... czyli wspominałem gdzieś tam w komciach pod ostatnimi notkami, że zakupiłem kolejnego szrotwagena i że sytuacja jest rozwojowa. No więc katastrofalna sytuacja się rozwinęła, ale w mniej niż 2 miesiące już się zwinęła, stąd może na świeżo ją naszkicuję, ku pokrzepieniu serc wszystkich tych, którzy nienawidzą szrotu oraz szrociarzy.
Pomysł na zakup jakiegoś wypasionego vana, w kontekście masakrycznej ilości jeżdżenia po Szkocji, po Europie, do Irlandii, jaka się kroiła i zresztą nadal kroi, nie był zły. Od lat rozważałem coś z Toyot Previa itp. ale jak przyszło co do czego, okazało się jak dawniej, że mam miękkie serce do "amerykańców" i padło raczej na Chryslera Grand Voyagera, koniecznie benzyna z LPG (a propos - diesle w Voyagerach to jedne z najgorszych diesli wszechczasów), wypasy mile widziane - niż na Previe czy Hondy Odyssey itp.
Wybrałem się po jakiegoś w początku lipca, niestety, nie jest to towar łatwo osiągalny w Szkocji i okolicy; trzeba wyprawiać się na południe UK. Pierwszy voyek, w renomowanym komisie, "spoko do Glasgow dojedzie" (z Preston), nie był wart, żeby na niego się wypróżnić. Zaraz wróciłem na stację kolejową zniesmaczony, rozważając powrót do domu, ale że było około południa dopiero, a ja w pół drogi do zagłębi szrotu w Birmingham i okolicach, obdzwoniłem jakieś następne ogłoszenia. Udało mi się umówić jakiegoś w miarę sensownego, poturlałem się dalej pociągiem.
Grand Voyager XS Limited 3.3, 2003, okazał się pozornie w całkiem rozsądnym stanie, zgodnym z rocznikiem i przebiegiem, w bardzo dobrej wersji wyposażenia, w cenie atrakcyjnej. Sprzedający odebrali mnie z dworca i odwieźli parę km pod ich dom, wszystko wyglądało sensownie. No to se go kupiłem i fru, na północ.
Ujechałem tylko kilkadziesiąt kilometrów. Na początek i "na szczęście" zaczęło szarpać silnikiem od zamarzającego LPG, wiec zjechałem do zatoczki na autostradzie drugiej kolejności odśnieżania, zanim na dobre zagotował się silnik. Ale oczywiście i tak zaraz się nieco zagotował; okazało się, że gdzieś z tyłu silnika (V6 w poprzek) leci płyn, nie za mocno, ale leci.
(Uwagi, że już w tym momencie należało wracać i napie...lać się z Sikhami, którzy mi go wcisnęli, bo gwarancje i rękojmie, odrzucam jako niezorganizowane.)
Przyszło poczekać aż ostygnie, dolać wody, pomacać, co też tam leci, bo może tylko jakiś wąż, rura itp. (np. przeróbki orurowania pod LPG bywają robione słabo i przez matołków)? Jako obyty ze szrotem, na zakupy zawsze ruszam z odrobiną narzędzi w plecaku, w samochodzie też były jakieś klucze w schowku, stąd po rozebraniu deczka osłon itp. okazało się, że leci z okolic pompy wody. Niedobrze (i dlatego wyprzedali go tak tanio)... Ale za chwilę okazało się, że to nie z uszczelnień pompy, tylko jest sobie na pompie wyjście-rurka niewykorzystane, i na niej kapturek-zaślepka i ma pęknięcie i z niego nieco leci. Dobrze - załata się byle czym, doleje się byle czego, i jazda!
Niestety, kiedy usiłowałem zdjąć kapturek z 4cm rurki, ta wrednie ujebała się przy samej pompie... Niedobrze, gdyż została po niej dziura na palec, niemożliwa do załatania na drodze.
A że w międzyczasie zaczęło się ściemniać, stwierdziłem, że sprawa poczeka do rana, zrobię se zakupy w pobliskiej (no, z kilometr zakrzaczonym poboczem za barierkami) stacji paliw i prześpię się z problemem - spanie latem w długaśnym vanie było spoko.
Rano wyszło mi, że nie chce mi się szukać w sobotę z rańca mechanika w okolicy, przepłacać mu, potem jeździć odebrac wózek (a wszystko kosztem urlopu i w pracy akurat był zapieprz), wolę przepłacić za lawetę do domu.
Która okazała się zaprawdę przepłacona, no ale znowu - wszyscy w okolicy mogli "na przyszły tydzień", a za express rescue i to przez pół kraju każdy liczy sobie raczej słono. A propos, laweta z ubezpieczalni wyszłaby taniej, ale spryciarze w UK mają na ogół klauzlę, że rescue z AC przysługuje po 24 albo i 48h od zawarcia polisy...
Mały Afgan z dużą lawetą zawiózł mnie do domu zgodnie z planem. Van zdrożał, ale jeszcze nie było tragedii.
W ciągu tygodnia dorobiłem korek do dziury w pompie, ogarnąłem tragicznie zaniedbany układ chłodzenia, który jeździł na wodzie od lat, zapewne (przed Sikhami poprzedni wieloletni właściciel miał przecieki a to chłodnicy, a to nagrzewnicy, a to 3 strefy klimatronika na tyle vana - sądząc z faktur).
