Noo, jeśli Radkowiecki mógł se zrobić
nowego bloga na poły kulinarnego, znakiem tego świat się kończy - albo ma chłop rację, że co 7 lat się człowiek nieco zmienia. To może ja też dokonam wyczynowego coming-outu bez trzymanki, i się ujawnię jako audiofil, co nie?
Żartowałem.
Ale tylko trochę.
Bo wiecie, muzykę lubię i różne inne dźwięki - czego coś około 50 notek
na tagu "muza" dowodem. Co mnie wpędza w słuchanie różności od małego. Znaczy, od głośników, uszoma. Uszami. No mniejsza z małym, ale odkąd na pierwszą komunię dostałem magnetofon marki "gruźlik" (tj.
licencyjny Grundig MK232), ciągle coś tam wkoło grało, nie ważne jak ch..., ale nagrywało się i grało.
(Co, nieco uprzedzając fakty, zostało mi na następne 40 lat. Jako motto se, kurde, powinienem na ścianie, albo lepiej na tiszircie, wydziergać "Nie ważne jak ch... aby coś grało")
Ale że mam (miałem) słuch nie najgorszy (nie w sensie muzycznego, broń was boginii, ale w sensie czułości i rozdziałki), co jakiś czas te całe granie mnie napadowo przestaje zadowalać i szukam szybkich i tanich rozwiązań problemu.
Tu będzie długa dygresja o słuchu i odsłuchu - odruchowo chyba tworzę sobie środowisko ciszy i spokoju, z niezłymi warunami odsłuchowymi. A hałas mnie męczy, mogę znosić w pracy itp. ale w okolicach mieszkania i odpoczynku, wypraszam sobie. Żeby wyjaśnić, szczególniej tzw. ludziom z tzw. miasta o czym mówimy - parę lat temu, mieszkając w domu w lesie, nocą słuchałem se niezbyt głośno muzyki, w pokoju rzędu 30m2. Tak "solidniej" chciałem posłuchać, więc przezornie wyłączyłem wcześniej wpisdu telewizor i komputery w okolicy (bo je słychać było wprost (przetwornice) albo przez sprzężenia). W cichym fragmencie zaczął mi przeszkadzać zegar na ścianie, tania tykająca bomba z IKEA - bateria poszła precz. Rozsiadłem się i słucham dalej. Dalej mi coś tyka. Aha, w szafce za mną, pod akwarium, mechaniczny zegar od oświetlenia - won. Rozsiadłem się i słucham dalej. W przerwie utworów - dalej coś tyka, po lewej. No co jest, rwa, tu nic nie ma, poza stolikiem, drugim fotelem i kominko-piecem ważącym jakieś 2 tony. Wstałem, nasłuchuję, ewidentnie kominek tyka. Co jest?! Aha, za kominkiem jest kanciapa techniczna, i taki sam zegar jak od akwarium, tylko od pompki c.o. WON! Rozsiadłem się, słucham dalej. W przerwie utworów DALEJ COŚ TYKA Z LEWEJ. No nie wierzę. Nasłuchuję, rozglądam się, coś jakby z dołu, ze stolika? I tak znalazłem zwykły ręczny zegarek casio, który wyciągnąłem z przydasiów cholera wie po co parę dni wcześniej (żeby sprawdzić czy jeszcze działa? bo nie używam na co dzień). Więc, dla ustalenia uwagi, w wieku lat 40 w odpowiednich warunach słyszałem ręczny zegarek elektromechaniczny z odległości metra. A jak byłem młody, hoho, było znacznie lepiej, tj. czasem gorzej. Dygresja do dygresji - właśnie słyszę w środku nocy starego laptopa-routera w drugim pokoju. Pomimo, że ten na którym piszę, usiłuje tamtego zagłuszyć, a grzejnik elektryczny mu pomaga.
