Oczywiście, jestem całym sercem z walczącą Ukrainą, ale nie będę przecież pisał jakichś amatorskich rozprawek w tematach wojenno-politycznych, i dodawał więcej szumu do całego tego szumu w sieci.
Oczywiście, że martwimy się cierpieniem niewinnych ludzi, jak w każdej bezsensownej wojnie.
Oczywiście, że martwimy się Polską, rodziną w PL, i tak dalej, ale niewiele możemy z tym zrobić.
Ogólnie, o postawie Rosji i Putina, zawsze mogę napisać "a nie mówiłem..." (np.
wytłumaczenie naszej emigracji, punkt 2), ale też - niewiele z tego wynika. I tak jesteśmy przecież zdruzgotani, bo co innego przewidywać katastrofę, co innego kiedy katastrofa jednak nadciąga, już nie mówiąc, że i tak się wypiera konkluzje i "nie umie w kalendarz" - bardzo łatwo przeoczyć w styczniu 2022, że właśnie mija około dekady, od kiedy się samemu myślało np. "w ciągu dekady ambicje i zbrojenia Rosji, jej starzejąca się demografia i starzejący się Putin, mogą rozwalić kawał świata". I tak zaskoczenie; a powinno być np. znacznie mniejsze niż brexit, którego spodziewałem się, ale o wiele później i "słabszego".
Imperialistyczne wojny toczą się praktycznie ciągle, a które imperium czy wanna-be imperium je akurat nakręca i któremu "imperatorowi", nie ważne czy singlowemu, jak Putin czy G.W.Bush jr., czy zbiorowemu, jak elity US, UK czy Chin, właśnie udało się zagłuszyć zwykłą moralność i zastąpić ją "szczególną", niosącą piękno i dobro, ale głównie "imperatorom", budującym sobie prawdziwe czy wyimaginowane pomniki, a przemoc, krew, pot i łzy milionom, to już szczegół.
Oczywiście, "Ukraina znacznie bliższa ciału" bogatego Zachodu czy Polski, niż jakiś Irak, Syria, Jemen czy Mali; oraz Rosja ma atomówki, a jacyś Saudowie, Turcy itp., jeszcze nie; stąd zrozumiałe, że skala paniki inna.
W konkluzji
notki o imperializmach 5 lat temu napisałem, że "pożyjemy, zobaczymy"; zdaje się, właśnie to oglądamy, po raz kolejny w historii. Wtedy nie miałem pomysłu, na jakąś pozytywną konkluzję czy wniosek, jak można, nawet w lekkim SF, zmienić ludzi i ustroje, żeby agresywny przemysłowy imperializm nie rozwalał kawałka świata co parę lat, a potencjalnie, to i całej planety.
Nadal nie mam pozytywnego pomysłu. Wielkie organizacje i hierarchie zawsze promują ambitnych psycholi "na szczytach"; elitarne psychole na szczycie błyskawicznie odklejają się od rzeczywistości i dostają manii wielkości [tu wstaw na motywach czego] i 240% agresywnego przekonania o własnej nieomylności, bo przecież nie bez powodu są na szczycie! (i co z tego, że wynikanie jest fałszywe); przekonują do wizji hierarchię; zaczynają przeć w kierunku realizacji wizji pod meta-hasłem "cel uświęca środki"; jeśli wizja jest zbrodnicza i rozjechała się ze zwykłą ludzką empatią, kończy się mniej lub bardziej masowymi grobami i nieszczęściami. Okej, raz na sto przypadków kończy się dolotem na Księżyc, albo elektryfikacją miast i wsi, itp. zamiast najazdem na słabszych sąsiadów, holocaustem rasowym czy etnicznym, czy inną krucjatą/dżihad.
Jak można tego uniknąć, mając "pod ręką" wielkie zasobne hierarchie i organizacje, i "normalnych" standardowych ludzi?
Chyba nie można, i tylko w odległym SF, czy religijnych mrzonkach, ludzie przestają zachowywać się jak nieco lepiej zorganizowane i ciężko uzbrojone stada szympansów.