Van odpalił, jeździł, no ale albo już wcześniej, albo w trakcie akcji, puściła uszczelka pod głowicą, zdaje się tylko na jednym cylindrze. Ale skoro jeździ i pali, lotto mi to. Zrobiłem słabe hamulce przód (skądinąd, dostawca przysłał niewłaściwe klocki i tarcze, więc przyszło się użerać i o to), ogarnąłem jakieś drobiazgi elektryki, podmalowałem podwozie, dokupiłem brakującą dojazdówkę, itd. itp. Jeździłem nim testowo do pracy, do klienta, nawet fajny sprzęt (znaczy, jak już się przyzwyczaiłem, że "nie zbiera się", ale to było tylko wrażenie po lexi V8).
Na tydzień przed planowanym wyjazdem nim do Polski, chcieliśmy zrobić ostatni test - wycieczkę z córką, od nas, przez Edynburg, po Berwick. Ujechaliśmy nieco poza Edynburg, kiedy silnik zaczął wariować i wciągać wodę, po ostudzeniu i dolaniu nieco, daleko nie zajechaliśmy; nawet nie zdążył podnieść wskazówki temperatury czy zapalić kontrolki awarii (co zrobił mi zaraz po zakupie), tylko od razu się rozsypał - co najmniej głowice, bo wrażenie było, że stracił kompresję "po całości"; ale o rozrząd też bym się nie zakładał.
Odwołaliśmy wycieczkę i trza było znowu ściągnąć złoma do bazy. Tyle, że tym razem "gratis", gdyż poprosiłem ubezpieczyciela, żeby zabrał złomexa spod Dunbar pod Glasgow (mam w polisie 2x rocznie rescue home gratis). Przyszło poczekać na taksówkę (bo COVID, więc dziewczyny odwieziono na pociąg) i na dużą lawetę, którą żwawo odstawiliśmy El Grande Cabrón pod dom.
Potem przyszło przebukować promy na samoloty,
byliśmy z przezabawną wizyta w PL, i do złoma pod oknem raczej nie było czasu i głowy.
Tak normalnie, wyrejestrowałbym go czasowo (co w UK słuszne i zbawienne), otworzył silnik, i albo go naprawił, albo skołował drugi i dał do przełożenia w warsztacie, albo złomował całość jednak. Tyle, że sytuacja nie była normalna, gdyż wypowiedzenie w pracy i podbój Irlandii nadciągały zgodnie z harmonogramem (już nie mówiąc, że musiałem w poprzednim tygodniu nagle skoczyć do PL po, dosłownie, jeden papierek z mojego banku).
Stąd wrzuciłem vana w ogłoszenia z ceną rzędu 1/3 podobnego na chodzie i rzetelnym opisem - nawet sporo ludzi zagadało, ale nikt się nie skusił.
Nie, to nie. "Sprzedałem" vana przedwczoraj za zero funtów znajomemu sympatycznemu mechanikowi z sąsiedniego miasteczka (nie żebym coś u niego robił, ale fan lexusa, zgadaliśmy się kiedyś, no i robił tego lexusa, którego sprzedałem sąsiadowi). Nie wiem co z nim będzie robił, czy skusi się na naprawę, czy "rozbroi" i złomuje, czy po prostu złomuje. Wisi mi to, szczególniej w kontekście, że za 4h jadę na prom do Irlandii.
Najrzetelniejszy skrócony komentarz największej mojej wtopy za 30 lat motoryzacji drugiej świeżości i coś koło 20 szrotwagenów to oczywiście:
ale jest też parę innych:
Chryslery to jednak straszny badziew, największy z dawnej "amerykańskiej trójki" (Ford, General Motors, Chrysler).
"Wstępne zalecenie nr 2" z daaawnej
pierwszej notki pod tagiem "szrot" może wydawać się żartem, ale ma bardzo dobry sens na złomowisku - znacznie lżej takiego wrednego El Cabrón wyrzucić do śmieci.
Została nam pamiątka z Chryslera Grand Voyagera XS Limited - akumulator w lexusie niedawno zaczął zdychać, więc prawie nówka aku z Voyagera przydał się jak znalazł.
BTW zupełnie na boku i post scriptum - nieszczęścia uwielbiają chodzić parami, gdyż na dokładkę do wypowiedzenia w pracy, wypraw i przekrętów w Polsce, nadciągającej Irlandii i rozsypującego się vana, nasz lexus też postanowił dołączyć do zabawy i wypluł raz czy drugi wodę, zagotował się, itd. Ale zanim zabiłem silnik, udało się ustalić, że puściła mu lekko chłodnica - więc w miedzyczasie wymieniłem mu ją na nówkę nieśmiganą, tyle, że minimalnie inną, bo chłodnicę od lexusa SC430 (albowiem popularne od LS430 nie pasują, a najbliższa aftermarketowa chłodnica dokładnie do GS430 i w rozsądnej cenie znajduje się w USA albo w Australii).
Najogólniej chyba: "mrówka mała pracowała i od tego zwariowała". Do usłyszenia z Irlandii.