Przeczytałem
"Po piśmie" Jacka Dukaja (dalej w tekście "PP"), czyli zbiór esejów, powiedzmy, "futurologicznych", w miarę świeżych, skompilowanych z różnych "wydań" z ostatnich kilku lat, w tym duży premierowy esej tytułowy. Podzielę się garścią luźnych uwag i polemik, bo i za literaturą, także publicystyką Jacka, przepadam, i w szczególe futurologia w takim stylu mi pasuje, a nawet czasem ją uprawiam w kąciku tego bloga, więc czemu by nie skomentować. Zastrzegam - to jest blogorecenzja i blogopolemika, pisana na świeżo po lekturze i na kolanie, więc wobec dzieła zawodowca jak Jacek może być trochę słabo. Ale polegnę, próbując.
Eseje w "Po piśmie" obracają się wokół głównej tezy, że przełom cywilizacyjny i kulturowy, który nadciąga a nawet już w nim jesteśmy, napędzany nowymi jakościami i ilościami technologii, to przełom "myślunku" (czyli nie tylko myśli i namysłu, ale całego aparatu kulturowo-poznawczego) bazującego na piśmie i niesionej przez pismo abstrakcji, na rzecz "myślunku" bazującego na "bezpośrednim transferze przeżyć" jako podstawowej formy "komunikacji kulturowej", tj. tworzenia i "sprawdzania się" kultur. Jako jedyny porównywalny przełom w historii
Homo sapiens Jacek podnosi przełom kultury oralnej w "piśmienną", budując na tych tezach dalsze wywody i szczegółowe hipotezy, okraszone erudycją, cytatami, przypisami, z cały warsztatem zawodowego pisarza i filozofa. Dużo dużo treści, ciekawe tezy, fajny warsztat, styl, który lubię. Ktoś kto nie lubi lub nie zna stylu jak Jacka, lub nie przepada za eseistyką futurologiczno-popularnaukową czy akademicką, może sobie darować - nie ma tu fabuły, nie ma heheszków (no może i są, ale to są "żarty dla 4 noblistów"), trzeba uważać i śledzić wywód. Ale ogólnie, moim zdaniem, warto przeczytać.
Podpowiedź - jeśli ktoś chce sprawdzić "o co kaman" przed przeczytaniem "Po piśmie" ew. jest to dla niego TL;DR albo szkoda kasy, to polecam
rozmowę Jacka Dukaja i Łukasza Orbitowskiego, gdzie Jacek przystępnie referuje swoje tezy na temat. Oczywiście, jest to rozmowa znacznie luźniejsza i prostsza niż "PP", ale przez to znacznie łatwiejsza do przyswojenia.
0. Zabawne, że niby jestem ogólnie "na emigracji wewnętrznej od internetów", nie mam fejsa, GAFA mi ogólnie wisi kalafiorem, wpadłem na "Po piśmie" przypadkiem - tylko jakoś tak bardzo w stylu "po-piśmie"; na przykład nie potrafię odtworzyć dokładnie JAK do tego doszło. Coś tam guglałem czy czytałem w necie, jakoś przeskoczyłem na Dukaja, "a w zasadzie co tam Jacek ostatnio wydaje?", o, nówka z maja 2019?? aha, "tylko" eseje, tak czy owak, trzeba obadać; w pierwszych linkach na guglu
recenzja Wojtka Orlińskiego w "Wyborczej", kliku-klik, NIEPRZYCHYLNA?! O, to naprawdę trzeba przebadać, dawać mnie tego ebuka łantutri, po czym ze dwa dni wzg. powolnej lektury. No i - jesteśmy tu i teraz.
