1. Na zakupy, odsłona 73
Jak zauważono pod poprzednią notką, coś tu wisiało w powietrzu w temacie szrotwagenów. Powisiało, powisiało, no i w końcu spadło.
Od paru tygodni były pewne pomysły, żeby w końcu wrócić do nieco bardziej wielostronnie wypasionych modeli, niż nasz bazowy lexus IS250 2006, który jest spoko, chybki i gibki, i miażdży większość konkurencji w swoim kąciku złomowiska, zarówno wypasem, jak i trwałością, no ale nie jest to wygodna, czy wysoka półka, w naszym bąbelku motoryzacyjnym.
Patrzyłem w kierunku lexusów GS III generacji, raczej GS300 (z 3 litrowym silnikiem spalinowym), niż hybrydowych GS450 (mają minus, bo w rocznikach starszych niż 2008 obłożone są w Irlandii maksymalną stawką podatku drogowego, zupełnie jak za 6 litrów V12 itp. oraz już są nienaprawialne amatorsko, w niektórych aspektach). No może w wersji poliftowej ok. 2009 GS450 byłby akceptowalny, tyle, że to już dosyć poważne pieniądze w Irlandii, w Polsce chyba też.
Korzystając z urlopu (w połowie jestem), postanowiliśmy się rozejrzeć. Na początek był poliftowy srebrny GS300 2009 u poważnego dealera używanych samochodów z wyższych półek (wózek ewidentnie zostawiony w rozliczeniu). Okazał się tak poobijany (tj. naprawiany po jakiejś stłuczce; a później poobijany leciutko, ale "wszędzie") i w słabym stanie wzg. ceny, że nawet nie przejechaliśmy się, tylko pożegnaliśmy się. Jedyne pozytywne doświadczenia, to że kombinacja czarnej skóry z ciemnym drewnem okazała się w naturze bardziej akceptowalna, niż na zdjęciach oraz dealer dostał ślinotoku na widok naszego ISa i że bardzo chętnie go w rozliczeniu weźmie... o_O
Zaraz wymyśliłem następnego przedliftowego GS300, wygodnie, po naszej stronie Dublina, czarny w jasnej skórze, nieco starszy i znacznie tańszy niż w/w polift. W 5s okazało się, że sprzedający to Polak, całkiem miły petrolhead. Umówiliśmy się, obejrzeliśmy (kawałek o tym w poprzedniej notce), wyraziliśmy chęć zakupu. Sprzedający bardzo zaskoczony (DKJP, nigdy tego nie zrozumiem, jak można być zaskoczonym, że ktoś chce kupić coś, co cała planeta widzi w internecie wystawione na sprzedaż...); że on nie może dzisiaj, jutro też wolałby nie, no może w sobotę? "W sobotę to my będziemy w Polsce, koleś". Negocjowaliśmy deko, i wyszło, że dla wszystkich najrozsądniej, jeśli załatwimy sprawę, kiedy już wrócimy z Polski, za około tydzień. Chcieliśmy dać zaliczkę, ale kolesław przysiągł się, że zaliczek nie trzeba, on zdejmie ogłoszenie a samochód przytrzyma, może w międzyczasie obejrzy jakiś następny dla siebie. OK.
Potem była seria nieogarnięć i fakapów, jak na przykład odwoływanie wyprawy do Polski (późne = kosztowne), oraz różne pomniejsze nieprzyjemności; poprzedni tydzień urlopu nie uważamy za udany, o nie.
Na deser, wróciliśmy do tematu GS300 i do typala, że do PL jednak nie lecimy, więc możemy handlować itd. na co gość poczęstował nas wystawieniem do wiatru, po prostu mu się odwidziało i możemy walić się na ryj. Też OK. Do niesłownych sprzedających/kupujących jestem przyzwyczajony, a po Szkocji i Irlandii - bardziej.
