Od
poprzedniej notki o aparatach fotograficznych minęło coś koło 5 lat, i cały ten czas spędziliśmy z kupionym wtedy fuji X-S1, pancernym "bridge" z ręcznym zoomem-tubą, z manipulatorami i gadżetami jak z lustrzanki, ale z "sercem" (czyli sensorem) z kompakcika. Oraz trza pamiętać, że kupiliśmy go 5 lat temu "w ostatkach" i jakichś wyprzedażach za grosze, bo model ten już wtedy miał pięć lat; czyli teraz ma 10... Co oczywiście rzutuje na możliwości sprzętu, np. komunikację z kompami czy ogólną rozdziałkę, już nie mówiąć o sensorze rozmiaru nikczemnego (więc np. zaszumieniu paskudnym przy słabszym świetle).

W sensie jakości wykonania, X-S1 zniósł te 5 lat w miarę intensywnego użytkowania (zylion wycieczek po Szkocji i nie tylko) bardzo dobrze - w zasadzie zero zużycia, bodaj guma w miejscu uchwytu nieco odstaje, jakieś ryski i zadrapania, i tyle. Funkcjonalnie, wszystko działa i nadal niektóre gadżety i wypasy ma zdumiewające, nie tylko jak na 10 letni, ale wzg. bieżącej konkurencji, jakichś finepixów czy lumixów czy coolpixów też. Stąd ciśnienie na jego wymianę na jakiś nowy model czy lustrzankę było praktycznie żadne.
Ale jest jeszcze inna kwestia w naszym użyciu aparatu na co dzień - żona robi dużo zdjęć swoich kraftów i artów (można obadać na
House of Arts na Facebooku) i o ile X-S1 spoko do tego też wystarcza, zarówno w sensie jeszcze wystarczającej dla WWW jakości, niezłej jak na
bridge kontroli oraz świetnego podejścia do makro (z czego tanie fuji zawsze słynęły), to ma jedną kolosalną wadę - ta pancerka waży kilogram... Więc o ile na wycieczce dopiero po całym dniu i przy drugiej baterii mam tego aparatu dosyć, bo czuje się jego ciężar, to malutka żona z malutkimi łapkami cierpi już po godzinie czy dwu kombinowania z aparatem przy kraftach. A do użycia statywu nie bardzo daje się przekonać, zresztą, jak i ja na wycieczkach, bo jednak mamy podejście raczej "point & shoot", bawiąc się aparatem "w ręcach", a nie jakimś celebrowaniem statywu i profi zabaw gadżetologią.
Stąd o ile jw. ciśnienie na lustrzankę czy duży "bridge" było ostatnimi laty prawie żadne, przynajmniej dopóki X-S1 się nie rozsypie, to chcica na coś małego i lekkiego, a przy tym nowocześniejszego, przychodziła falami. Nieco ponad rok temu chodził za mną temat, no ale nie "dochodził", a potem był rok COVIDu, bałaganu i przeprowadzek. Coś tam pomyślałem przed Bożym Narodzeniem, no ale nie, nie wierzymy w świąteczne wyprzedaże oraz nienawidzimy nurzania się w tłumach oszalałych na punkcie zakupów, więc dzięki, NIE, nawet nie wybrałem nic sensownego.
A tu nagle, jakoś tak żle skręciłem w internetach i wczoraj popatrzyłem co tam słychać na DPReview itp. w temacie "jakiś tani lekki mirrorless, ale w swojej taniej klasie na maxa hej" oraz zacząłem od Fujifilm, bo czemu nie, lubimy fuji oraz nie trzeba się uczyć nowej filozofii sterowania czy interfejsów (ale nie było to ostre ograniczenie, miałem pocisnąć też w kierunku Sony czy normalnych dużych graczy). W fuji wyskoczyło mi parę różnych mirrorlessów z sensorem APS-C, idąc "od dołu" dociągnąłem do czegoś wyglądającego do rzeczy (np. z wizjerem...), w miarę odpasionego i całkiem nowego, tj. model mniej więcej sprzed roku: X-T200.
Leniwie spojrzałem, ileż to kosztuje w zestawie (body X-T200 plus byle jakie szkło-zoom XC 15-45mm), w Dublinie i okolicy. Wyskoczyła mi promocja wyspecjalizowanego sklepu (ok, "sieci" 2 sklepów), na poziomie "hm, może być" oraz do końca stycznia. A jak nieco porównałem ceny i alternatywy, także o półkę wyżej czy "w bok", także poza fuji, ale tych samych okolicach i okolicznościach (mówimy o nówce w sklepie, nie jakichś amazonach czy ebayach), to skończyło się tak, że z rańca zadzwoniłem do tych ludzi, czy mają otwarty któryś sklep i czy mają te fuji na składzie do pomacania oraz nabycia drogą kupna.
