Niespodziewanie, na tle technikaliów, w komciach wypłynął stary jak świat konflikt forma a treść. A że treści opisujące formy chodzą za mną od jakiegoś czasu, skorzystam z okazji, i wypiszę małe co nieco (oczywiście, pamiętamy, że przed co drugim zdaniem stoi "moim skromnym zdaniem").
Nie wchodząc w jakieś akademickie rozważania, odcinam od tematu formy motywy "naturalistyczne", czyli zachwyty nad motylkiem, uniesienia w lesie, i inne jelenie na rykowisku; bo działanie formy z natury, to jest temat dla neurologii i psychologii może, ale nie będę o nich rozmawiał, gdyż treści im przypisywać mogą tylko albo dzieci, albo ludzie niezbyt ogarnięci.
Estetyka, jako filozofia, we współczesnym I i II świecie tak naprawdę leży, kwiczy, i prosi o dorżnięcie. I nie tylko dlatego, że większość ludzi otaczają głównie tylko dwie kategorie rzeczy (a nawet - zjawisk) nie-naturalnych - albo produkcje masowe-przemysłowe, albo te same produkcje w stanie rozpadu i rozkładu. Także przez to, że skutecznie zaspokoiły one potrzeby estetyki Kowalskiego i Smitha, a nawet zapchały im wszystkie kanały, zmysłowe i neurologiczne. Stąd sporo racji mają postmoderniści z ich anestetyką, i tu się zgadzam z nimi jak rzadko kiedy, a jakby zryć głębiej, to bym zaraz doszedł do Baudrillard'a, ale może innym razem.
Nie mówię tu w sumie o sztuce, bo o tym już powiedziano aż za dużo, a od czasów Witkacego i Czystej Formy nic nowego, co najwyżej świat przyspieszył a ludziom pozatykało neurony bardziej - myślę raczej o szczelinie w której pomieszkuję, między rzemiosłem a przemysłem, czyli przedziale od dizajnu na pograniczu sztuki po wzornictwo przemysłowe.
Jeszcze 10 lat temu powiedziałbym jak pewnie 90% obecnego społeczeństwa, jak komentatorzy pytający o RSS bloga - "treść jest najważniejsza, forma jest dodatkiem". Co zrozumiałe, bo w obecnych czasach i kulturach, i przy obecnych narzędziach, możliwe jest zylion razy więcej form niż kiedykolwiek, a jeśli możliwa jest każda, to wszystkie nie mają znaczenia - z treścią zostało natomiast po staremu, szumu jest pełno, ale dobrej i sensownej zawsze brakuje, i oryginalna jest w cenie (i bardzo jestem ciekawy, czy i jak to się może zmienić, jeśli nam spadnie na kulturę cokolwiek w typie lemowskiego Golema XIV albo nawet jego starszych i słabszych braci, których możemy się spodziewać moim zdaniem całkiem niedługo; ale to inny temat)
Stąd miałem podejście do rozszerzonego dizajnu pragmatyczne i olewcze, co najwyżej ergonomiczne - nad budową i formą strony w necie zastanawiałem się minuty nie godziny; maszyny budowałem bez zastanowienia nad ich dizajnem w sensie estetyki, tylko nad funkcją (czyli treścią), ergonomią i bhp; telefon miał działać i być dobrym, a niekoniecznie ładnym telefonem; estetyka naszych samochodów wołała o pomstę; no i dlatego mamy dom funkcjonalny, ale jak stodoła, itd itp.
Tyle, że w międzyczasie albo się zestarzałem, albo dorosłem, albo się wzbogaciłem, albo wszystko na raz, i w końcu zauważyłem, że trochę estetyki w tym bałaganie potrzeba, a w dizajnie szczególniej; że treść tak naprawdę nie istnieje bez kontekstu i formy, i że ta ostatnia ma głęboki sens. Może to przez obejrzenie zbyt wielu ładnych przedmiotów, może przez Japonię i Indie, może przez lekkie wycofanie ze świata i zen, może przez "Inne pieśni" Dukaja, a może przez brata lutnika. Diabli wiedzą. Faktem, że w międzyczasie i stopniowo porwałem się w domu i zagrodzie, czasem w pracy zawodowej, w zakresie designu i estetyki, często też wykonania, na rzeczy, które wcześniej nie tylko do pały by mi nie przyszły, ale jeszcze bym wyśmiał i popukał się w czoło.
Tylko, że jak już człowiek posiedzi sobie w postjapońskim wnętrzu, i ma kuchnię zabudowaną tak jak sobie wymarzyliśmy, i dizajnerskie obrazy w łazience, tudzież estetyczny telefon i telewizor, nagle widzi ile jeszcze można i należałoby zmienić, żeby zęby nie bolały od braku estetyki i paskudnej masówki. I zaczyna zastanawiać się nad ikonkami w telefonie i kombinować godzinami nad durną stroną bloga.
Żebyśmy się zrozumieli - nie mam na myśli kosztownego dizajnu, nawet nie mam na myśli egzotycznych czy unikalnych materiałów czy elementów (choć czasem...); mówię tu o proporcji, fakturze, kolorze, harmonii i wszystkich tych starych i nudnych przymiotach sztuki użytkowej, czy nawet wzornictwa. Których to cech tak często brakuje w naszym otoczeniu, ale czasem można je zaskakująco odnaleźć w zupełnej masówce, jak miejscami w IKEA. Tyle, że mówię też o formie większej i trudniejszej niż w/w, bo mówię o formie trwałej, ponadczasowej i doskonałym kompromisie ergonomii, a nawet wygody, piękna, funkcji/treści - co jest bardzo trudne. A w masówce, która nie powinna być ponadczasowa i trwała, i raczej z niższą niż wyższą ceną - jest prawie niemożliwe.
Stąd zacząłem nieco rozumieć dizajnerskie podejście i przedmioty i wzory przemysłowe - tylko, że teraz jestem na etapie niezrozumienia, czemu nawet ci, którzy deklarują bezkompromisowy dizajn na granicy sztuki, w bardzo dobrej technologii i egzotycznym "materiale", i to za bardzo ciężki szmal, tak często robią to tak bardzo źle.
Dlatego chyba jednym z projektów na zimę będzie wzmacniacz audio. Może kolumny głośnikowe. Panel klimatronika do samochodu. I inne tego typu głupoty. Tylko szkoda, że nie stać mnie na zupełnie bezkompromisowe podejście, i raczej nie będzie to wszystko dokładnie tak zrobione, zarówno w treści jak i w formie, jakbym chciał.
A może jednak?