(notka długa o szrocie, a raczej o pięknym umyśle autora bloga - zostaliście ostrzeżeni)
- A Boni właśnie kupił nowy samochód. Znaczy, nowy u niego.
- No, jak Boni kupi naprawdę nowy samochód, to znaczy, że ktoś Boniego podmienił, albo że koniec świata.
Tak mniej więcej obgadują mnie znajomi i mają całkowitą rację. Gdyż zgodnie z moim niezmiennym harmonogramem uzależnienia od szrotu, wczoraj "kupiłem srebrny ciągnik, pojemność cztery czysta", parafrazując
prześmieszną piosenkę z lat dawnych.
Ale może po kolei.
Tradycyjne załamanie abstynencji od kupowania tanich złombolowatych samochodów nadciągało od paru tygodni, potrzeba nabrzmiała gdzieś tak nieco ponad tydzień temu, zaczęło się szukanie na serio i wydzwanianie.
Najpierw miało być coś małego rozsądnego typu "tania zabawka na lato". Ale że jakoś trudno znaleźć tanią mazdę MX5 czy toyotę MR2 itp. w automacie, i żeby nie były złomami totalnymi, zaraz zrobiło się zdziwniej i zdziwniej, typu "czy ja naprawdę dzwonię do jakiejś tępawej laski w sprawie mercedesa SLK 3.2 litra, z całą tą rdzą gratis, czy mnie rozum opuścił do reszty?!". Dzięki boginii, nie udało się nic ciekawego umówić w okolicy i w cenie.
Potem jak zwykle nadciągnął pretekst "wręczymy zabawny samochodzik Grażynie, nawet jeśli Grażyna walczy i opiera się". Ale jedyny naprawdę silny kandydat (dla niektórych ludzi "funny but ugly - fugly"), czyli egzotyczny suvek
suzuki X-90 (to jest na Vitarze 1.6; podwójnie egzotyczny, jeśli w automacie i 4x4), był tak daleko i tak tani, że zanim zdołałem się dogadać i dolecieć na drugi koniec kraju, poszedł do ludzi.
A problem nabrzmiewał.
Wypróbowałem kolejny pretekst "bądźmy rozsądni i praktyczni, kupmy se vana, będzie jako kamperek, na przeprowadzki, może coś się przywiezie jeszcze z PL, itd.". Tylko, że ew. toyoty Previa w osiągalnych rocznikach i wypasach okazały się albo drogie, albo nadpsute, albo oba na raz. W desperacji przerzuciłem się na szukanie czegoś jak transit minibus, i żeby zrobić z tego
prawdziwy kamper kiedyś - i byłaby z tym kupa zabawy i majsterkowania. Oczywiście, realistycznie patrząc, byłby to diesel w ręcznej, bo raczej trudno znaleźć 15 osobowy autobus w automacie czy benzynie. No ale w desperacji nawet i diesla bym przełknął, a parkowanie LWB transita pod domem? hm, gdzieś się go upchnie. Dzięki opatrzności, resztki zdrowego rozsądku wystarczyły mi do przeliczenia przedwczoraj (w sobotę rano) uczciwie, ile na takim kamperze można stracić i kiedy zamortyzowałby się wzg. naszego wycieczkowania E-klasą na LPG plus hotele. W skrócie, pomysł van-kamper zaraz poszedł w kąt.
No desperacja. A co najgorsze, akurat pokazały się w ogłoszeniach naprawdę ulubione wózki, jak lexus Soarer w wyjątkowo dobrej cenie (ale trochę bez sensu, bo taki sam silnik jak w naszym codziennym GS300) czy camaro pod Glasgow, w ulubionym roczniku i silniku (ale białe, bez wyjmowanego dachu i w cenie nieco poza zasięgiem). Zaczęło mnie nosić.
