Czasem z nudów albo ze źle wziętego zakrętu w internetach, ląduję w ministudiach nad misją i wizją firm (ale taką prawdziwą, a nie marketingowo-pijarową) i jak to się ma do ich sukcesów oraz przeżywalności.
Z jednej strony, fakty są mniej więcej takie - nawet największe i najbogatsze firmy i korporacje na świecie, dobrze umocowane, jak z Fortune 500 czy S&P500 itp., mają obecnie oczekiwany czas życia rzędu 40-50 lat. Serio. I spada, kilkadziesiąt lat temu było to 60-70 lat, ale świat i firmy się zmieniły. Dla nowo założonych firm można spoko przyjąć, że średnio przetrwają tylko 20-30 lat. Tudzież bywają takie czasy, że np. 50% firm z Fortune 500 z roku 1999 już 10 lat później nie było wcale, nie było w Fortune 500 albo zostały po nich tylko nazwy.
Z drugiej strony istnieje sporo firm, mogących pochwalić się ciągłością i jeśli nie spektakularnymi sukcesami, to opłacalnością przynajmniej, w skali wieków. A nawet tysiącleci. Oczywiście, zagłębiem takich firm jest stabilna i uparta Japonia, ale i w Europie jest takich przypadków sporo. I to nawet odkładając na bok "naturalnie" długowieczne biznesy jak duże i trudne do wyczerpania kopalnie (BTW Wieliczka jest jednym z najstarszych ciągłych biznesów w Europie i dobrym przykładem); dygresyjnie - nawet nieprzebrane kopalnie nie gwarantują 1000 letniej ciągłości i historii, bo popyt na najbardziej nawet podstawowe surowce zmienia się w skali stuleci i również w kopalnianym biznesie czasem trzeba umieć uciekać do przodu, czego dosko przykładem
Stora Enso, czyli, powiedzmy, najstarsza korporacja świata (pierwotnie - górniczo-wydobywcza), która w ciągu 700 lat przeskoczyła z wydobycia miedzi, na żelazo, a potem na papier. Odejmując kopalnie i podobne i celując w uczciwie stare firmy, a nie jakichś zaledwie 800 letnich parweniuszy, dostaje się mały wykaz japońskich zajazdów-hoteli-łaźni, trochę pubów i browarów i winnic z różnych stron świata i parę japońskich firm dłubiących w tematach okołoreligijnych (od budynków po gadżety).
(I to jednak fascynujące, że istnieje w EU knajpa jedna czy druga, starsza niż wszelkie europejskie państwa czy nacjonalizmy. Pijacy wszystkich krajów, łączcie się! Albo że hotel-łaźnia istnieje se w kąciku Japonii przez drobne 1300 lat i 52 pokolenia, nie bacząc na mody, ustroje, religie, kultury całe, zmieniające się jak w kalejdoskopie, w porównaniu.)
Studiujący długowieczne firmy (przeważnie jednak na japońskich przykładach, bo ponad 100 letnich firm jest w Japonii, uwaga, ponad 20 tysięcy; nawet nazwę specjalną dla nich mają,
shinise) tłumaczą ich długowieczność i stabilność w miarę zrozumiałymi czynnikami, jak stabilnością popytu i podaży (czyżby hotele, religijne i pijactwo najstabilniejsze?), małym/rodzinnym rozmiarem przedsiębiorstwa (czyżby ludzie z gruntu nie potrafili się organizować i zarządzać w większych stadach?), lokalnymi uwarunkowaniami, jak np. japoński wstręt do wykupywania/łączenia firm, itd itp. Ale do tego dodają coś "z innej bajki" - że te małe "wieczne" firmy przeważnie spaja i podtrzymuje jakiś etos czy credo, związane z branżą czy pracą, a zupełnie niezwiązane z zarabianiem na biznesie. I że były elastyczne na poziomie strategicznym i długofalowym (np. ciekawe rozwiązania dziedziczenia biznesu przez zdatnych zięciów zamiast niezdatnych synów, albo i przez córki - co przed kilkuset laty nie było popularne a nawet normalne) ale konserwatywne i "solidne jak skała" na poziomie operacyjnym.
Co w nowoczesnym biznesie i wśród firm Fortune 500, a nawet w całej nowoczesnej kulturze zachodu, spotyka się równie często jak planowanie na więcej niż rok na przód (a może już na kwartał? nie wiem dokładnie jaki jest poziom paranoi obecnego top tier zarządzania i dużych kapitalistów-udziałowców) - no jakby przeczytali historię
shinise do góry nogami. I może stąd przewidywaną długość życia firm mają jakby z drugiego końca skali?
