NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2020-08-24, poniedziałek
Tagi:  szrot     
___________________________________

... czyli wspominałem gdzieś tam w komciach pod ostatnimi notkami, że zakupiłem kolejnego szrotwagena i że sytuacja jest rozwojowa. No więc katastrofalna sytuacja się rozwinęła, ale w mniej niż 2 miesiące już się zwinęła, stąd może na świeżo ją naszkicuję, ku pokrzepieniu serc wszystkich tych, którzy nienawidzą szrotu oraz szrociarzy.

Pomysł na zakup jakiegoś wypasionego vana, w kontekście masakrycznej ilości jeżdżenia po Szkocji, po Europie, do Irlandii, jaka się kroiła i zresztą nadal kroi, nie był zły. Od lat rozważałem coś z Toyot Previa itp. ale jak przyszło co do czego, okazało się jak dawniej, że mam miękkie serce do "amerykańców" i padło raczej na Chryslera Grand Voyagera, koniecznie benzyna z LPG (a propos - diesle w Voyagerach to jedne z najgorszych diesli wszechczasów), wypasy mile widziane - niż na Previe czy Hondy Odyssey itp.

Wybrałem się po jakiegoś w początku lipca, niestety, nie jest to towar łatwo osiągalny w Szkocji i okolicy; trzeba wyprawiać się na południe UK. Pierwszy voyek, w renomowanym komisie, "spoko do Glasgow dojedzie" (z Preston), nie był wart, żeby na niego się wypróżnić. Zaraz wróciłem na stację kolejową zniesmaczony, rozważając powrót do domu, ale że było około południa dopiero, a ja w pół drogi do zagłębi szrotu w Birmingham i okolicach, obdzwoniłem jakieś następne ogłoszenia. Udało mi się umówić jakiegoś w miarę sensownego, poturlałem się dalej pociągiem.

Grand Voyager XS Limited 3.3, 2003, okazał się pozornie w całkiem rozsądnym stanie, zgodnym z rocznikiem i przebiegiem, w bardzo dobrej wersji wyposażenia, w cenie atrakcyjnej. Sprzedający odebrali mnie z dworca i odwieźli parę km pod ich dom, wszystko wyglądało sensownie. No to se go kupiłem i fru, na północ.



Ujechałem tylko kilkadziesiąt kilometrów. Na początek i "na szczęście" zaczęło szarpać silnikiem od zamarzającego LPG, wiec zjechałem do zatoczki na autostradzie drugiej kolejności odśnieżania, zanim na dobre zagotował się silnik. Ale oczywiście i tak zaraz się nieco zagotował; okazało się, że gdzieś z tyłu silnika (V6 w poprzek) leci płyn, nie za mocno, ale leci.

(Uwagi, że już w tym momencie należało wracać i napie...lać się z Sikhami, którzy mi go wcisnęli, bo gwarancje i rękojmie, odrzucam jako niezorganizowane.)

Przyszło poczekać aż ostygnie, dolać wody, pomacać, co też tam leci, bo może tylko jakiś wąż, rura itp. (np. przeróbki orurowania pod LPG bywają robione słabo i przez matołków)? Jako obyty ze szrotem, na zakupy zawsze ruszam z odrobiną narzędzi w plecaku, w samochodzie też były jakieś klucze w schowku, stąd po rozebraniu deczka osłon itp. okazało się, że leci z okolic pompy wody. Niedobrze (i dlatego wyprzedali go tak tanio)... Ale za chwilę okazało się, że to nie z uszczelnień pompy, tylko jest sobie na pompie wyjście-rurka niewykorzystane, i na niej kapturek-zaślepka i ma pęknięcie i z niego nieco leci. Dobrze - załata się byle czym, doleje się byle czego, i jazda!

Niestety, kiedy usiłowałem zdjąć kapturek z 4cm rurki, ta wrednie ujebała się przy samej pompie... Niedobrze, gdyż została po niej dziura na palec, niemożliwa do załatania na drodze.

A że w międzyczasie zaczęło się ściemniać, stwierdziłem, że sprawa poczeka do rana, zrobię se zakupy w pobliskiej (no, z kilometr zakrzaczonym poboczem za barierkami) stacji paliw i prześpię się z problemem - spanie latem w długaśnym vanie było spoko.

Rano wyszło mi, że nie chce mi się szukać w sobotę z rańca mechanika w okolicy, przepłacać mu, potem jeździć odebrac wózek (a wszystko kosztem urlopu i w pracy akurat był zapieprz), wolę przepłacić za lawetę do domu.