1. Dygresja - recenzja Wojtka Orlińskiego jest słaba jak coś bardzo słabego, i w ogóle jest przykre wrażenie, że WO albo przeczytał "PP" po łebkach, i nie zrozumiał połowy, albo po prostu nie zrozumiał. Przypomina WO trochę swojego idola, Lema, w niezrozumieniu "o co chodzi", tłukąc analizę esejów Jacka głównie "obok" i "polemizując" z wywodem, źródłami i tezami Jacka przy pomocy "silnego przekonania sybaryty-malkontenta epoki pisma", zupełnie niczym Lem tłukący na wiernej maszynie do pisania polemiki z Internetem. Aż przez chwilę miałem WO recenzję za wyrafinowaną trollerkę, że niby tak jak Jacek zmaga się z oddaniem w piśmie i abstrakcjach naszego pomyślunku futurystycznej "następnej tercji progresu", tak Wojtek robi "analogicznie" - analizę i recenzję nieprzystającymi narzędziami; że tak jak schyłkowi są pisarze-nie-celebryci, tak jeszcze bardziej schyłkowi są dziennikarze-nie-stażyści, jak Wojtek itd. No ale po namyśle, nie można aż takich wyżyn i autoironii przypisywać WO i "Wyborczej" oraz szczegóły wprost zniechęcające potencjalnych czytelników Jacka, oraz bzdury aż po przekłamania (że niby wywód Jacka, gęsto nadziewany przykładami, cytatami, przypisami, jest "jak księdza", z autorytetu? no tu WO peron odjechał na poduszce magnetycznej...), mówią, że WO trafił hen, jak kulą poza płot nawet. Ewentualnie może jest to znany problem, jaki mają z Jacka twórczością recenzenci a nawet czytelnicy - intelekt, warsztat i konsekwencja Dukaja niesie "taktykę spalonej ziemi" (o ile pamiętam, slogan Eryka Remiezowicza w "Esesji" nt. prozy Jacka), no bo dopowiadać i wyjaśniać coś PO Jacku, jest deczko trudno, więc może WO poszedł po prostu po
najmniejszej linii oporu.
2. Moja niniejsza pisanina jest mocno obarczona zjawiskiem jak ze starego szmoncesu: spotkali się dwaj wielcy rabini i siedzą sobie milcząc i któryś chasyd, z czających się po kątach w oczekiwaniu na perły dyskusji i talmudycznej mądrości, w końcu nie wytrzymał "Rebe, czemu nie porozmawiacie?" - na co rebe "Ja wiem wszystko, on wie wszystko, to o czym my mamy rozmawiać?". Nie chodzi mi o jakieś moje wyżyny intelektualne czy erudycji porównywalne z Dukajem, bo kudy mnie do zawodowca jak Jacek, ale mam dojmujące wrażenie, że pomimo wszelkich różnic, w tym wieku, doświadczenia życiowego itd. mamy obaj zaskakująco podobny typ analitycznego umysłu, napędzanego przez podobne idee, treści, pomysły, okoliczności kulturowe i cywilizacyjne, itp. Stąd trudno mi polemizować, kiedy mam 95% frajdę z czytania Jacka, na zasadzie "o, porządnie napisał to, co tak jasno wiadomo i co nawet zmyślałem parę lat temu", czy "o jak ładnie przywołał buddyzm", parę stron dalej "o jak ładnie przywołał Churchilla", zaraz "O JAK ŁADNIE przywołał Kołakowskiego", itd. prawie cały czas. Więc moja polemika jest tylko 5%, że tak powiem.
3. Jacek nie dotyka tematu (i sam to zastrzega w tekście), jak bardzo taki czy owaki rozwój technologii i "infrastruktury" naszej cywilizacji, jest prawdopodobny. Ogólnie, prezentowana ścieżka jest moim zdaniem jak najbardziej "możliwa", ale pytanie o jej prawdopodobieństwa to zupełnie inne pytanie. Bo odpowiedź pozytywna wymaga bardzo silnych założeń o rozwoju infrastruktury, techniki, technologii, żeby obecny "poziom cywilizacji" w ogóle utrzymać, dla miliardów ludzi, nie to że - rozwijać. Inaczej mówiąc, nie ważne jak bardzo nawszczepiani i nie-piśmienni będą ludzie - jeśli skończy się prąd w gniazdku, to nowe kultury może i będą niepiśmienne, ale wcale niekoniecznie w futurystycznych nowych stylach, tylko w tych średniowiecznych raczej. Stąd moim zdaniem należy jednak patrzeć na te eseje jak na ćwiczenie z twardej SF a nie do końca - z futurologii.