W tym momencie jeszcze było parę GS300 w okolicy Dublina do zbadania, zacząłem też przyglądać się uważniej GS450, a nawet wracać myślą do BMW serii 6 (ale zaraz przypomniało mi się, że mam nie patrzeć w tym kierunku, bo młażona mnie poddusi podduszką, dawna seria 6 tyłki ma nadal ohydne, oraz sypią się jak osypisko, szczególniej V8 w rozważanym przedziale). GDY NAGLE nastąpił zwrot akcji, gdyż odświeżyło się ogłoszenie o zupełnie unikalnym w Irlandii lexusie SC430 2003, o które zahaczałem nieco już tygodnie temu, na samym początku historii, ale gość nie odbierał telefonów ani emaili.
Naiwnie stwierdziłem, że teraz też pewnie nie odbierze. Na nieszczęście, odebrał. Obgadaliśmy. Umówiliśmy się w piątek, w środku sztormu demolującego Irlandię, na drugim końcu kraju (niedużego kraju, ale jednak), czyli na zadupiach na zachód od Cork. Przelecieliśmy się lexusem w wichurze i obejrzeliśmy nieco "zastały" i podniszczony kabriolet ze sztywnym dachem, z V8 4.3 litra (identyczny powerpack
jaki mieliśmy w GS430; tylko GS był szybszy, bo nieco lżejszy od cabrio, pomimo 4 drzwi...). Wózek na pełnym wypasie, bo nie było SC430 bez pełnego wypasu, były co najwyżej edycje "jeszcze bardziej specjalne"...
Było sporo wątpliwości i obaw, ale dałem zaliczkę i umówiliśmy się na finał w poniedziałek. Część obaw się rozwiała, część zignorowałem, i pojechałem wczoraj pociągiem sfinalizować zakup (bo brakło drugiego kierowcy - młażona praktycznie nie jeździ samochodem od paru lat, a w tej pogodzie jaka była, i jeszcze nadciąga, to i ja wolałbym nie jeździć...).
Akurat trafiła się przerwa w sztormach - wózek okazał się w słońcu w gorszym stanie lakierniczym niż w ulewie, no ciekawe jakim cudem; ale znacznie sympatyczniejszy mechanicznie i technicznie, niż na pierwszy rzut oka. A sprzedający okazał się wyjątkowo słowny, bo sprzedawał wózek tak, jak się umówiliśmy - a naprawdę miał kolejkę chętnych na jedynego SC, jakiego przez parę lat widziałem w ogłoszeniach tutaj, i mógł spoko oddać zaliczkę, czy podbijać cenę. Wyraziłem wolę zakupu, wyłożyłem szmal (jak zwierzę - kolesław chciał gotówkę...), powypełnialiśmy i wysłaliśmy urzędowe papirusy. Sprzedający był bardzo bardzo smutny, kiedy odjeżdżałem (w życiu nie sprzedałby wózka, ale emigruje "za żonę i za wodę", do Brazylii. A może był zasmutkowany myślą, że nie wyjął z tej kolejki chętnych paru tysięcy euro więcej...).
Dojechałem do domu 300km bez najmniejszego problemu, bujając się przyjemnie dwutonową komfortową łajbą, odpychającą się ośmioma tłokami. Oraz podziwiając, jak mało pali na autostradzie ;)
2. "Najgorszy samochód w historii świata"
... jak przezywał SC430 w Top Gear Clarkson, a May mu wtórował. Nie znają się, oczywiście.