Przy jakichś setnych przeglądaniach i filtrowaniach na gumtree, około południa w sobotę, wpadł mi nagle w oko lexus GS430 z 2002, dość podobny do naszego codziennego GS300, tyle że młodszy i wypasiony bardziej - na ogół ich nie widuję w filtrach, bo mało ich i są wzg. drogie. Hm, nie raz chodziło mi po głowie, że fajnie byłoby w coś takiego się przesiąść, ale jak napisałem w marcu:
musiałby się trafić w okolicy, bo ja wiem, GS430 czyli to samo ale V8, z LPG i w cenie fistaszków, ale to chyba w totka byłoby łatwiej trafić. Okazuje się, że można takiego trafić łatwiej niż w totka, ale jeśli za "okolicę" podstawimy też "Lądek nad Tamizą".
I trochę mnie oświeciło, że to nie jest głupie rozwiązanie (no poza tym, że właśnie niepotrzebnie serwisowałem i zrobiłem przegląd niebieskiego GS300) - wymiana GS300 na GS430 daje mi nowość, daje wyraźny upgrejd, daje satysfakcję, a nie generuje nadmiernych kosztów (poza samym zakupem oczywiście i nieco więcej paliwa), no i nie będzie nam gnił przez następny rok czy dwa pod oknem jakiś kabriolet czy 6m forda transita.
Żona, zmęczona mieszkaniem przez tydzień czy dwa z maniakiem, też poparła i kazała nie marudzić, tylko dzwonić. Zdzwoniono się z kolesławem, gadał rozsądnie. Cena wydała się do przełknięcia. Samochód z opisu i opowieści właściciela - nie pozbawiony wad, ale też do przełknięcia. Umówiłem się na wczoraj (niedzielę) rano.
Oczywiście, zaraz powstał problem logistyczny - jestem w Glasgow w sobotę po południu i nie chcę wydać 1/3 budżetu na potencjalny samochód, żeby się znaleźć w Londynie w niedzielę rano. Plus ew. w razie skuchy trzeba jakoś wrócić w niedzielę wieczorem, bo poniedziałek zapracowany w pracy (no ale to można asekurować w deseń, że
jakiś samochód bym se w tym Londynie na pewno znalazł, np. zbędnego soarera SC300 jw. i nim wrócił do domu).
Niestety, samoloty last minute plus hotele do nich (bo co można robić o północy na jakimś Luton itp. zadupiach) wypadły raczej drogo, pociągi zupełnie podobnie, więc w ramach oszczędności w tym szaleństwie szrotowo-zakupowym, spróbowałem po taniości, może wolno ale za to bez problemów hotelarskich, czyli nocnego autobusu Glasgow-Londyn.
Powiem tak, dojechałem, przeżyłem, ale wydaje mi się, że kary jak karcer w rozmiarze, warunkach itd. jak serwowane pasażerom przez autobusy National Express są zakazane przez parę konwencji praw człowieka i więziennictwa. A tu proszę, jeszcze sobie płacić za nie każą.
Ponieważ dojechałem o 7 rano na Victoria Street, a umówiłem się na 10 na dzielniach pakistańskich w pn-wsch. Londynie, miałem misterny plan, żeby minimalnie zwiedzić przed geszeftem okolice pałacu Buckingham, The Mall, okolice budynków Admiralicji, Trafalgar Sq. no i Parlament z Big Benem. Obszedłem zaledwie Buckingham i byłem w połowie Mall, kiedy kolesław zameldował się SMSem, że może być później zajęty i czy ja już jestem w Londynie? No kurde jestem; przyszło odwołać wycieczkę i udać się ASAP metrem na handele.
Koleś okazał się, jak spodziewano, legitnym pakistańskim muzułmaninem, bodaj piątym właścicielem GSa; biznesmenem małokalibrowym, akurat rówieśnikiem moim, i ogólnie bardzo sympatycznym.
Samochód okazał się spoko i w stanie jak spodziewano wzg. ceny i okoliczności przyrody, poza tragicznym lakierem w wielu miejscach i na paru elementach, czego jakoś zdjęcia nie bardzo oddają - sreberko oszukuje kamerę (koleś uczciwie informował i chciał dosłać lepsze zdjęcia, ale olałem propozycję, więc zdziwko było wyłącznie moją winą).