4. Jacek, jak wielu czołowych intelektualistów, moim zdaniem przecenia możliwe znaczenia "gospodarek radosnych" i
post-scarcity economy (gospodarki nadobfitości). Mój namysł jest taki, że dopóki ludzie nie uwolnią się z przymusów fizycznych i przemocy międzyosobniczej, zupełnie DOSŁOWNIE i CAŁKOWICIE się uwolnią (co jest SF o wiele dalszą niż "PP" czy
post-scarcity), będzie rządzić ekonomia
scarcity, zawsze będzie czegoś komuś mało, będzie własność, ekonomia, konkurencja, "kapitalizm", opresorzy będą mieli czym opłacić aparat przemocy, itd. itp. To nie dyskwalifikuje zupełnie wywodów z "PP" w sensie ogólnym, ale jest mocnym ograniczeniem, tak jak "prąd z gniazdka" w p.3 - jeśli gospodarka "PP" jest kapitalizmem, "da się w niej liczyć lajki" itd. i od tych liczb cokolwiek ważnego zależy, albo np. istnieje ograniczenie liczby doświadczających "bezpośredni transfer przeżycia", np. transfer live utraty dziewictwa przez szóstą celeb-żonę sułtana, to kultura NADAL BĘDZIE PIŚMIENNA, bo Buchalteria jest boginią pisma, i kij z całego post-piśmiennictwa, kiedy po prostu musisz zrozumieć, że postAmazon Prime Night tak ustawił podaż, że pierwszy 1000 odpowiednio "bogatych" klientów na Amazona certyfikowanych wszczepkach mogło się przykleić do rozdziewiczanej celebki "live", ale 1001 i dalszy może się przykleić już tylko z nagrania opóźnionego o 2h, jak jakiś plebs.
5. Ogólnie, zgadzam się z tezami jak Jacka o tym, że ważka technologia, najogólniej rozumiana, "przekracza" tych którzy ją tworzą i używają, i "sama" tworzy nowe jakości i przemiany fazowe; czy dokładniej - że samomodyfikujemy się przy pomocy wiodących technologii, także w najgłębszych sensach kultury czy "człowieczeństwa". (Dygresja - w tym punkcie recenzja Wojtka Orlińskiego w ogóle leży i kwiczy; tezy, że daną technologię używa się "do tego" do czego ją projektowano czy wymyślono i że och jak ważne, kto, gdzie, po co ją wymyślił; że "należą" do Appla czy Googla, no to są z jakiegoś XXw jeśli nie z XIXw, i w kontekście "PP" bardzo bardzo obok - pewnie technologia pisma wg. WO też należy do i "jest zgodna" z wizją i ideą tych tam kolesi z Egiptu, Sumeru czy Krety, którzy zaczęli pomagać sobie pismem w liczeniu i mnemotechnice, dobrze, że nie musimy ich spadkobiercom licencji płacić. Albo tantiem DARPA za Internet. Dygresja druga - stąd np. niezbyt zwilżają mnie optymistyczne czy kasandryczne wizje ludzkich samomodyfikacji genetycznych, informatycznych czy dowolnych innych; a niby co innego robimy przez ostatnie 5000 lat (tylko wolniej), żebym miał się tym nagle zacząć przejmować,