W powyższym filmiku jest ładnie wytłumaczone, co im się pop... w temacie, dla nieszprechających po angielsku wersja skrócona: zupełnie pomylili target (grupę docelową) i "po co" jest SC430. To nie jest samochód sportowy. To solidna barka grand turismo dla dwu osób, z dodatkowymi bonusami w postaci składanego sztywnego dachu i dwu łże-mini-siedzeń z tyłu. Narzekanie, że nie prowadzi się jak sportowe porsze, czy jaguar, czy że "nie daje emocji", ma tyle sensu, ile narzekanie, że stary Rolls Royce nie prowadzi się jak w/w, czyli: głupoty gadacie, towarzysze. A porównywanie z jakimiś merolami SL, czy jaguarami wagi cięższej, czy BMW 6 kabrio itp. ma może ciut więcej sensu funkcjonalnego, ale tu należy przypomnieć, że SC430 był od "sporo" po "bardzo sporo" tańszy od w/w (o ile pamiętam, w realiach USA coś jak 50k do nawet 70-80k$). I był nieco "przestarzały" i "prosty" już na starcie, bo projektowany pod koniec '90 przez konserwatywnego Lexusa dla konserwatywnych ludzików ("to my, trociny!"), a nie przez niemieckich geeków dla fanów latania bokiem, czy innych nürburgringów.
Moim skromnym zdaniem, ze zbiegu powyższych cech, szczególniej niskiej ceny i braku przesady, SC430 nawet nie do końca jest grand turismo, bo "prawdziwe GT" to dla mnie jakieś maserati czy astony martiny, ale bliżej mu do zapomnianej klasy aut "personal luxury", które nadal mam za koronę motoryzacyjnego stworzenia,
zupełnie jak 10 lat temu!
Obecnie SC430 jest miejscami już nieźle oldskulowy (te felgi; ta wysuwana teleskopowa antena (dziwne, nadal działa); ten odtwarzacz kaset - w 2010 ostatni samochód na świecie z fabrycznie montowanym kaseciakiem...). Ale w innych miejscach jest oczywiście jak wzorzec solidności dawnego Lexusa, made in Japan, 2003. W jeszcze innych kawałkach - ma fajne elementy luksusu/komfortu, nadal nieczęsto spotykane, jak na przykład to całe drewno "zamykające się" na ekran nawigacji i radio.
Ogólna estetyka, hm, na pewno może wypływać oczy, i na pewno nasz IS bardziej mi się podoba designersko, ale a) jest spójna i ma ciekawe uzasadnienia i inspiracje b) w naturze wygląda o niebo lepiej niż na zdjęciach (BTW podobnie było z naszym camaro z '90) c) jest ponadczasowa, nawet jeśli w sensie "w 2033 będzie tak samo nudny / brzydki jak w 2003"...
Oczywiście, nasz "nowy" egzemplarz jest miejscami po prostu przestarzały (nawigacja, kaseciak...), czy ma usterki (np. zbiornik/pompka spryskiwaczy przecieka), czy jest ogólnie zużyty i zmęczony, i można w nim dużo naprawić i ulepszyć, nawet jeśli mechanicznie jest całkiem sprawny i względnie zadbany; silnik, skrzynia, zawias, hamulce, składany dach, itd. - wszystko działa normalnie... Ale nie będę się teraz o technikaliach rozpisywał, będzie na to jeszcze czas.
Celem ćwiczenia było znaleźć dużo więcej egzotyki, komfortu, gadżetów na 4 kołach, nie tracąc z oczu solidności i naprawialności samochodu, i żeby był też jakiś powrót do hobby "fizycznego" dla mnie. Żebym może nie zalegał 18h na dobę przed kompami, jak przez ostatnie miesiące; czy zastanawiał się nad powrotem do modelarstwa... Wydaje się, że SC430 może dostarczyć wiele piękna y dobra w tych wszystkich kategoriach.
[edit 24/02/2022, różności plus nieco z komentarzy]
Skaner OBD2 który mi został po GS430 podłączył się do SC430 bez problemu i nie pokazał żadnych błędów. Nieco zaskakujące, ale miłe, i zgadza się z bardzo gładko pracującym i wzg. oszczędnym napędem.
