Niedawno się zorientowałem, że pomimo pisania bloga przez jakieś 5 lat, z tego sporo o szrocie, chyba zapomniałem napisać podstawowy poradnik zakupu szrotwagena. Ewentualnie jest też możliwość, że napisałem, ale zapomniałem i nie umiem znaleźć (bo tylko
miniporadnik, raczej o wybieraniu autka i szczegółach wyrwanych z kontekstu znalazłem). Taaak, zawsze twierdziłem, że jestem blogerem o bardzo małym rozumku.
Ad carruca: nie będzie o wybieraniu sobie szrotwagena a nawet pojazdu, bo o tym jednak już sporo było. Nie będzie też o źródłach finansowania zakupu wybranego pojazdu, bo nie znam się na tym wcale. Będzie o fizycznym przeglądzie trupexa i na co zwracać uwagę przy zakupie, dla ustalenia uwagi, pojazdów >12 letnich, tanich, zajeżdżonych, ale "mających coś w sobie" albo fajnych po prostu. I ważniejsze - co przy zakupie należy olewać sikiem parabolicznym.
1. Przebieg pojazdu. Jest to punkt pierwszy, bo podobno najważniejszy dla 75% kupujących używki. Co sugeruje, moim skromnym zdaniem, gdzie leży mediana głupoty ludzkiej. Oczywiście, ten temat olewamy, bo jak w starym sucharze, "cena i przebieg - do negocjacji". Okej, zdarzają się wyjątkowo wyjątkowe wyjątki, jak wózek kupowany od prywatnego długoletniego właściciela, w kraju gdzie tradycji kręcenia raczej nie ma, z mechanicznym licznikiem, trudnym do odkręcenia a nawet do rozebrania deski, czy w cenach zupełnie nieopłacalnych do machlojek, itp. To się może zdarzyć, na te kilkadziesiąt wózków które serio rozważałem i macałem, może ze trzy razy takie niezwykłe okoliczności przyrody nastąpiły, że może i uwierzyłbym w licznik. Przykładem wydaje się
nasz obecny lexus, ale jednak - nie dlatego wierzę w licznik, że prawdę mówił o 160kkm, tylko dlatego, że stan wózka jest tak dobry, jakby pomimo wieku przejechał zaledwie 160kkm. W normalnych warunach - licznikowe km olewamy, patrzymy na wiek i stan.
2. Trudny wybór źródła używki - komis, handlarz czy prywatny właściciel? Olewamy. Istnieją mity, że "z komisu pewniejszy" albo że "od właściciela lepiej niż od handlarza". (voice mode=Shrek) "Ale masz jakieś wsparcie?". Tak naprawdę, bez różnicy, wszędzie może się trafić mina i to z gatunku przeciwpancernych, albo (znacznie rzadziej) okazja stulecia. Podobnie, nie wnioskujemy, że długoletni prywatny właściciel sprzedaje szrota uczciwiej niż zawodowi oszuści a.k.a handlarze złomu - równie dobrze mógł właśnie dostać listę "to do" od swojego długoletniego mechanika, z przewidywanym kosztem remontów w rozmiarze produktu narodowego Tuvalu, więc prewencyjne wydala kloca w nasze ręce.
3. Już na etapie ogłoszenia, w praktyce - w necie,
uważnie oglądamy powiększone zdjęcia, ew. prosimy sprzedającego o lepsze. Nie rozumiem, jak można uważać, że wózek jest tiptop, jeśli na zdjęciach ma krzywe sznyty, czy różne odcienie blach, czy podobne felerki - komuś się wydaje, że na miejscu będzie lepszy? I nie mówię, że to koniecznie dyskwalifikuje złoma, bo nie musi, zależy co i jak zrobione i ile trzeba jeszcze zrobić, i do czego nam ten trupex potrzebny, bo może do scrap race - no ale wtedy nie ma mowy, że igiełka nie bita, ew. cenę dzielimy odpowiednio.