trza je robić i tyle). Ale w szczególe jestem wielkim pesymistą co do JAKOŚCI rozwiązań dostarczanych przez nasze technologie. Bo w tym aspekcie obowiązuje moim zdaniem zasada jak ewolucji - możliwe nisze są zapełniane a nawet - "zaczopowane" (bo "jeden jest Google, Pan twój, który cię wywiódł z Wojen Przeglądarek, z Windowsa niewoli"), przez WYSTARCZAJĄCE rozwiązania, ale oczywiście niekoniecznie przez dobre czy najlepsze, nawet w danym momencie, rozwiązania. W kontekście "PP" - wcale nie wydaje mi się, że będzie się tak łatwo i przekonująco "transferowało przeżycia", jak Jacek to kreśli. A np. jeśli się okaże, że WYSTARCZY produkować "syntetyczne" emocje i sprzęgać je z porządnym uderzeniem audiowizualnym "po zmysłach", to nikt żadnego "transferu bezpośredniego" od innych ludzi nie będzie potrzebował do czegokolwiek, kreatywi+technologia dostarczą to panu hurtowo, z gwarancją, za ułamek ceny. Albo - jeśli z wszelkimi SF superduper wszczepkami ""transferu" wygra wszczepka jak "orgiak" od dziadka Lema (elektrody do kopania się prądem wprost w ośrodek rozkoszy, czy dla innego haju). Okej, wtedy też dostaniemy post-piśmienne masy, ale nie w takich sensach jak widzi Jacek, bardziej jak w moich o
maxi indywidualizmie społeczeństwa 80/20, pod "normalnym" kapitalizmem, tylko np. z kolosalnym zagrożeniem dla resztek empatii, a nie z post-piśmiennym "lekiem" na atomizację społeczeństwa w formie transferowanej wszech-empatii jak u Jacka.
6. Dygresja - nasz myślunek to jedno, ale nasze języki to co innego, a związki w obie strony można rozważać w bardzo wielowymiarowych przestrzeniach, tylko, że grozi to migreną szybciutko. Za głupi na to wszystko jestem i za mało mam czasu i miejsca, żeby rozwinąć, to CZEGO NIE WIEM w temacie, oraz to, co mi się wydaje. Na przykład - Jacek buduje na "rewolucji pisma" sprzed 5000 lat bogate tezy. Ja miałbym ochotę pogdybać, czy przypadkiem nie była to rewolucja nie tyle pisma, co troszkę wcześniej - rewolucja języka praindoeuropejskiego. I czy na pewno nie-indoeuropejskie cywilizacje i kultury są w ogóle możliwe dla nas do zrozumienia, niezależnie od pisma czy jego braku. I w jakich sensach naszych lub nie-naszych, ludzie byli w nich przedmiotowi czy podmiotowi. Jacek zahacza o temat, np. dywagując o chińskim, ale tylko zahacza.
7. Na skrzyżowaniu p. 4 i 5 wydaje mi się, że przeżywanie analogowe czy "w gnoju" (za Jacka "Linią oporu") wcale niekoniecznie będzie tylko niszą dla maniaków czy bogaczy. Wystarczy, że jakiś prawnuk Hiltona itp. co jakiś czas kupi krew kreatywów i porządną kampanię religijną na temat, że prawdziwe proseco na prawdziwym tarasie jest znacznie "ciekawszym", "innym", "nowym" przeżyciem albo lepiej "wyzwaniem", w porównaniu z "filtrowanymi" czy "miękkimi" doskonałymi wrażeniami na wszczepce (or compatible) i że klienci w to uwierzą, że to modne i o tym się mówi, żeby analogowe odczuwanie wcale nie odeszło do lamusa. A w analogowej interakcji "piśmienny" myślunek chyba będzie zawsze tym lepszym. Inna rzecz, że możliwe są ciekawe hybrydy i "wycieczki" post-piśmiennych, z odpowiednim "wyposażeniem", w odpowiednio przystosowane "krajobrazy analogowe"; w końcu my mamy taką np. turystykę podwodną czy podobne głupoty.