Odkryłem, że nie działa podświetlenie prędkościomierza, plus zegary są brzydkie, więc był pretekst żeby przyjrzeć się im pod kątem nie tylko napraw, ale też przerobienia na coś ładniejszego. Wyjąłem w parę minut, przepiękna prosta konstrukcja, chyba najłatwiej rozbieralny kokpit za kierownicą jaki w życiu miałem. Pogrzebałem, poczyściłem, popatrzyłem, po czym stwierdziłem, że mam teraz inne rzeczy na głowie i nie chce mi się rozbierać głębiej elektroniki na razie, poskładałem z powrotem.
BTW konsolę środkową też już wczoraj rozebrałem wkoło wajchy biegów, również całkiem spoko, choć tu wprawa z GSami się przydaje - wkurzał zabytkowy głośnomówiący, który pod nią pikał itp. oraz grzebałem w popielniczce, ma uszkodzenie mechanizmu miękkiego otwierania, bo ktoś otworzył ją na siłę? trzeba dorobić/kupić nadłamaną zębatkę (wymienną! ktoś w Lexusie przewidział goryle otwierające bibeloty-popielniczki...).
Przy okazji usunąłem problem sygnalizacji czujników ciśnienia opon, i nawet nie musiałem wywiercić czy zakleić tej kontrolki ;) bo wystarczy wyjąć dwie wtyczki za popielniczką (nie mam zamiaru pier... się z TPMSem, ze spec-czujnikami lexusa, ich programowaniem, bateriami, odbiornikami, i całym tym doskonale nadmiarowym mambo-dżambo).
Najpoważniejsze zagadnienia "do zmajstrowania" (bo np. koła/opony to nie jest problem DIY, tylko zakupowy), to spryskiwacze i okolica, trzeba dużo osłon rwać od dołu, za zderzakiem przednim (a tu nie ma tak łatwo, że osłona jest na parę nitów plastikowych jak w pomiotach francusko-rumuńskich, czy na parę śrubek jak we fordzie, np. główna osłona silnika to IIRC 20 śrubek i 6 nitów od zderzaka). Drugie - trzeba będzie coś zrobić ze skórami wnętrza, jest dużo małych uszkodzeń, a niektóre plamy czy odbarwienia nie są "do umycia", tylko już do renowacji.
Przymierzyłem się na serio do wsiadania na tylne łże-siedzenia - nie róbcie tego. Za kierowcą mojego rozmiaru, dopchniętym do kierownicy, niewygodnie zmieści się dziecko albo malutka kobieta może, dwu takich jak ja po prostu nie mieści się na miejscach kierowca+pasażer za nim. Na miejscach po stronie pasażera, tandem dwu takich jak ja mieści się z najwyższym trudem, na parę km może. Tak jak ludzie mówili/pisali, to są atrapy siedzeń, z jakichś względów podatkowo-rejestracyjnych, no może dla małych dzieci.
Ze śmiesznych akcji, byłem rano koło nieznajomego warsztatu mechanicznego po drugiej stronie miasteczka, i kiedy parkowałem, paczę, a tam ewidentnie mechanik/właściciel warstatu wysiada z LS460, no proszę. Wracam, nie ma LSa, odjechał, ale odsłonił identycznego LSa, tyle, że takiego "na części". Na ten widok poszedłem do nich obgadać sprawy i zlewy, i chyba już wiem, gdzie mogę ew. naprawiać mechanikę lexusów ;) Inna sprawa, że przez te ładne parę lat i ze 200kkm w 4 lexi jeszcze nie potrzebowałem mechanika ;D (no dobra, oprócz wyspawania tłumików nierdzew).
[edit 12/03/2022]
Jeździ się bardzo przyjemnie.
Dotarły oponki i kółka w końcu założone (nokiany z oponeo, kółka z felgenoutlet.com). Nie zmieniałem nic, rozmiary, ET itd. jak z fabryki. Ciekawostka: typowo na SC430 w 2003 były straszliwe runflats, szaleństwo jak w BMW z tamtej epoki; wiadomo, wszyscy normalni ludzie już dawno zmienili runflats na normalne opony.
