(
Ciąg dalszy pomysłów a la "Ruch generała" i podobne fantasy. Poniższy kawałek dobrze pisało się pod poniższą muzyką, więc może lepiej się pod tą muzyką czyta. Chociaż może też potrzebne odpowiednie słuchawki czy kolumny...)
8.
Pieśń niosła ich w walce jak na skrzydłach, przecinali fale morza i fale możliwości. W najdalszym tle miarowo bił olbrzymi bęben i na zmianę huczały trzy wielkie rogi, tylko trzy tony. Nad tą linią basową wznosiła się miarowa i monotonnie powtarzająca się linia skrzypek, tradycyjnych marynarskich gęśli. A na to wchodził co pewien czas zaśpiew-solo Głównego Barda, rytmiczna szanta w nieznanym pradawnym języku, na przemian z solo na flecie, z najpiękniejszego snu o odległym rodzinnym domu, którego bronią.
Nikt tego tak naprawdę nie słuchał, nie słyszał, magicznie wzmocnionej pieśni, rozlegającej się na całym okręcie. Ale bęben bardów bił niczym serce „Orła”, w rytmie Pieśni walczyła cała załoga, od dalwidzów na bocianich gniazdach, przez obsady uzbrojenia i pokładów, przez zespół w centrum dowodzenia, przez obsadę napędu, po ostatniego majtka i kucharza.
W rytmie tak mocnej Pieśni nikt nie mógł się pomylić, nikt się nie bał, cały okręt i załoga zespalały się w jedną doskonałą machinę zagłady.
- ...Oddajcie mu z rufowych – zimno rozkazywał komandor Siena w centrum dowodzenia, zespół oficerów otaczał baterię luster i pulpitów, niczym kapłani ołtarz – Sternik, dwa w prawo. Co tam z acce dwójką?!
- Meldują, że robią co mogą, kilka minut – odparł porucznik artylerii, dotknął dwu lusterek przed sobą – Czwórka i piątka, grom!
„Orzeł” jęknął wszystkimi wiązaniami, dwa rufowe acceleranda wystrzeliły prawie na raz, półtunowe bełty z ogłuszającym trzaskiem poleciały we wrogi okręt, ponad trzy mile od nich.
- Jest dwa w prawo – rzucił sternik, zaślepiony w swoim hełmie.
Główny Jasnowidz w nadludzkim skupieniu korygował na swoim specjalnym pulpicie – astrolabium poprawki namiarów wroga, w funkcji ich i tamtych manewrów, w najbliższych minutach przyszłości. Demony niestrudzenie mapowały poprawki do przeliczników celujących pięcioma ciężkimi wyrzutniami okrętu.
- „Jastrząb” melduje, że utrzymują prędkość i szyk, tylko uszkodzenia uzbrojenia i straty w ludziach – odezwała się porucznik łączności.
- Dobrze – siwy Siena pogładził brodę – Ile do żar-łaczy?
- Minimum pół mili – odparł porucznik Lau Spandaw, nie odrywając się od swojego pulpitu dalocelownika miotaczy. Był równie zimnie spokojny jak komandor, jak wszyscy w zasięgu dudniącej Pieśni – Optymalnie mila.
Na kilku lustrach podglądu zewnętrznego, nieźle udających okna, bo nie było prawdziwych okien w pancernym centrum w głębi kadłuba, wyskoczyły dwie kolosalne fontanny wody, salwa wroga, ale ze dwie staje za krótko i w bok.
- I po co oni zużywają acceleranda! – zaśmiał się gromko Siena, poza Jasnowidzem cała obsada wkoło centrum wyszczerzyła się w morderczych uśmiechach. To, że wróg trafił „Jastrzębia”, że może ich jednak trafić, nie mogło przebić się przez fanatyczną miarową szantę.
- Dwójka wróciła, panie komandorze! – zawołał porucznik artylerii.
- Obserwowane trafienie i eksplozja w celu – zaraz po nim powiedział dalwidz w lusterku, z głównej platformy fokmasztu – Potwierdzam – dorzucił drugi dalwidz z masztu głównego. Wszyscy widzieli to nawet w „oknach”, nad kreseczką wrogiego krążownika wstawał grzyb dymu.
- Pokażcie, na co was stać, skoro już się wstrzelaliśmy! Trzy dziobowe na chwałę Republiki! – rzucił Siena – Jeśli zatopicie ich, zanim Spandaw odpali żar-łacze, stawiam acce beczułkę!
Porucznik artylerii sprawdził wskaźniki na mahoniowym pulpicie i dotknął trzech lusterek – Grom! A rufa już załadowana, panie komandorze.
Znowu „Orzeł” jęknął, cały kadłub zadrżał, kiedy wystrzeliły trzy dziobowe acceleranda, półautomatycznie, w odstępie ułamka seksty.
- To nieuczciwe, panie komandorze! – odważył się odezwać nieregulaminowo Lau. W Pieśni regulaminy i rutyna nie istniały, a on był jednak szlachetniejszy niż byle szlachetny – Nigdy nie będę miał szans wygrać taki zakład, zawsze acce sięgną dalej niż żar-łacze!