Można by powiedzieć, że to są rzeczy nieporównywalne, jakiś 1000 letni zajazd w Japonii i Toyota, albo 1000 letni pub i Jaguar. Orili? A może jednak? Bo zdaje się, że jednak coś w tym jest - kiedy ludzie, od CEO po sprzątaczki, chcą porządnie "robić swoje" i zależy im na "dobrej robocie" i fajnym "produkcie", dostaje się lexusa LS albo jaguary wszechczasów. I konsumenci rozchwytują je jak świeże buły, ba, płacą czekami in blanco za opcję zakupu (ok, to tylko anegdota z jagiem XJ220 na targach w roli głównej). A kiedy wszystkich, od CEO po sprzątaczki, interesuje już tylko kasiorka, czy to w formie wyników kwartalnych, czy w formie "wypłata nie starcza na zakup etosu", to dostajemy lexusa NX. Albo Ford czy Tata dostaje Jaguara, a nie jaguara.
I co oczywiste, guru i konsultanci na bolączki krótkowieczności obecnych, nawet wielkich, firm, nie doradzają jw. umiarkowane odejście od zysku a powrót do etosu, tylko doradzają ucieczkę do przodu, podnoszą konieczność dywersyfikacji i innowacyjności w zmiennym nowoczesnym świecie itd itp. przyspieszanie i unowocześnianie pogoni za szmalem. Co ładnie brzmi w teorii i nawet zdaje się, niektórzy CEO i menagerowie w to wierzą i w tym kierunku sterują. No bo Kodak, bo Polaroid, bo stagnacja zabija a kto nie idzie do przodu ten się cofa i zadepczą.
Tyle, że można odnieść wrażenie studiując długowieczne firmy, że równie uprawnione jest dowodzenie czegoś zupełnie odwrotnego - chcesz przetrwać w zmiennym świecie, znajdź sobie trwałą niszę i ją porządnie okupuj, i w niej bądź dobry i ew. innowacyjny, ale metodą małych kroków, "small bets", z dobrym i długofalowym planem, nie daj się oderwać od "swojego" kawałka rzeczywistości; bo mało co rozłoży ci szybciej firmę niż pójście na żywioł dywersyfikacji i innowacji, w zylionie obcych branż, metod pracy i obcych ci światów.
Czego najsmutniejszym przykładem do niedawna najstarsza ciągła firma świata, Kongo Gumi, firma budowlano-konstrukcyjna w temacie świątyń i podobnych, założona w 578 roku. Skumajcie, 1400 lat ciągłej historii; od kiedy imigrant koreański, ściągnięty do budowy
pierwszej świątyni buddyjskiej "poszedł na swoje" i zrobił biznesik - wtedy Japonia dopiero zaczynała pisać po japońsku a nie chińsku, i nazywać się "Nihon", Krajem Wschodzącego Słońca, zamiast chińskiego "Wa"; a w Polsce dopiero wprowadzali się Słowianie... W latach '80-'90 zachciało się właścicielom pospekulować na nieruchomościach, no bo taki łatwy zysk, i ich branża była pokrewną nieco, i przecież na nieruchomościach nie da się stracić. Otóż da się, jeśli bierze się pod ich zastaw pożyczki, a tu nagle bąbelek cenowy pęka, i okazuje się, że drogi Watsonie, sami wleźliśmy banksterom do kieszeni; a nasze nieruchomości są warte znacznie mniej niż lawinowo rosnący dług - którego nie ma z czego spłacać, bo biznes budowy świątyń też przechodzi niejaki kryzys. I tak firma z 1400 letnią tradycją, mająca 100 pracowników i jakieś 70M$ przychodu, zbankrutowała i została wykupiona przez normalnych budowlańców koło 2005, bodaj nadal jest oddziałem w dużej firmie.
Ogólnie wydaje się niezłą zasadą, nie tylko co do 1000 letnich firm vs. efemerydy Fortune 500, ale też w tzw. życiu (a napisał to Robert Townsend, prezes dużej firmy z poprzedniej epoki): "Nie rozumieją, że pieniędzy, podobnie jak prestiżu, nigdy nie zdobywa się par force. Pieniądz to produkt uboczny jakiegoś wartego zachodu celu względnie wyniku, do którego dąży się i który osiąga się dla niego samego."