Przy okazji grzebania w kółkach popatrzyłem w hamulce, na parę miesięcy powinny starczyć.
Typowy tani MP3/USB/BT grajek założony (jak widać na zdjęciu, w popielniczkę...) i spoko gra,
ale trza jeszcze wykończyć i dokończyć, bo odpowiedni przełącznik dopiero dojechał, a na przekaźnikach nie chciało mi się bawić. Przełączanie źródeł jest nieco upierdliwe, bo tu jest Mark Levinson i 2 linie różnicowe stereo, a nie typowo "i wszystko do masy", ale odpowiedni przełącznik (fachowo: typu 4DPDT) daje radę; taki mały suwany, słabo go widać "w popielniczce", po prawej od MP3ójki.
W międzyczasie wymieniłem gniazdo zapalniczki w schowku podłokietnika na ładowarkę 5V 2xUSB.
Duże głośniki w drzwiach czasem nieco postukują, nie jest to do końca trywialne do wymiany, bo o ile rozmiar jest standardowy (6" x 9"), to system jest na 8 omów, obecnie już nietypowa egzotyka. Przeanalizowałem temat i kupiłem odpowiednie pioneery ze średniej półki (w car-audio lubiłem pioneery ogólnie, mam nadzieję, że jakość nie spadła za bardzo); trza będzie je dopasować elektrycznie, mechanicznie powinny siadać od ręki.
Odkryłem POWAŻNĄ USTERKĘ, jedna z końcówek wydechu trzyma się tylko siłą woli i na słowo honoru. Przy okazji rozpracowania tego problemu będzie okazja przejrzeć go w końcu od dołu.
[edit 18/03/2022]
Wymieniłem te głośniki, bo było to coraz bardziej bolesne doświadczenie anty-audiofilskie. Tu widać dlaczego oraz nie myślcie, że jakikolwiek głośnik samochodowy wytrzymuje 20 lat (papierowy - 10):
Wsadzone Pioneery TS-R6951S grają normalnie; nie ma pożytku z ich części wysokotonowej, bo wielokanałowy wzmacniacz daje na duże głośniki w drzwiach tylko nisko-średnie. Dostroiłem je odpowiednimi opornikami dużej mocy (nowe głośniki 4omy, system na 8), żeby jakoś to grało i nie przeciążało wzmacniacza, i jest zadowalająco. Kopułki i średnie w drzwiach wyglądają i grają ok; średnie zmierzyłem, może jakieś dobiorę na wszelki wypadek. Tylne nie interesują mnie zbytnio (są duże po bokach i mały subwoofer na środku za kanapą), jakoś tam grają.
Ciekawostka: opuszczenie dachu podkręca automatycznie głośność wzmacniacza.
Przy okazji wymieniłem porwane tkaniny na dużych głośnikach w drzwiach (widać na zdjęciu wnętrza powyżej); miałem pod ręką tylko czarną profi tkaninę "akustyczną", ale nawet ładnie wyszło, czarna "łza" nieźle komponuje się z liniami drzwi i czarną górą.
Rozbieranie drzwi względnie łatwe, wszystko solidne i "rozbieralne", jak przystało na lexi z ok 2000. Drzwi pasażera nie wiem, czy w ogóle były rozbierane od nowości, miały wlepki fabryczne na śrubach i kartkę z kodami z japońskiej fabryki...
Zaczęliśmy uprawiać nim miły wycieczking (poniżej to przejazd przez górki Wicklow wczoraj, bo mamy tu dłuuugi weekend związany z dniem św. Patryka), bardzo przyjemnie, ale...
... stąd kroi się szybko następny temat: czujniki parkowania. Bo choć samochód jest normalnego rozmiaru itd. te obłe zderzaki, szczególniej tył w lusterkach, są trudniejsze do "wymierzenia" dla mnie, niż bardziej kanciaste bryły. A rozwalenie unikalnych zderzaków, które jakimś cudem przetrwały 19 lat w Irlandii, jest niemile widziane. Ponieważ wala się w przydasiach komplet 2+4 czujników, którego w końcu nie założyłem do ISa, będzie go można zaraz zużyć.
