Zamiast pisać pierdoły o zmianie pracy (nieco zaskakująco ciepłe pożegnianie w piątek w starej, a dziś pierwszy dzień w nowej) czy o świętach wielkanocnych (obejszlim jak zwykle, po cichu i dookoła), czy obsmarkać ekran ze śmiechu na teorie i racjonalizacje
paru ziomalków z internetsów, porozmawiajmy dla odmiany o czymś znacznie istotniejszym.
Dzisiaj jest okrągła 20 rocznica pierwszej, skróconej-ocenzurowanej jeszcze, emisji w TV Tokyo serialu
"Cowboy Bebop".
W historii globalizacji anime i przeniesienia jej na nowe obszary i poziomy, chyba mało co było ważniejsze, niż "Cowboy". Okej, w moim bąbelku rzeczywistości ważniejszy był "Ghost in the Shell", ale pamiętajmy, że przeciętna popularna globalnie anime połowy lat '90 to nie była Major i Sekcja 9, ale raczej "Dragon Ball" czy kolejne odgrzewanie mechów-gundamów (nawet jeśli nienajgorsze w rodzaju "Escaflowne").
I nagle Japończycy zaryzykowali SF noir, raczej nie dla dzieci, i w stylu mocno con-fusion, krzyżując całą galerię gatunków i motywów znanych czy to z kultury japońskiej anime czy z zachodniej SF, czy w ogóle z dowolnie wybranego kąta. Na deser z wykręconą w kosmos estetyką i oprawą muzyczną (
Yoko Kanno, która skomponowała muzę do serialu, a nawet znacznie więcej niż muzę, rządzi i panuje od mniej więcej wtedy).
I doskonale wiedzieli na co się porywają (te urocze wstawki tu i ówdzie "To jest nowy gatunek zwany Cowboy Bebop", itp.), więc absolutnie nie był to przypadek. I chyba mieli rację - nawet genialny GitS był "tylko" solidną realizacją średnio-twardego SF, realizacją wizji znanych z literatury pewnie od '70 jeśli nie dawniej, pomnożonych przez literackiego cyberpunka lat '80. "Cowboy" pożyczył tyle drobiazgów w tylu miejscach i zrobił taki mix, że moim zdaniem stworzył nową jakość.
W pewnym sensie, cud, że im się to udało. Bo nie sztuka powiedzieć sobie "wrzucę do blendera wszystko i tysiąc słoni do tego, i będzie cool". Przeważnie nie będzie, będzie niestrawny kaszan, jak pokazuje sporo przykładów telewizyjnych czy kinowych. Zresztą, nie mówię, że nawet "Cowboy" jest idealnie równy, ma odcinki czy motywy gorsze i lepsze oczywiście.
Ale jednak - udał im się, i zasłużenie jest to serial kultowy. Po 20 latach zupełnie podobnie jak w 1998.
(notkę sponsoruje przypadkowe oglądanie po raz n-ty, od niedzieli; pamiętałem, że to '98, ale coś mnie podpuściło, żeby sprawdzić dokładną datę, no i proszę)