Która okazała się zaprawdę przepłacona, no ale znowu - wszyscy w okolicy mogli "na przyszły tydzień", a za express rescue i to przez pół kraju każdy liczy sobie raczej słono. A propos, laweta z ubezpieczalni wyszłaby taniej, ale spryciarze w UK mają na ogół klauzlę, że rescue z AC przysługuje po 24 albo i 48h od zawarcia polisy...

Mały Afgan z dużą lawetą zawiózł mnie do domu zgodnie z planem. Van zdrożał, ale jeszcze nie było tragedii.

W ciągu tygodnia dorobiłem korek do dziury w pompie, ogarnąłem tragicznie zaniedbany układ chłodzenia, który jeździł na wodzie od lat, zapewne (przed Sikhami poprzedni wieloletni właściciel miał przecieki a to chłodnicy, a to nagrzewnicy, a to 3 strefy klimatronika na tyle vana - sądząc z faktur).

Van odpalił, jeździł, no ale albo już wcześniej, albo w trakcie akcji, puściła uszczelka pod głowicą, zdaje się tylko na jednym cylindrze. Ale skoro jeździ i pali, lotto mi to. Zrobiłem słabe hamulce przód (skądinąd, dostawca przysłał niewłaściwe klocki i tarcze, więc przyszło się użerać i o to), ogarnąłem jakieś drobiazgi elektryki, podmalowałem podwozie, dokupiłem brakującą dojazdówkę, itd. itp. Jeździłem nim testowo do pracy, do klienta, nawet fajny sprzęt (znaczy, jak już się przyzwyczaiłem, że "nie zbiera się", ale to było tylko wrażenie po lexi V8).

Na tydzień przed planowanym wyjazdem nim do Polski, chcieliśmy zrobić ostatni test - wycieczkę z córką, od nas, przez Edynburg, po Berwick. Ujechaliśmy nieco poza Edynburg, kiedy silnik zaczął wariować i wciągać wodę, po ostudzeniu i dolaniu nieco, daleko nie zajechaliśmy; nawet nie zdążył podnieść wskazówki temperatury czy zapalić kontrolki awarii (co zrobił mi zaraz po zakupie), tylko od razu się rozsypał - co najmniej głowice, bo wrażenie było, że stracił kompresję "po całości"; ale o rozrząd też bym się nie zakładał.

Odwołaliśmy wycieczkę i trza było znowu ściągnąć złoma do bazy. Tyle, że tym razem "gratis", gdyż poprosiłem ubezpieczyciela, żeby zabrał złomexa spod Dunbar pod Glasgow (mam w polisie 2x rocznie rescue home gratis). Przyszło poczekać na taksówkę (bo COVID, więc dziewczyny odwieziono na pociąg) i na dużą lawetę, którą żwawo odstawiliśmy El Grande Cabrón pod dom.

Potem przyszło przebukować promy na samoloty, byliśmy z przezabawną wizyta w PL, i do złoma pod oknem raczej nie było czasu i głowy.

Tak normalnie, wyrejestrowałbym go czasowo (co w UK słuszne i zbawienne), otworzył silnik, i albo go naprawił, albo skołował drugi i dał do przełożenia w warsztacie, albo złomował całość jednak. Tyle, że sytuacja nie była normalna, gdyż wypowiedzenie w pracy i podbój Irlandii nadciągały zgodnie z harmonogramem (już nie mówiąc, że musiałem w poprzednim tygodniu nagle skoczyć do PL po, dosłownie, jeden papierek z mojego banku).

Stąd wrzuciłem vana w ogłoszenia z ceną rzędu 1/3 podobnego na chodzie i rzetelnym opisem - nawet sporo ludzi zagadało, ale nikt się nie skusił.

Nie, to nie. "Sprzedałem" vana przedwczoraj za zero funtów znajomemu sympatycznemu mechanikowi z sąsiedniego miasteczka (nie żebym coś u niego robił, ale fan lexusa, zgadaliśmy się kiedyś, no i robił tego lexusa, którego sprzedałem sąsiadowi). Nie wiem co z nim będzie robił, czy skusi się na naprawę, czy "rozbroi" i złomuje, czy po prostu złomuje. Wisi mi to, szczególniej w kontekście, że za 4h jadę na prom do Irlandii.

Najrzetelniejszy skrócony komentarz największej mojej wtopy za 30 lat motoryzacji drugiej świeżości i coś koło 20 szrotwagenów to oczywiście:



ale jest też parę innych:

Chryslery to jednak straszny badziew, największy z dawnej "amerykańskiej trójki" (Ford, General Motors, Chrysler).

"Wstępne zalecenie nr 2" z daaawnej pierwszej notki pod tagiem "szrot" może wydawać się żartem, ale ma bardzo dobry sens na złomowisku - znacznie lżej takiego wrednego El Cabrón wyrzucić do śmieci.

