diunę" mogę spoko dopisać
do piątki "crème de la crème" z dawnego rankingu. W szczególe, o tamtych filmach powiedziałbym, że są 9/10, może niektóre 9.5/10; zdaje się, że "Diuna" stoi samotnie na szczycie, bo w stanie na dziś daję jej 10/10.
PS. Szczegóły organizacyjno-techniczne: dawno w kinie nie byliśmy. "Królowa nie jest zachwycona". Naród jak zwykle tępy jak papa na stropodachu (nie mówię o jakiejś pato, tylko okazyjne żarcie, gadanie, łażenie, itp. przy połowie widowni zapełnionej), jakość obrazu względnie spadła (to akurat była irlandzka konkurencja imaxa, przez Odeon zwana isense), bo ja też mam ekran 4K, co nie; a jedyny realny bonus, czyli parę kilowatów w nagłośnieniu nie zwilża mnie aż tak bardzo. Ogólnie, wartość dodana kina wzg. kina domowego przez lata spadała, spadała, aż spadła pod dno i muł, i se tam leży, przynajmniej z mojego punktu widzenia.