Dalsze pokłosie ostatniej wycieczki po Szkocji, ale jakichś poprzednich też. Oraz będę wam dokuczał frazą "byliśmy tam!", bo kto mi zabroni...
Początek sprawy
...zawsze można przesunąć gdzieś wcześniej czy później. Na przykład: Flora MacDonald urodziła się w 1722 roku, na wyspie South Uist, w pięknych okolicach Hebrydów Zewnętrznych, naprzeciw pięknej Isle of Skye (byliśmy tam nie raz!), w rodzinie klanu szkockiego średniego kalibru.
Zaraz zmarł jej ojciec, kiedy miała 6 lat matka wyszła ponownie za mąż z innego MacDonalda, ze Skye. Flora wychowywała się najprawdopodobniej gdzieś na pd. Skye u krewnych ojczyma, w okolicach Sleat czy Armadale (byliśmy tam! w ogóle poleca się trasę na Skye przez prom Malaig-Armadale, w dowolną stronę, a w drugą przez most Skye).

Ale powiedzmy, że wszystko zaczęło się na serio w lipcu-sierpniu 1745, kiedy książę Karol Edward Stuart, zwany wtedy "młodym pretendentem" (bo "starym" pretendentem do Korony brytyjskiej był jego stary, Jakub Stuart), potem zwany Bonnie Prince Charles, a przeze mnie księciuniem Karolem, pomimo różnych wcześniejszych problemów i obiekcji, jednak wylądował w Loch nan Uamh i zaraz podniósł sztandar Stuartów na brzegach Loch Shiel. Akcent polski - księciunio był "po mamusi" praprawnukiem Jana Sobieskiego, tak, tego spod Wiednia.
Wojna dynastyczna, zwana wojną o sukcesję austriacką (a raczej - cały zestaw wojen...), skomplikowanie splotła się z walkami Szkotów, Irlandczyków i Brytyjczyków, górali przeciwko lowlanderom, oraz katolików przeciw protestantom. Czyli zaczęło się powstanie jakobickie 1745 (nie mylić z jakobinami... oraz z innymi dwoma powstaniami szkockimi).
(A okolice południowego krańca Loch Shiel są bardzo piękne, zresztą, cała okolica nad Loch nan Uamh, aż po Malaig też (byliśmy tam wszędzie!). Ciekawe, że miejscówki nad loch Shiel są wyjątkowo mocno nasycone (pop)kulturowo - obok jest wiadukt Glenfinnan, z pielgrzymkami fanów Harrego Pottera; pod wiaduktem jest genialny mini-park w typie japońskim (WTF??); w miejscu proklamacji księciunia stoi wypasiona kolumna-pomnik szkockiego Nieznanego Górala;
a fani filmu "Nieśmiertelny"/"Highlander" wiedzą, gdzie kręcono zabawy Ramireza i Macleoda w łódce...)
Środek sprawy
Powstanie żarło nieźle przez jakieś pół roku, ale Stuartowie i Szkoci przeliczyli się, zarówno co do poparcia dla Stuartów, jak i braku poparcia w Anglii dla dynastii hanowerskiej. A po sukcesach powstańców w 1745 Anglicy ściągnęli znaczne siły z kontynentu i zebrali środki na kampanię 1746.
Dla odmiany Szkotom nie przelewało się ani w szkatule, ani w wyposażeniu, jedyne czego mieli w miarę pod dostatkiem, to ludzi. Ale nie aż tak, żeby zdobywać gołymi rękami i mieczami Anglię, oraz przez zimę siły się nieco wykruszyły. Zresztą, nawet w Szkocji mnóstwo klanów nie poparło sprawy Stuartów, z najróżniejszych przyczyn.
Potknięcie się
W marcu 1746 wracał do Szkocji duży uzbrojony slup (powiedzmy, korweta, chociaż jeszcze prawie nikt tak nie mówił wtedy), poprzednio
HMS Hazard, zdobyty przez powstańców w Montrose (senne miasteczko i porcik w południowo-wschodniej Szkocji; byliśmy tam!) i przemianowany na, nie zgadniecie,
Le Prince Charles. Wiózł z Dunkierki francuskie wsparcie, czyli zaopatrzenie i wyposażenie dla jakobitów, a co najważniejsze, 13000 funtów w złocie. Na moje oko, powiedzmy, wystarczyłoby to do zasilenia powstania na jakieś kilka miesięcy, może pół roku (w teorii przelicznik 1:200 czy 250 obecnego funta "w koszyku", ale w praktyce brytyjski żołnierz zarabiał około funta miesięcznie; za funta miesięcznie pewnie można było mieć highlandera z jakimś ładnym wyposażeniem).