Została nam pamiątka z Chryslera Grand Voyagera XS Limited - akumulator w lexusie niedawno zaczął zdychać, więc prawie nówka aku z Voyagera przydał się jak znalazł.

BTW zupełnie na boku i post scriptum - nieszczęścia uwielbiają chodzić parami, gdyż na dokładkę do wypowiedzenia w pracy, wypraw i przekrętów w Polsce, nadciągającej Irlandii i rozsypującego się vana, nasz lexus też postanowił dołączyć do zabawy i wypluł raz czy drugi wodę, zagotował się, itd. Ale zanim zabiłem silnik, udało się ustalić, że puściła mu lekko chłodnica - więc w miedzyczasie wymieniłem mu ją na nówkę nieśmiganą, tyle, że minimalnie inną, bo chłodnicę od lexusa SC430 (albowiem popularne od LS430 nie pasują, a najbliższa aftermarketowa chłodnica dokładnie do GS430 i w rozsądnej cenie znajduje się w USA albo w Australii).

Najogólniej chyba: "mrówka mała pracowała i od tego zwariowała". Do usłyszenia z Irlandii.





s.trabalski
Mon, 24 Aug 2020 14:33:03
O rany, właśnie zamierzałem kupić coś w podobie, tylko nowsze. I te Grand Caravany podobały mi się bardzo...

Witam wszystkich, czytam od lat - zwłaszcza szrot i przemysł.

zz_top
Mon, 24 Aug 2020 15:22:43
Z perspektywy czasu pomysł zakupu Toyoty albo Hondy był chyba dużo lepszy. Niestety, zapewne w SCO pojazdy te również występują w dawkach homeopatycznych...

Boni avatar Boni
Mon, 24 Aug 2020 18:46:02
@s.trabalski

No ja miałem paru znajomych, którzy ze Scorpio poszli w vojki już dawno, i kiedyś mówili, że 3.8 trochę się sypią, ale 3.3 trudny do zabicia. Tylko, że mówili to ok. 10 lat temu, teraz mówią "aa, bo chryśki tak mają, mojemu 3.3 też poleciały uszczelki, niedawno sprzedałem" ;)

@zz_top

Trudno powiedzieć, wszystko to szroty i nieco loteria. Skądinąd Previe w podobnych rocznikach jak w/w, powiedzmy 2003-2005, są na rynku spoko, dopiero jak się chce automat+LPG, to faktycznie, może być trudno w SCO. Ale tak czy owak wszystko to zajeżdżone, a jak nie zajeżdżone to mam wrażenie, że toyki są tu znacznie droższe niż vojki. A hondy itd. no to już faktycznie, egzotyka.

s.trabalski
Mon, 24 Aug 2020 21:31:33
Ajajaj, Grand Voyager oczywiście (na Dodge też patrzę stąd ta pomyłka).


Boni avatar Boni
Wed, 26 Aug 2020 08:30:04
@s.trabalski

@Dodge/Chrysler

Nigdy mi się zbytnio nie chciało dochodzić w temacie wykopalisk koncernu Chrysler, czy i czym różniły się w danym momencie bliźniaki ze znaczkami Chrysler/Dodge/Plymouth no i chyba też Lancia ostatnio. Wiem, że czasem różniły się kosmetycznie, a czasem całkiem znacząco (wybór silników był różny?).

Bo ogólnie jw. Chrysler to dla mnie był taki amerykański Fiat, jeszcze zanim ich przejął Fiat. Miałem kiedyś FAZĘ na Neona, poczytałem, szczególniej o (nie)bezpieczeństwie, przeszło mi ekspresowo. Miałem kiedyś fazę na Sebringa, poczytałem, przeszło mi, nawet na takiego z silnikiem od Mitsubishi, a nie tą porażką wszechczasów 2.7 litra. Miałem fazę na ślicznego 300M, poczytałem, nawet chyba nadal mam gdzieś całą serwisówkę w pliku, przeszło mi.

Jedyne które mieliśmy pod ręką, to zabawny i do zabawy Dodge Shadow no i służbowy Jeep Compass. Oba co najwyżej poprawne, no może Shadow nieco bardziej niż poprawny, tyle, że nasz był stary po prostu.

Diesle to nie moje porno, ale wiem, że w co większych chryśkach to były niesławne włoskie klekoty firmy VM, kojarzę, bo wielu producentów wsadzało ten badziew, Ford też, nawet okazyjnie Toyota IIRC.

s.trabalski
Wed, 26 Aug 2020 14:10:38
No nie, diesli Chryslerach/Dodgach/krewniaków w ogóle nie rozważam (jestem niemal niemal totalnym laikiem w temacie a i tak co nieco o nich wiem). Dodge/ Chryslera mają niezły stosunek jakości/wypasów do ceny (jeżeli idzie o duże rozmiary), nieźle też jest z ich dostępnością w PL.