- I oby właśnie tak było zawsze, mój chłopcze – Siena był teraz zupełnie inny, niż na co dzień; na co dzień był zupakiem i nieco wredny. W tej Pieśni był nie dowódcą, ale ojcem ich wszystkich, a oni oddaliby za niego życie bez mrugnięcia okiem – Im dalej, tym mniej strat… jeśli to my ich trafiamy, a nie oni nas. Pani porucznik, zapytajcie jak tam „Jastrząb”. Sternik piętnaście w lewo.
- Obserwowane dwa trafienia, dwie eksplozje w celu – rzucił dalwidz fokmasztu, drugi zaraz potwierdził – Oni rozlecieli się, toną, panie komandorze.
- Jest piętnaście w lewo.
- Macie coś na manfredzie? – Siena zapytał nawigatora, który okupował stanowisko z dużym poziomym pulpitem nawigacyjno-dozorowym.
- Nic, panie komandorze, poza dwoma trupami!
- Wstrzymać ostrzał! i przekazać reszcie – rzucił głośniej dowódca.
Porucznik Zaleria bardzo sprawnie, w trakcie omawiania półgłosem strat „Jastrzębia”, przełączyła lustra łączności i ogłosiła wstrzymanie ognia. Widzieli na poglądzie okólnym, że kiedy jeszcze mówiła, „Kondor” idący za „Jastrzębiem”, na niedużej fali, pod nieco zachmurzonym niebem, przywalił ze swoich wszystkich czterech tworników w tonący krążownik wroga, od czterech fal uderzeniowych podniosły się cztery grzywacze u burty "Kondora". Zameldowano następne trzy trafienia ćwierćtunowymi pociskami, teraz naprawdę nie było z tamtych co zbierać, zostało chyba jeszcze mniej na powierzchni, niż z pierwszego wrogiego okrętu, który tonął jakieś trzy mile za ich rufą.
- „Jastrząb” melduje dwa przednie żar-łacze prawej uszkodzone, pożar opanowany, różne instalacje uszkodzone, 11 zabitych, 23 rannych – rzuciła Zaleria.
Komandor przerzucił na swoim pulpicie wajchę, Główny Bard dostał sygnał do zmiany Pieśni. Kiedy bęben nieco zwolnił i rogi przestały huczeć, skrzypki przeszły w inną, tęskną melodię, a zamiast fletu i głosu Barda refreny grały tradycyjne gongi.
Byli w stanie nieco bardziej oderwać się od swoich stanowisk, choć sternik nadal był w skupionym zaślepie, a Główny Jasnowidz jak zwykle po akcji rozglądał się niczym wyrwany ze snu. Reszta ekipy obejrzała się na rufowy podgląd, gdzie widzieli bliźniaczego „Jastrzębia” od dziobu, idącego za nimi torowo, o trzy staje. Dymił nieco na prawej burcie, na wysokości głównego pokładu i nadbudówek, ale jakby coraz mniej.
- Gratuluję państwu zwycięskiej, hm, bitwy! – rzucił siwy komandor, rozglądając się po zespole dowodzenia – Bo to już nie była potyczka, w potyczkach nie miewamy strat.
- Sława i chwała! – odpowiedzieli nierównym chórem.
Siena dotknął swojego pulpitu, jego uśmiechnięta, pewna siebie twarz pokazała się na lusterku interkomu nad dziobowym wejściem do centrum i na wszystkich lusterkach interkomów, jego głos rozległ się na całym krążowniku.
- Uwaga załogo! Bitwa wygrana! – przestał się uśmiechać – „Jastrząb” lekko dostał, mają straty. Przechodzimy w stan drugi, w stan drugi. Nie otwierać grodzi bez potrzeby! Niech stracę: tetradrachma na głowę!
Nic nie słyszeli przez pozamykane pancerne drzwi centrum, ale na pewno załoga tradycyjnie wiwatowała na całym okręcie, nie tyle z niewielkiej premii, co ze zwycięstwa.
Komandor dał zdalny sygnał Bardowi, żeby skończył Pieśń, skrzypki stopniowo ucichły, bęben też cichł i zwalniał.
Wrócili do normalności.
Postarzały Siena wstał z fotela dowódcy, ciężko oparł się o dębową ramę poziomego pulpitu nawigacyjnego, po prawej nawigatora.
- Sternik, połowa naprzód. Łączność, zapytajcie „Jastrzębia”, czy nie potrzebują pomocy naszego lekarza – rzucił, wpatrując się w dwa bursztyny i dwa szmaragdy, którymi demon operacyjny oznaczał tonącego wroga i pozostałe własne okręty.
- Nie ratujemy rozbitków? – cicho zapytał nawigator-zastępca dowódcy; kapitan Torcan był prawie tak stary i doświadczony, jak komandor.
- A po co. Przecież margraf i tak ich powiesi… - równie cicho odparł Siena.
Lau zaczął nieco dygotać ze zmęczenia i kisnącej adrenaliny.