4. Już na etapie telefonu, ustalamy jaki jest status formalno-prawny autka i czy sprzedawca ma wszystkie papirusy tiptop i pod ręką. Nie ma chyba głupszej akcji niż jechać po szrota przez pół kraju, napalić się, po czym na koniec dowiedzieć się, że jest taka sprawa, że w trakcie jest rozwód, więc dowód ma szwagier, kartę wozu była, a sprzedawca sprzedaje przecież samochód a nie papiery... Znam takie bogate opowiastki ze słyszenia, ale rozwadze polecam - mnie chyba tylko raz zdarzyło się nie dopytać o kwity, i wyszła akcja nieco w tym stylu, tyle, że niedaleko i rozczar niewielki, ale jednak: szukaliśmy na gwałt 4x4, bo ford explorer się zesrał a merkura scorpio stłukłem (jednego dnia!) a tu zima przyszła; trafiliśmy do jakiejś dziwnej drukarni na zadupiach warszawskiego Gocławia, chłopaki zapracowane, ale okazali, że mają na sprzedaż explorera 2 z silnikiem od 1, czyli teoretycznie wtedy ideał naszego szrotu - w praktyce zaniedbany, elektryka choinka, ale silnik+skrzynia+zawias ok, plus buda w miarę cała, plus cena bardzo ok, no dobra, to może i weźmiemy, bo przez śnieżny tydzień naród wykupił wszystkie 4x4 w okolicy stolicy. Ale na pytanie o dowód i kartę wozu nagle zrobiło się niewyraźnie, chłopaki się zmieszały i zaczynają wydzwaniać gdzieś za papierami, po czym stwierdzają, że karta wozu, zdaje się, jest w Piasecznie, zdaje się. A dowodu nie ma, bo zgubiony, a umowa poprzednia na inne nazwisko niż karta, więc trochę kłopot, ale mają namiary na przedpoprzedniego właściciela i to się załatwi. No już w połowie tego wykładu miałem duże WTF i w końcu pytam się "Zara, to tę jazdę próbną wkoło dzielni zrobiliśmy bez dowodu? I wy tym na co dzień tak jeździcie po mieście?" - "A bo my to złoczyńcy jesteśmy" z krzywym dwuznacznie-jednoznacznym uśmiechem odparł właściciel, po czym zaczął znowu gdzieś wydzwaniać, no ale tu spojrzeliśmy z żoną po sobie i daliśmy sobie znak-sygnał "SPIERDALAMY", toteż szybciutko pożegnaliśmy się i uciekliśmy pronto. BTW do dziś dnia nie jesteśmy pewni, czy wielka drukarka, którą chłopaki były zajęte, "bo pilne zlecenie", więc nie mieli zbytnio czasu na ten cały handel, drukowała nalepki na zabawki itp. czy nalepki akcyzy.
5. Już na etapie telefonu, a co najmniej przy oględzinach, jeśli sprzedawca to nie jest jakiś megakomis czy handlarz z setką złomexów, pytamy dlaczego sprzedaje? a nawet jeśli komis, to skąd im się taki ulągł? i uważnie obserwujemy i analizujemy odpowiedź. Serio, to bardzo ciekawe, nawet przez telefon. Jeśli sprzedający, szczególniej prywatny, który ma wózek od dawna, nie potrafi jasno i szybko odpowiedzieć na takie pytanie, stawiamy przy danym szrocie duży minus. A poza tym, można trafić ciekawe historie i przyszłe klasyki, np. nasz
vierny van był kupiony od Zbigniewa S. pseudonim
Oniscus, w tym pozornie spokojnym międzyczasie, kiedy już nie był i jeszcze nie był związany z polską polityką, tylko miał komis samochodowy; wózek był po jego własnym osobistym teściu.