Niestety, wpadł na małą, ale zajadłą fregatę
HMS Sheerness, która zawzięcie patrolowała Morze Pn. i północ Szkocji, wyłapując skutecznie wszelkie wsparcie płynące z Francji. Nie mając szans, slup uciekał przed fregatą, w końcu zwiał aż w płytki Kyle of Tongue na północnym skraju Szkocji (byliśmy tam nie raz! piękne miejsca...), gdzie wyładowano złoto na ląd i próbowano kontynuować misję dostarczenia zasobów jakobitom na piechotę.
Niestety, wpadli na lokalną milicję pro-brytyjską, głównie klanu Mackay, która po krótkiej walce, gdzieś między Ben Loyal a wsią Tongue, wygrała starcie (BTW to tradycyjne boisko dla bijatyk klanu Mackay, jakoś tak od paru wieków - mieli wprawę). Złoto wpadło w ręce lojalistów i brytyjskie, mieli się czym dzielić...
(Samochód trochę zasłania Kyle of Tongue, ale co poradzę, że lubię to zdjęcie.)
Wywalenie się na pysk
Braki kasy, zapasów i wyposażenia, między innymi z powodu starcia i wpadki w Kyle of Tongue, zmusił jakobitów do wydania walnej bitwy pod Inverness, zanim wszyscy rozejdą się do domów. Nie to, żeby księciunio Karol miał jakiś dobry plan tej bitwy, no ale też wyjścia za bardzo nie miał.

Na torfowiskach i polach pod Culloden 16 kwietnia 1746 zderzyły się, liczebnie porównywalne siły, średnio wypasionych górali i Irlandczyków, z całkiem świeżą armią brytyjską. Po strzelaninie z muszkietów i jakichś armatek, Szkoci ruszyli do tradycyjnej szarży wręcz. Niestety, nie pykło. Tylko w niektórych miejscach górale dopadli do linii przeciwnika, lejącego im z muszkietów ołów w twarze - nieliczne starcia na bagnety i miecze nie przyniosły Szkotom zwycięstwa, w końcu poszli w rozsypkę (choć nie wszyscy, parę oddziałów bohatersko osłaniało odwrót, a niektóre odeszły w takim fasonie i szyku, że zwycięzcy woleli ich nie gonić...).
Straty szkockie były tragiczne, rzędu 2000 vs 300 po stronie brytyjskiej. Oraz po przegranej, choć sporo sił wycofało się w dobrym porządku i sporo ludzi zebrało się ponownie, przywódcy uznali, że kontynuowanie walki nie ma sensu, wobec braku zapasów, wyposażenia i szans na wsparcie - stąd rozpuścili powstańczą armię do domów.
(Obecnie pole bitwy jest "obstawione" klasycznie: parkingi, centrum muzealno-turystyczne, pomniki i markery/flagi na polu bitwy. Oraz markery - symboliczne nagrobki masowych grobów, w których pochowano, głównie szkockie klany. Byliśmy tam.)
Cnota - niecnota
Po bitwie pod Culloden i rozpuszczeniu armii powstańczej, księciunio z niewielką obstawą czmychnął i oparł się w czerwcu aż na Hebrydach Zewnętrznych, na Benbecula. Jakoś wpadli na wyspie na panienkę Florę Macdonald, która kręciła się tam po coś, to były jej rodzinne strony w końcu. Jakimś cudem namówili ją do pomocy (w obstawie księciunia był kapitan O'Neill z Antrim (to ten kawałek Irlandii, obecnie Północnej, leżący na wprost Szkocji, byliśmy tam!), jakiś jej daleki krewny, i tak dalej). Flora jakoś się zlitowała nad uciekinierami, chociaż zdaje się, że brała pod uwagę konsekwencje i możliwe reperkusje dla jej klanu i rodziny.
Dla ustalenia uwagi, jak bardzo to wszystko było poplątane: akurat rodzina Flory i ona sama była prezbiterianką, czyli powiedzmy, w kalwinizmie made in Scotland, a pomagała księciu katolickiemu, a nawet ultra-katolickiemu...
Akurat te wyspy i kawałki Skye raczej nie wspierały sprawy Stuarta i były pod zarządami milicji pro-brytyjskich, które powinny powstańców i uciekinierów łapać. Ale lokalne milicje były pod dowództwem ojczyma Flory, który może i sprawy Stuarta nie wspierał, ale zdaje się, przybrana córka go przekonała do pomocy - podobno sam podpowiadał uciekinierom, gdzie mają się chować przed wysłanymi przez niego patrolami... oraz wystawił glejty na Florę, łódź i służących, żeby księciunio mógł czmychnąć gdzieś dalej.
Za młodu, ale wcale nie porwani
27 czerwca ekipa, niczym w najbardziej zmyślonej romantycznej powieści awanturniczej, z Florą na czele i księciuniem przebranym za służącą, wylądowała gdzieś koło posiadłości bodajże ojczymo-wujka Flory, wysoko postawionego, na południu Skye (akurat w tej okolicy nie byliśmy... co za niedopatrzenie; pretekst, żeby tam wrócić...). Pod nieobecność sir Alexandra, pomoc zorganizowała żona, lady Margaret, a sprawami "w polu" zajął się jej sługa, jeszcze inny MacDonald, z Kingsburgh. Który na początek polecił pozbyć się przebrania przez księciunia, bo jako paskudna służąca wyglądał ze trzy razy bardziej podejrzanie, niż jako chłopek.
Na drugi dzień ekipa została przerzucona przez miasteczko Portree (byliśmy tam! urocze), gdzie Flora pożegnała się z księciuniem, i nigdy się więcej nie spotkali. Karol został wywieziony na wysepkę Rasaay, a po dalszych perypetiach, we wrześniu wywiozła go na kontynent francuska fregata, z tego samego Loch nan Uamh, gdzie się wszystko zaczęło.
Post factum