[edit 09/05/2022]
Jeździ się bardzo bardzo przyjemnie. Zgodnie z planem wózek dostarcza duże ilości
wielowymiarowej frajdy - z komfortu, egzotyki, odpychania się, wysokiej jakości, fenomenalnej trwałości, względnie niskich kosztów utrzymania, i tak dalej. Żebyśmy się rozumieli, SC430 nie jest mistrzem wszechświata w żadnej z tych dziedzin, ale trudno mi sobie w tej chwili wyobrazić coś równie fajnego, siedzącego tak idealnie na przecięciu tych wszystkich pożądanych przeze mnie cech.
Również zgodnie z planem, dostarcza zabawy i majsterkowania, żebym nie zalegał tylko przed kompami.
Założyłem czujniki parkowania tył, jest znacznie bezpieczniej. Skrajne wypadły nieco za bardzo na boki na tym obłym zderzaku, ale lepiej żeby coś pikało "za bardzo" na boki, niż żeby połamać ten unikalny zderzak. Robota normalna, jak to w lexi, zderzaki solidne, pod spodem pianka i szyny ukradzione na kolei, trzeba uważać, gdzie się próbuje wiercić i w czym. Przednich nie chciało mi się na razie zakładać, trza rwać przedni zderzak (co nieco przetrenowałem w ramach odłączania spryskiwaczy reflektorów) ale co gorsza ciągać kable przez cały wózek, bo moduł kontrolny w bagażniku oczywiście. Kiedyś indziej.
BTW nie wiem czy wspomniałem, ma uroczą dawną opcję w temacie parkowania - obniża automatycznie boczne lusterka po wrzuceniu wstecznego. W epoce kamer cofania to zabytek, ale nadal ma to jakiś sens, np. pomaga mi uważać na krawężnik na parkingu pod pracą, żeby nie obetrzeć tych nowych czarny felg...
Załatwiłem sprawę zegarków, jak na obrazkach (oryginał, przerobione: dzień i noc). Nie wiem czy czegoś jeszcze nie pozmieniam, ale na razie mi wystarczy; to jest mój ulubiony odcień (LEDy szmaragdowe 505nm), odtwarza wrażenie nieco przypominające dawne fordy. (BTW to zdjęcie nocne jest sporo prześwietlone, nie umiem w nastawy foto w komórce).
Sama robota była nieco upierdliwa, bo o ile demontaż zegarów i zgrubna rozbiórka 100% przyjemna i wszystko rozbieralne na mocy projektu oraz po 20 latach nadal nic się nie łamie, nie rozpada itd. to jednak płyta zegarów i LEDy to montaż powierzchniowy, więc drobiazgowe zabawy lutownicą, do których nie mam cierpliwości, narzędzi, a i wprawę dawno straciłem. Ale zacisnąłem zęby i jakoś skończyłem to.
W końcu przyszło zajrzeć pod spód i ocenić stan blachy, dokładniej zawiasu itp. To był ważny punkt, bo wyznacza pewne plany na przyszłość - nie idzie tylko o bieżące odrdzewianie, czy zabezpieczenie podwozia, czy bieżące naprawy, ale czy warto do wózka przywiązywać się i inwestować. Bo zabawy w "utrzymanie klasyka" i walkę z rozpadającą się podłogą czy mega-rdzą, to już nie ze mną, wyrosłem z tego. I były co do stanu "od spodu" pewne obawy, sądząc po tym jak bardzo SC430 był "omszały" i nieco zaniedbany u poprzednich właścicieli.