6. Unikamy oczywistych błędów, jak umawianie się na oglądanie autka po ciemku, czy w ulewie - w warunkach wielkomiejskich można ratować się parkingami galerii handlowych czy co lepiej oświetlonymi stacjami paliw, ale jeśli ktoś kupuje szrota przy latarce na zadupiu, niech nie śmie narzekać, jeśli trafi mu się wspawany przystanek. Oglądamy sobie blachy, lakier, rdzę; jeśli mamy jakiś magnesik do lakieru (jakoś nigdy nie miałem i nie musiałem używać) bawimy się nim w podejrzanych miejscach. I pamiętamy - w przypadku szrotwagena, nie idzie o to czy jest idealny (bo idealny, to on
może był 15 lat temu), ale czy jest w miarę prosty i w miarę spełnia nasze
minimalne wymagania w danym przypadku - jeśli oczekiwaliśmy idealnego klasyka bez rdzy, okej, tego szukamy; jeśli oczekiwaliśmy jeżdżącego, skręcającego i hamującego "prosto" 20 letniego forda z pół bańki nalotu, reszta opcjonalna - to pod tym kątem patrzymy. I przesuwanie się "w drugą stronę" skali zawsze jest błędem - nie ważne, czy ustepujemy z oczekiwaniami przy klasyku w stanie mint, który okazuje się coraz mniej mint; czy nagle nam się podnoszą oczekiwania wzg. starego dziurawego w połowie popsutego forda do poziomu nówki salonowej lexusa; tak czy owak, robimy to źle.
7. Odpalamy szrota, najlepiej - na zimno. To jest ideał, nie zawsze możliwy, ale tak jest najbezpieczniej. Jeśli "na zimno", czyli stał dłuższą chwilę w danym miejscu i podłoże na to pozwala - oceniamy ślady wycieków, nie tylko silnika, ale skrzyni, paliwa, dyfrów, hamulców, wszystkiego. Do odpalenia - samochód zgaszony, otwieramy maskę, paczymy co tam słychać i widać; nawet jak nie wiemy o co cho, to mądrze kiwamy głową. Prosimy sprzedawcę, żeby odpalił, obserwując z ogólnej perspektywy, czy trudno zapala, gdzie dymi, gdzie lecą płyny i jakiego koloru, co klekocze jak powinno, a co jak nie powinno. Zwracamy też uwagę, jak gość odpala - czy "pałuje" gazem, czy nie, czy wykonuje jakieś magiczne czynności i np. czy ogarnia w ogóle pojazd. Po chwili idziemy pobawić się w proktologa, czyli co tam słychać, widać i czuć w odbycie trupexa, zwanym wydechem. Obłoczki, mgła, dymy czarne, białe i najróżniejsze, większe niż w przeciętnym sprawnym wózku z podobnym silnikiem stojacym tego dnia obok (czyli - w podobnych warunkach pogodowych) powodują, że z rozbawieniem każemy sprzedajacemu zgasić i pospierdalać, ew. jeśli lubimy robić remonty silników, każemy podzielić cenę szrotwagena przez 2. Potem wracamy na przód i odkręcamy korek oleju, żeby zobaczyć co pod nim widać - fontannę? dymek? przeciąg? majonez? Oczekujemy oczywiście zero ciśnienia i dymu, tylko nieco oleju i nieco nagaru, nic więcej. Z innej beczki - jeśli wózek nie chce zapalić, słabo kręci, itp. niekoniecznie skreślamy go od razu; jasne, każdy się tłumaczy, że słaby/stary akumulator, że wózek stoi od miesiąca - ale to zaskakująco często po prostu prawda. Zdarzało mi się w obie strony, jako sprzedawca i kupujący, bawić starymi akumulatorami, w deseń, przy sprzedaży - nie chce kręcić, więc przychodzi przełożyć jakiś inny, z któregoś z pozostałych 5 wózków (z info "jak widzisz, ten kręci i pali, i jest git, ale kumasz, że to jest na twój dojazd do domu i najgorszy jeszcze działający jaki mam, bo ideolo mam w tamtych trzech ale nie ma opcji, że dołożę ci do tego szrota 20% wartości w formie nowego aku"); a jako kupujący, np. znowu z lexusem, handlarz skołował aku "dobrą używkę" i po prawie roku, co dziwne, jest nadal działająca, nawet w tutejszą tzw. zimę. Oczywiście, jakieś ryzyko trafienia na złoma, który nie ładuje aku, albo który błyskawicznie rozładowuje aku, jest nieco większe, jeśli "nie kręci", ale w mojej praktyce nie wiem, czy się raz zdarzyło.