Na moje klasyczne pytanie czemu sprzedaje, szczególniej, że "żona się wkurzy, nie chciała, żeby go sprzedawać", padła pouczająca historia - kolesław ma 7 dzieci, całe dorosłe życie woził się minibusami itp. Kiedy najstarszy syn dorósł i zrobił prawko, wymyślili, że w końcu można się przesiąść w normalne samochody - tatuś kupił se wymarzonego lexi V8, synowi coś normalnego, przez jakieś pół roku było cacy, było czym się rodzinnie wozić bez autobusopodobnego MPV.
Synal skasował swój wózek, bodaj na innym wozie. "Nie ma takiej opcji, żebym mu kupił następny samochód i zapłacił 7000 funtów jego ubezpieczenia". Stąd przyszło im wracać do minibusów, a lexi okazał się nagle samochodem weekendowym. Na co gość raczej nie był przygotowany ani mentalnie ani finansowo - bo w starszy lexi V8 z LPG można sporo kasy włożyć, jeśli jest się sklepikarzem jak on, a nie kustoszem złomowiska jak ja. W ogóle kolesław był rozbrajająco szczery i nieogarniający technikę; w zasadzie wszelkie usterki wozu, jakie wymieniał czy jakie znalazłem i podejrzewałem, były mi lotto, poza nieszczęsnym lakierem, który ani łatwy ani tani do poprawienia nie jest (czego ślady na wozie po "wpyłkach", podmalowaniach, ratunkowych podmalowaniach podmalowań, itd. dowodem).
Ale jak już nieco zszedł z ceny, przekonałem sam siebie błyskawicznie, że nawet z łaciatego sreberka może być niezła zabawa a druga taka okazja nieprędko się trafi.
Porobiliśmy papirusy (BTW z debilnym błędem "logistycznym", ale chyba się to ogarnie - trzeba było mniej gadać, więcej uważać), przelaliśmy kasę w minuta ośm (błogosławione niech będą mobilne internety i banking online), pożegnaliśmy się.
Przejechałem bez większych problemów 640km do domu, po drodze musiałem się przespać deczko w samochodzie bo zmęcz mnie dopadł, oraz zawadziłem o znajomych pod Leeds. Jedyny naprawdę odczuwalny problem, to bardzo licha praca instalacji LPG (skądinąd zrobiona na polskich gratach); niby jeździ na gazie, ale z naciskiem na "niby" i dzieli ją kosmos od tego, jak jeździ np. nasz niebieski. Na benzynie jeździ znacznie lepiej, aczkolwiek też chyba jeszcze da się co nieco poprawić.
Zalety
poliftowego GS430, rocznik 2002 wzg. "golca" GS300 drugiej generacji z 1998? Fajniejsze wnętrze. Ładniejsze tylne lampy. Nawigacja/ekran klasy takiej,
że daje radę nawet po 15 latach (i człowiek zaczyna się zastanawiać, że rewolucja przeciwko banksterom i dyrechtorom, którzy mieli TAKIE gadżety w 2002, jest jednak całkiem słuszna) że proszę wstać, ale to niezbyt dziwne, bo siedzi w niej DVD z 2011r. (myślałem że to jeszcze na CD i gdzieś sprzed 2005 albo ori, a tu proszę). Napęd "przełożony" z dużego brata LSa, czyli V8 4.3 litra VVT razem z całą magią; czyli 280KM zamiast 220 i 440Nm zamiast 305, co daje 5.7s do setki, zamiast 7.5 w GS300.
Wady egzemplarza? Sporo drobnych usterek, ten lakier nieszczęsny, LPG do przeglądu,
zmieniarka CD nie bangla, wydech ma spore przecieki, opony starczą tylko na chwilę, itd itp. Będzie co robić.
Wady modelu? Na razie nie stwierdzono.