Co za niespodzianka, mieli. Znaczy, podobno ostatnie parę sztuk i "gardło sobie podrzynając", i nawet może być to prawda, gdyż jw. to nietypowe wykonanie (black, cały czarny, body i obiektyw, jak na zdjęciu powyżej), hipoteza - jakaś spec-partia na święta, bo normalnie X-T200 są dostępne do wyboru w 3 odcieniach srebrnego, no i w cenie nieco wyższej nawet w ori sklepie internetowym Fuji... (skądinąd o cenach w Polsce może lepiej nie mówiąc, bo po co niektórzy mają się denerwować czy wrzucać taga "nienawidzimywas").
Skoro oni mieli apart, a my chęci, szczególniej na terapię zakupową "na nóżkach" zamiast denerwowania się irlandzkimi slow-mo dostawami po zakupach internetowych (żona, zamawiająca dużo różności w sieci, na przemian zanosi modły do matki boskiej trakingoskiej albo drze się "WHERE IS MY PARCEL, LEBOWSKI?!", bo tu jest gorzej niż w UK czy PL, o brexicie lepiej nie wspominając...) - zaraz "przemknęliśmy się" przez COVIDowe blokady policyjne do centrum Dublina i po zważeniu w ręku X-T200 w drzwiach "zamkniętego" sklepu, nabyliśmy japońskie maleństwo. O danych technicznych możecie se
poczytać w sieci, np. na DPReview; za dużo nim się nie pobawiłem jeszcze, oczywiście, ale wydaje się "towarem zgodnym z opisem", nawet bardzo zgodnym, ze sterowaniem dla nas - intuicyjnym, oraz waży dokładnie połowę tego, co kolubryna X-S1.
Jak można zauważyć, życie płynie należycie.
[edit 31/01/2021]
Dorzucam parę uwag i drobiazgów:
1) Przepaskudna pogoda oraz obostrzenia COVIDowe nie sprzyjają badaniom terenowym nowego aparatu, więc tylko "na stole" i makro się bawię - standardowy obiektyw oczywiście nie jest jakimś dedykowanym do makro, ale zdaje się, wystarczająco daje radę jak na nasze potrzeby (to są gołe jpg z aparatu zmniejszone do 50%; strzelane z ręki przy oświetleniu plugawym w naszym "livingroomie"):
BTW na pierwszym zdjęciu stan zużycia starego fuji X-S1.
2) Szukając po internetach dodatków do nowego aparatu (filtry w innym rozmiarze niż od poprzedniego, jakaś osłona przeciwsłoneczna, duża karta, może druga bateria, itp.) wpadłem na recenzję X-T200
u Kena Rockwella, zabawnego
chucka norrisa fotografii; szczerze mówiąc zapomniałem już, że on istnieje (oraz jakże typowo, czytam recenzje po zakupie aparatu, samochodu czy komputera, a nie przed...). Przejrzałem ją, brewki mi się podniosły, no i tyle, bo cóż można powiedzieć, Ken jak zwykle pisze "kontrowersyjne" opowiastki, jakieś 80% jego negatywnych uwag w tym przypadku to w ogóle idiotyzmy są.
3) Żeby nie było, parę drobnych wad już znalazłem w X-T200, dwie nawet zgadzają się z Kenem jw. - tylny wypasiony ekran nie ma opcji automatycznej regulacji podświetlenia wzg. oświetlenia wkoło, szczególniej bolesne, że przecież obok ekranu jest czujnik oświetlenia dla automatycznego przełączania wizjer/ekran... Druga wada, jakiekolwiek mocowanie statywu koliduje z klapką baterii/karty (nakrętka jest na styk z klapką), szkoda. Inna wada dla mnie konkretnie, acz "towar zgodny z opisem" - wizjer ma korekcję -4/+2 dioptrii, ja mam nieco bardziej minus, więc troszeczkę mi brakuje (stary aparat ewidentnie ma regulację znacznie bardziej "na minus", trudno powiedzieć czy -5 czy może nawet nieco więcej); muszę chyba jakąś soczewkę korekcyjną dołożyć do wizjera, dobrze, że oboje z żoną jesteśmy krótkowidzami...
4) Zdaje się, naprawdę mieli w sklepie niedobitki serii "black" promo-świątecznej, gdyż pomimo, że się styczeń jeszcze nie skończył, to już się im te aparaty skończyły. Czyli niezły biznes zrobiliśmy, zdaje się, kupując w miarę świeży aparat w sklepie około 40% taniej niż "nominał" dzisiaj... BTW dlaczego poszedłem z powrotem do sklepu: chciałem sprawdzić jeszcze raz cenę modelu "oczko wyżej", tj. X-T30, w duchu różnych opinii z netu (m.in. Kena jw.), że "warto dopłacić do wielostronnie nieco lepszych wypasów niewielką różnicę w cenie", i nawet bym się może zgodził, bo różnica cen nominalnych to jakieś 20%, i faktycznie różne drobiazgi X-T30 ma fajniejsze (zanim ktoś zacznie wytykać, że inne są lepsze/nowsze itd. - pamiętamy, że rozmawiamy o body ważącym 370-380g). No ale przy różnicy cen w promo rzędu 60% to już nie jest "niewielka różnica w cenie", co nie. Podobnie wzg. całej poważnej konkurencji od Sony, Canona czy innego Panasonica.