Wioślarze z łódki, wożący Florę i uciekinierów, zostali ujęci jakoś tak w dwa tygodnie i wszystko wyśpiewali.
Flora została zatrzymana w sierpniu 1746. Osadzono ją w londyńskiej Tower, ale wstawiennictwo wysoko postawionych przyjaciół, dobrzy prawnicy oraz jej ogólna "sympatyczność", spowodowały, że błyskawicznie zamieniono jej "loch" na "areszt domowy" koło Tower.
Arystokracja zebrała niebagatelną kwotę 1500 funtów dla jej wsparcia. Odwiedziło ją sporo ludzi, podobno nawet następca tronu, książę Fryderyk, któremu podobno powiedziała, że to co zrobiła, zrobiła z miłosierdzia i współczucia, i gdyby on był zaszczuty i ścigany, zrobiłaby to samo dla niego.
Przetrwała uwięzienie i dotrwała do amnestii 1747 (choć w Szkocji reperkusje po powstaniu były znaczne, a dostać karę śmierci za zdradę w tamtym czasie było całkiem łatwo).
W 1750 w wieku 28 lat wyszła za mąż za Allana MacDonalda, najstarszego syna Macdonalda-Kingsburgh, z którym spiskowali. Zamieszkali na Skye, w nieco ponad 20 lat dorobili się kupki dziecków (w sumie dorosło dwie córki i pięciu synów) i odziedziczyli Kingsburgh po śmierci teścia w 1772.

W 1773 odwiedził tamte strony legendarny pisarz, krytyk i publicysta
Samuel Johnson, opisał Florę jako
"kobietę o delikatnej twarzy, łagodnych manierach, życzliwego usposobienia i eleganckiej prezencji".
(Portret Flory jest w miarę prawdziwy, malowany z natury, gdzieś w czasach po amnestii a przed ślubem z Allanem. "Memetyczny" portret dr Johnsona, bodaj jeden z wielu podobnych, wypatrzyliśmy na ścianie zamku Dunvegan na Skye...)
Nowy Świat, stare sprawy
Mąż Flory, kapitan Allan MacDonald, był zdaje się przeciętnym wojskowym i nie miał dobrej głowy do interesów. Ale też trafili na niezbyt dobre czasy.
Gdzieś około 1773 Allan pokłócił się z szefem klanu o dzierżawy, z jego "dziedzicznego" Kingsburgh (nie pytajcie, system szkockich dzierżaw klanowo-feudalnych nie daje się pojąć bez pół litra single malta na głowę), już po chwili Allan i Flora wynieśli się do Nowego Świata, do Północnej Karoliny, ale "na bogato", stać ich było na jakąś posiadłość i tak dalej.
Mieli pecha, bo zaraz zaczęła się wojna o niepodległość USA.
Wzięli stronę brytyjską, Allan pomagał formować milicję lojalistów. Jego batalion, z m.in. coś koło 600 Szkotów - górali, po drodze na wybrzeże, brał udział w istotnej bitwie pod Moores Creek, w której przegrana milicji pro-brytyjskich z milicjami "rewolucjonistów" ugruntowała powstanie w Północnej Karolinie i była jakimś kamyczkiem w lawinie, która doprowadziła do stworzenia USA.
Ciekawostka - w bitwie doszło do tradycyjnej szarży lojalistów Szkotów, z mieczami w ręku, na muszkiety "armii Kongresu". Tradycyjnie, niewiele zdziałali. Tradycyjnie, dowodzący pułkownik Macleod dostał 20 kul, podobno.
Allan poszedł do niewoli, wkrótce cały majątek MacDonaldów w Nowym Świecie został skonfiskowany przez nowe władze. Po wypuszczeniu męża po półtora roku, perspektywy rodziny MacDonald w Ameryce były słabiutkie.
Koniec sprawy