Okazało się, stety albo i niestety, że Toyota dostarcza rozwiązania, które przetrwają nawet irlandzkich olewusów - cała podłoga itp. jest w stanie zupełnie wporzo jak na prawie 20 lat; nieco rdzy na zawieszeniu, jakaś powierzchowna na zbiorniku paliwa (tam gdzie zeszła farba) czy gdzieś pod bagażnikiem, itp. Tak szczerze, mój służbowy Jeep Compass po 3 latach wyglądał pod spodem porównywalnie... Inna sprawa, że poza jakością Toyoty może być też istotne, że w Irlandii zachodniej dróg raczej nie solą.
"Niestety", bo zawsze jest nadzieja, że 20 letni wózek gnije, więc wyrzuci się go za dwa-trzy lata do śmieci i wymyśli następny fajniejszy. W tym przypadku ten argument raczej nie przejdzie za rok czy dwa... Tak czy owak, doczyściłem i zakonserwowałem co nieco pod spodem i w nadkolach, bo grzech nie zadbać.
Z utrzymania i "napraw" - wrzuciłem mu w sobotę komplet hamulców na wszystkie kółka. W sumie tarcze miał jeszcze spoko; można było wymienić same klocki tył (niewiele zostało) i rozebrać i doczyścić "grube" klocki przód, bo robiły mi jakieś drobne wibracje "na zimno" (BTW to jest pewien "problem" z systemem zacisków i klocków toyoty/lexusa - wszystko jest delikatne i spasowane nieco "za dokładnie"; jeśli samochód stoi, rdzewieje, zaniedbany, to zawsze coś gdzieś się zaczyna przycinać, "przyłapywać", wibrować, itp. i trzeba popracować nad tym; czasem luźno telepiące się elementy hamulcowe w fordach czy amerykanach miały przewagi pod względem "postojowego"). Ale części do hamulców SC są tak tanie (idą takie same jak do GSów i LSów) i tak prosto się wymienia, że nie chciało mi się oszczędzać i bawić na raty, poszedł komplet febi-bilstein po całości. Zeszło ze cztery godziny, z przerwą na obiad i marudzenie nad dwoma zastałymi śrubami, które nie chciały poddać się z marszu jak na tojkę przystało; a że nie posiadam obecnie argumentu młotkowego cięższego niż 250g, więc chwilkę nad nimi spędziłem.
Następny większy temat to zapewne będą skóry wnętrza. Ciekawe, że jest sensowna opcja kupienia nowych skór na fotele i podłokieć (w USA ludzie nadal je szyją "rutynowo", tam jest najwięcej SC430), w całkiem rozsądnej cenie; a nie w spec-warsztacie na spec-zamówienie w spec-cenie, bo oczywiście wszystko gdzieś można zamówić. Ale pewnie najpierw spróbuję pobawić się w malarza skór, bo a) jeśli schrzanię, to wtedy se kupię nowe skóry b) jest wiele drobnych usterek na drzwiach, tunelu itp. wymagających opatrzenia i tak, a tego nikt nie szyje "rutynowo". Już próbowałem zaopatrzyć się w materiały do malunku w odpowiedniej hurtowni, no ale okazało się, jak zwykle w Irlandii, że tu jest kraniec świata, gdzie się spada za krawędź, a rozpuszczalniki do skór, czy farbę w odcieniu fabrycznym, to mogę, ale na zamówienie i za x tygodni. Na razie nie mam głowy do tego (bo praca też goni), ale na pewno coś będę w temacie robił.
Kiedyś pewnie trza będzie zajrzeć do mechaniki, zbadać jakieś świece czy inne paski, ale to pewnie przy kolejnej wymianie oleju; może prewencyjnie wymienię alternator (bo z naszej praktyki, około 20 lat wytrzymują).
Zaczynam mieć wrażenie, że już zaczyna rysować się tradycyjny "problem" z lexi - po eksplozji aktywności auto - majsterkowicza przez parę miesięcy, nie będę miał za bardzo co robić przez następne lata.