8. Robimy jakąś jazdę próbną. Podobno aż 25% ludzi kupuje używane wózki bez jazdy próbnej, ale nie rozmawiam o takiej patologii. (Anegdotycznie - zdarzyła mi się sprzedaż wozu bez jazdy próbnej, bez otwarcia maski, po ciemku, zawodowemu handlarzowi, który miał zamiar pojechać wózkiem z Wawy do Kijowa. Przebij to. Po tej akcji żona stwierdziła, że w temacie ulubionego szrotu przegadam i zmęczę każdego). Jeździmy niekoniecznie za kierownicą, tu pod rozwagę poddaję delikatne kwestie ubezpieczenia OC itp. (i tu komisy mają pewną przewagę, gdyż jakieś OC
powinny dla "przygodnego" kierowcy mieć), ale choćby i na miejscu pasażera; jeździmy przez dłuższą chwilę (co najmniej do zagrzania silnika do nominału), najlepiej trochę po zakrętach i wertepach. Otwieramy nieco okienko, jeśli się da i pogoda pozwala, słuchamy co tam stuka i wyje pod spodem, w różnych warunkach; co tak drży i huczy przy większej prędkości itd. itp. Oceniamy jak toto hamuje. Oceniamy jak się zmienia, albo jak się zmieniają, biegi. Patrzymy, nawet jeśli nie kierujemy, czy różne świecidełka i zegarki pokazują coś ciekawego. Klimę można próbować sprawdzić. Itd. I ogólnie, czy to się wszystko trzyma kupy, przyspiesza, skręca, hamuje, zgodnie z przewidywaniami dla danego modelu i wieku a.k.a przebiegu.
9. Po jeździe próbnej gasimy, robimy chwilę pogaduszki, po czym prosimy żeby zapalić ew. sami zapalamy złomka, oceniając, czy pali, dymi, pluje płynami itd. tak samo jak przed jazdą próbną, czy nieco inaczej. Jeśli mu się wyraźnie pogorszyło to bardzo źle wróży, jeśli mu się wyraźnie polepszyło, to umiarkowanie źle wróży. Jeśli wózek ma automatyczną skrzynię, to przeważnie dobry moment, żeby sprawdzić poziom i jakość oleju w automacie. Ew. można jeszcze raz klimę sprawdzić. Po ponownym zgaszeniu, robimy sobie oględziny wnętrza, po wnętrzu, wracamy na chwilę do mechaniki, żeby ocenić pozostałe płyny i oleje. I ich wycieki - stąd sprytne jest parkowanie na asfalcie/betonie po jeździe próbnej a nie np. na trawie.
10. Wnętrze oceniamy głównie pod kątem a) czy damy radę wytrzymać z tym co zastaliśmy? b) ile ew. będzie kosztować doprowadzenie do stanu, który wytrzymamy przez założony czas życia wózka w naszej stajni. I nie mam na myśli wyłącznie naprawiania i kompletowania tego co zużyte, połamane, zgubione, ale też tzw. ogólne wrażenie i ew. przeróbki, żeby mieć lepsze ogólne wrażenie. Bo jednak to we wnętrzu spędzimy ew. następne lata; ohydne zewnętrze będzie bolało głównie widzów, wnętrze głównie nas.
11. Zastanawiamy się jak najspokojniej, rozważając wszystkie za i przeciw i decydujemy się, pamiętając, że tego kwiatu to są tysiące (chyba, żeby nie). Decyzja, żeby spadać do domu, to też może być doskonała decyzja.
12. Jeśli dajemy zielone światełko, to kompletujemy papirusy, kluczyki, kody radia czy inne tego typu głupoty, spisujemy umowy, sprawdzamy czy jest jakieś paliwo w baku, i jazda.
Szerokości.