8. Doświadczeniem "wspólnym" "jednoczącym" zindywidualizowane post-piśmienne jednostki zanurzone w "rzekach przeżywania" według Jacka mógłby być bardzo luźno zdefiniowany ból (czy może raczej - cierpienie?) i empatia jako współ-czucie tegoż. Moim zdaniem to są zgadywanki baardzo niepewne. Potrafiłbym przeargumentować równie dobrze wiele innych podstawowych emocji czy nawet uczuć, jako hipotetyczne "coś", co pozostanie "kotwicą" kultury post-piśmiennej. Nie wynika z tego, że jestem bardziej kumaty niż Jacek, tylko, że po prostu nie mamy pojęcia, jakie możliwe, pożądane, MODNE, będą uczucia i wynikające z nich trendy; to jest jak przewidywanie w 1950, czy za 60 lat palenie papierosów będzie passe, a marycha będzie na propsie, czy może wprost przeciwnie. Inny ważki kontrargument przeciwko tej linii poszukiwań "kotwicy" jest z historii - dokładnie na takich założeniach zbudowano buddyzm; jego historyczna eksplozja a potem implozja pokazują, że małpom naczelnym długofalowo niezbyt pasuje ten model.
9. W ogóle, moim zdaniem, postulowane przez Jacka przemiana jest znacznie głębsza niż nawet jemu się wydaje. Kluczowe wydaje mi się to: jeśli możliwy jest "bezpośredni transfer przeżyć" w kreślonych przez Jacka ramach, musi być możliwe jego "zapisywanie", "rozebranie na części", całe nauki wokół tego powstaną, co GWARANTUJE że powstaną jw. zupełnie "syntetyczne" przeżycia, emocje i stany, a zaraz potem - nieznane jeszcze emocje i stany umysłu (bo już powstają...) i zostaną dostarczone "as is", od producenta do konsumenta, przez kreatywów wspartych przez AI, bez żadnego "transferu-od-kogoś", tylko z transferem od Disneya czy innej Being Inc. Jeśli post-piśmienna "post-gra" dostarcza ci 4 razy lepszej "immersji" w życie wirtualnego ekwiwalentu Kim Kardashian AD2018, niż dowolna żywa Kim ("lepszej" nie w sensie "rozdzielczości" czy "doskonałości" czy "ładniejszej", ale w "przeżyciu" bezprzymiotnikowo "lepszej"), to na cholerę komukolwiek żywa Kim do "przeżuwania"? Jeśli post-piśmienny syntetyczny "koncert" czy "festiwal" daje ci 4 razy lepsze odczucia i emocje niż obecne Burning Man, marsz faszystów i Glastonbury razem wzięte, to kto normalny pożąda jakichś wirtualnie współ-przeżywanych z innymi oderwanymi od ekwiwalentu tetrisa kolesławami, jakichś ekwiwalentów Glastonbury czy wiecu partyjnego? A jeśli można przeżyć takie ekstazy i emocje, jakich NIKT JESZCZE NIE PRZEŻYŁ i NIE PRZEŻYJE, to od kogo miałoby się je transferować, jeśli nie od ich PRODUCENTÓW? Więc znowu wracamy do normalnego kapitalizmu i ekonomii itd. tylko na nowych dobrach; utkwimy w czymś, co w rozumieniu "PP" jest okresem przejściowym, ALE człowiek będzie nadal podmiotem tego cyrku.
Starczy może moich polemik nieudolnych.
Ogólnie, polecam "Po piśmie"; nawet jeśli nasza historia nie potoczy się dokładnie tak, jak Jacek ją szkicuje, albo utkwimy gdzieś "obok niej", to jest to historia bardzo dobrze po-myślana.
(PS. Miała być minirecenzja w paru punktach, a porobiło się jak wyżej - z Jackiem tak zawsze; jak wymyślono kiedyś w Usenecie nt. "Ekstensy", że jakaś taka nietypowo krótka: "Pewnie Jacek chciał haiku napisać i stąd tylko 170 stron". Ewidentnie jest to zaraźliwe.)