Z tego gupiego słuchu, polubienia muzyczki i braku zasobów, wzięło się lepienie sobie różnych sprzętów, wzmacniaczy, kolumn i czego popadnie. Bo przecież na tym "gruźliku" nie dało się słuchać, like, czegokolwiek, nawet nagranego z radia. Więc pod koniec (dawnej) podstawówki przyszło sobie zrobić gówniany wzmacniacz jakiś, jakieś kolumny (ambitnie - labiryntowe...), na wyrost, bo na sprzęt stereo mnie nie było oczywiście stać. Ale pomalutku, przez rodziców bezpośrednio czy pośrednio (a.k.a prace wakacyjne), dorobiłem się kobyły pt.
magnetofon szpulowy Aria oraz w miarę porządnego tunera, obu z komisów, o ile pamiętam - i było to całkiem rozsądne, bo drogi w zakupie tuner FM "zwracał się" jako nieskończone źródło muzyki do nagrywania (dla młodzieży - coś jakby mieć obecnie nieograniczony dostęp do itunes czy innego spotify), a szpulowiec (z okolicy przedostatniej od góry PRLowskiej półki) zapewniał wzg. dosko jakość w porównaniu z kaseciakami z epoki. W sumie, to był bardzo dobry zestaw, wystarczył na całą średnią szkołę. I na wszystkie 4AD czy Depesze, jakie nocami puszczał Tomasz Beksiński. Itd itp.
Po szkole, przyszło się pobrać i zająć trochę innymi rzeczami niż słuchanie muzyczki. Ale o ile pamiętam, jednym z pierwszych naszych "dużych" zakupów do nowego domu (czyli po jakichś dwu latach?), była miniwieża z CDkiem, bodaj daewoo. Skądinąd, że tak powiem z francuska, trudna do zajebania; CD padł dawno, ale reszta działała ostatnio jak sprawdzałem, po latach żywota garażowego i prawie 25 latach w ogóle... BTW miała (ma?) fenomenalne kolumienki głośnikowe, niby plasticzane boksy dwudrożne (dopchane rajstopami dzieci grały znacznie przyjemniej) objętości ze 2 litrów, ale o jakiejś kolosalnej sprawności - na pół gwizdka przekrzykiwały zdezelowaną betoniarkę i na pół osiedla muza szła. Jeszcze parę lat temu robiły bardzo ładnie za tylne w surroundzie.
Oczywiście, miło było wejść w CDki, i wyrzucić w końcu szpule i Arię, ale była to dosyć kosztowna przesiadka (przypominam, że internetu jeszcze nie było w jakimkolwiek sensownym rozumieniu, a nagrywarkę CD zobaczę w okolicy za lat parę) i jw. zaznaczałem - napadowo "chciało się więcej". Stąd ulągł się jakiś gramofon średniej klasy, darowany przez kolegę z pracy - trochę płyt się walało wkoło, kupowanych "za młodu", albo "bo rzucili", albo pozostałych w spadku. A w planach od razu, rzecz jasna, nowe wzmacniacze, kolumny, szmery, bajery. Niestety, bardzo szybko przygodę z gramofonem zakończyła córka - radośnie okazała mi z łóżeczka drabiniastego ramię gramofonu, którego miała nie dosięgnąć, ale jednak dosięgnęła. Też jej powinienem urwać ramię, no ale nie wolno. Skądinąd, mała ale silna, co nie? wydawałoby się, że urwać z mięsem i kabelkami ramię od gramofonu to dosyć trudne - ale nie dla zdeterminowanego homo-jeszcze-nie-sapiens.
Dygresja - przy podziale winyli przy "rozprowadzkach" rodzeństwa żony, czyli szwagierstwa, któreś zajumało parę naszych. Zostanie wam to policzone w piekłach zimnych i gorących, a szczególniej Balkan Electrique.
Następna generacja sprzętu ulęgła się po przeprowadzce pod Wawę, czyli ok 15 lat temu, na tle nadejścia DVD itp. Miał być
wypasiony odtwarzacz JVC (trzypłytowy, po usterce lasera chyba nadal wala się w przydasiach), a wzmacniacz i kolumny "się zrobi"; ale jakoś tak wyszło, że zacisnęliśmy zęby i na drugi dzień dokupiliśmy amplituner do zestawu (z wystawy...) i średnie kolumny pioneera (bo tanio rzucili).
Na parę lat był spokój. Potem przyszło szarpnąć się na porządny subwoofer do nowej chaty, drewniany, aktywny, jakiś Magnat chyba (centralnych głośników nie ma w moim słowniku - przy telewizorze, to wymysł głupiego szatana jest). W konfiguracji 4.1 z DVD, 2.1 z CD, dawało radę, w cichym domu, jw. opisany, przez parę lat.