Oczywiście wyborem rozsądnym (acz - na pierwszy rzut oka - kosztowniejszym) jest Honda Odyssey (albo jakaś Toyota). Niezła byłaby Mazda ale silnik 3.7 to już przesada.

zz_top
Wed, 26 Aug 2020 14:58:34
@silnik 3.7 to już przesada
Spłoniesz za takie herezje :-D

s.trabalski
Wed, 26 Aug 2020 15:59:28
Eeee...Przesada #dlamnie oczywiście. Ustawiłem sobie mentalną granicę na 3.5 (owszem spalanie JEST przeceniane, ale nie jest też bez znaczenia). Hmmm, ale jakby tak jakaś hybryda (tak, wiem).

Boni avatar Boni
Wed, 26 Aug 2020 16:22:32
Nie denerwujcie mnie. Irlandia ekologicznie-podatkowo obsysa w temacie silniorów prawie jak Dania itp.

Otóż za lexi V8 płacę podatek drogowy w UK rzędu 400EUR rocznie (to jest prawie max dla okresu przejściowego rocznikowo, kiedy już uwzględnia się nieco emisję CO2 ale jeszcze nie tak jak dla młodszych roczników).

W Irlandii, też dla okresu przejściowego (IIRC do 2008, liczone tylko wg pojemności) wszystko ponad 3000ccm to podatek roczny 1809EUR, ponad 4x tyle...

Także ten, spodziewana jest nagła obniżka standardu silnikowego w zagrodzie ;) no bo jakiś irlandzki następca GSa raczej nie będzie V8 itd. I to raczej prędzej niż później, bo legalistycznie patrząc możemy trzymać lexi w IRL trzy miesiące, ale przegląd mu się kończy za dwa, a próbować zrobić mu przegląd, czy wręcz import do IRL, no to jednak dzięki, ale nie.



JoP332
Thu, 27 Aug 2020 14:08:11
A tak z innej beczki - jak Ci się udało przestawić na jeżdżenie po niewłaściwej stronie drogi? Raz miałam z tym do czynienia, wieku temu na wakacjach na Cyprze, i przyznaję, jest to istotny czynnik, który mnie zniechęca do jakichkolwiek ruchów typu imigracja tam albo wyjazd w formule innej niż zbiorkom.

Boni avatar Boni
Thu, 27 Aug 2020 15:35:56
@JoP

Przestawianie się z jednej na drugą stronę drogi idzie mi w miarę dobrze, zawsze tak było. Znaczy, pewnie, że pierwsze pop... rondo w Dover ze światłami na każdym możliwym winklu spowodowało mi atak paniczki. Albo, że zdarzało mi się próbować pod prąd raz czy dwa, nawet całkiem niedawno; przeważnie w naprawdę dużym stresie albo zmęczeniu. Ale tak normalnie, nie miałem problemów.

Ale to z "niewłaściwą stroną drogi". "Niewłaściwa strona wozu", to zupełnie co innego i IMHO znacznie trudniejsza zabawa. Tj. co innego kiedy se przyjechałem do UK pontiakiem i zacząłem się wciągać po złej stronie drogi, a co innego kiedy nagle posadzono mnie w hondę CRV czy jakiegoś g... seata z kierą po złej stronie.

W hondzie to może wspominałem już kiedyś? pierwsza jazda z szefu w Highlandsy do destylarni, po paru tygodniach w SCO; poprosił żebym pokierował bo on emaile z rańca musi. Niechętny byłem, nie dość że ledwo kumam drogę, to duży wóz ze złej strony i manual, a ja manualem parę lat nie jeździłem wtedy; ale pan kazał, sługa musiał. No to za chwilę była pociecha, bo najpierw ja drapałem drzwi, szukając lewara od biegów, uhaha; ale za jakiś czas szefu drapał drzwi w przerażeniu, bo jak już się trochę ogarnąłem, zacząłem jechać "właściwie" i jakieś wyprzedzanie na długim łuku, z TIRem nadlatującym z naprzeciwka (ale daleeko IMHO) spowodowało wyrzut adrenaliny u Szkota-twardzielka i nie wiedział, czy wyskakiwać czy za kierę mi łapać. A TIR był duży i niebieski.

Skądinąd w drugą stronę obecnie się martwię, no bo robiąc 30kkm rocznie po UK, to zawsze nieco obawiam się, że zmęczony ciemną nocą z Okęcia pod prąd wyjadę.




 

Engine: Anvil 1.08   BS