Flora wróciła do Szkocji, a dokładniej na Skye i w "rodzinne" okolice Hebryd, w 1780, po ciężkiej podróży oceanicznej w poprzednim roku (złamała rękę i zdrowie jej szwankowało). Dawne "dziedziczne" dzierżawy były już zajęte przez rodzinę. Przez chwilę kręciła się przy krewnych, jej zięciem był Alexander MacLeod (z prawdziwego klanu MacLeod, nie z filmowego) z Dunvegan, właściciel kolosalnych włości i Zamku Dunvegan (byliśmy tam! w końcu...). Były jakieś plany powrotu do Nowego Świata, ale kasa się nie zgodziła, mąż wrócił do niej z obecnej Kanady, na Skye.

W 1781 i 1782 stracili na morzu dwu synów. Ale trzeci, John, dorobił się majątku w Indiach, zdaje się, zapewnił rodzicom w miarę dostatnie i bezpieczne ostatnie lata życia.
Flora zmarła w 1790 w wieku lat 68. Pochowano ją na cmentarzyku w Kilmuir na Skye.
(A kto nie widział cmentarzyków na wygwizdowach Skye czy w Highlands, miedzy szkocką ziemią, wodą a niebem, ten jeszcze zgrzebnie romantycznego cmentarza w życiu nie widział. Byliśmy w wielu, ale w Kilmuir akurat nie; na zdjęciu to też Skye, ale koło Trumpan)
Odrodzenie sprawy

W XIXw. wiktoriański renesans szkocki przyniósł między innymi całkiem ładny pomnik Flory Mac Donald w 1898r., postawiony pod samiutkim Zamkiem Inverness (byliśmy tam!).
Obecny zamek z 1836 nie przypomina niczego, co stało na wzgórzu w Invenress przez tysiąc lat, i przeważnie miało mieć na oku klany szkockie, w imieniu jakiejś wyższej władzy. Jest interesujący, aczkolwiek niezbyt obronny i raczej centrum administracyjnym (był dosłownie do 2020r... ogólnie, większość zamku jest w długim remoncie typu "maniana") - do utrzymania Szkotów w ryzach postawiono niedaleko Inverness bastionową fortecę Fort Gordon (byliśmy tam!). Ale jednak zamek był jakimś tam wyrazem panowania angielskiego nad Szkotami; nawet jeśli panowania nad Szkotami - rękami innych Szkotów; nawet jeśli w tym samym czasie już produkował się Walter Scott itp.
Pokolenie później renesans szkocki pędził już pełną parą, królowa Wiktoria balowała
na zamku Balmoral (byliśmy tam!) i kumplowała się ze Szkotami, Szkocja była modna, Maria Stuart czy Bonnie Prince Charles stali się ikonami popkultury, i Flora MacDonald też. Stąd dorobiła się pomnika, będącego ekwiwalentem, bo ja wiem, pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (któremu w 1898 carscy nie dawali lajka znacznie bardziej)?
Bieżące sprawy
... to wszystko już tylko historia, choć oczywiście powstanie jakobitów 1745 dorobiło się dużej literatury, także romantycznej i zmyślonej, no i
Szkoci pamietajo!. Nawet ci, którzy mają przyzerową wiedzę o historii, kojarzą jakieś pieśni i piosenki; że był jakiś książę, zwany Bonnie Prince Charlie (zgadnijcie, z czym im się moja
ksyffka kojarzy...); że bitwa pod Culloden była ważna. I przegrana. W przegranej sprawie.
I że Flora MacDonald była spoko.
Byliśmy tam.