W końcu nadciągnęły do mojego głównego "toru odsłuchowego" czy może raczej "wąskotorówki", komputery, mp3 i inne takie zberezieństwa (jak mądrze powiedział Człowiek Który Się Zna "może od razu wydrukujmy tę muzykę"). Oczywiście, walały się głośniki po kątach pełnych komputerów od lat, ale nie bardzo wpadały mi w ucho na "dużym" sprzęcie, no bo 192kb mp3 akceptuję z ledwością. Ale co poradzić, przyszło wystrugać
"bezgłośny" sprzęt skomputeryzowany, wetknęło się światłowód i poszło na starym wzmaku JVC.
Jakoś w tych samych czasach zachciało się znowu porządnego patefonu, więc przyszło skompletować drugi zestaw, z allegro itp. - talerz
nienajgorszy od Hitachi; amplituner zabytek też Hitachi bodaj (złom straszny i zaraz się rozleciał), i małe kolumny tannoye, w zasadzie - tylne od surrounda wysokiej klasy.
Przed przeprowadzką do Szkocji, to była dobra chwila, żeby dokupić lepszy wzmacniacz i jakiś CD, żeby nie ogołacać domu, a mieć komplecik. Padło na
Onkyo z poczatku '90 bodaj, czyli mamy tu vintydżowy gramofon, CD i wzmak, i te małe acz zacne tannoye. Szkoda, że subwoofera nigdy się nie udało wepchnąć przy pakowaniu i zalega bezczynnie w PL.
Ale po przywiezieniu mediacentra i ampli-surrounda JVC poprzełączałem wszystko, i gramofon i onkyo wzasadzie się kurzy... muza idzie praktycznie ciągle z kompa, bardzo rzadko z CD czy DVD.
Mówiąc "ciągle", mam na myśli ciągle - od paru lat korzystamy głównie z
playera chowu domowego, który potrafi, ładnie poproszony i jeśli ma odpowiednie zasoby, wyrzucić plejlistę wystarczającą nam na raczej długo (dziś skończyła się taka ustawiona przed Bożym Narodzeniem...).
I w zasadzie jest nieźle, znaczy, do następnego napadu mojej głupawki. Jak na przykład, ostatnio mnie wkurzyła słabsza jakość dźwięku, jakby wszystko szło ze 128kb zamiast 320, pomimo w miarę stabilnego sprzętu - no ale wystarczył reset kodeków. Albo - do dzisiejszego podłączenia dosyć porządnego DACa (
EMU0404, spadek po córce, kupiony jej lata temu do robienia muzy, deko się spsuł jakoś rok temu, ale właśnie poprawiono) - nie tylko osłuchana muza zrobiła się znacznie bardziej dynamiczna i szczególasta, ale też - przypomniało się, że te tannoye może i fajne, ale z paru litrów obudowy i małych głośniczków to i Salomon basu nie naleje...
Więc zaraz kombinuję nad dostawkami basowymi, albo i całymi kolumnami - ale okazuje się, że mam drogi gust, bo na wymarzone kolumny to i 1500 funtów byłoby mało. Znaczy, na głośniki same (średnia półka Scanspeak). I dlaczego jeszcze nie mam porządnego wzmacniacza w klasie A (tzw. spawarki; to są wzmacniacze bardzo skutecznie zamieniające prąd na ciepło, przy okazji ładnie i cichutko grają). Itd. itp.
Nie wiem, czy i jakie są morały z tej historyjki autobiograficznej. Może - jak się słucha
byle jakiej muzy, to i totalna zbieranina sprzętu ze średniej półki zdaje się nieźle grać. Albo - audiofila tak naprawdę poznaje się nie po sprzęcie, czy nie daj boginii, po metkach na sprzęcie, ale raczej po ciągłym niezadowoleniu ze sprzętu... Albo po podejściu, jak w scenie jakiegoś filmu, którego nie pamiętam w ogóle: chłopak pyta dziewczynę "Słuchasz muzyki?" na co ona "Czy oddychasz?".
(Notkę nieco sponsoruje uwaga rzucona przez komentatora i naczytanie się o firmie Shiit. A potem przewalenie, po raz n-ty, połowy Pass DIY itp. miejsc w sieci. Charliebravo, nieprędko będzie ci to wybaczone.)