Tradycyjna blogo-zajawka "jazda polska" jest nieco nieadekwatna w przypadku naszego poprzedniego tygodnia w Polsce, ale zostawiłem ją, bo może i plany jazdy UK-PL-UK upadły i skończyło się lataniem, ale jednak w jakimś tam sensie była to jazda nieco bez trzymanki, nie tylko ze względu na epidemię i spowodowane nią zmiany i niemożność planowania czegokolwiek.
Bo najlepsze z wypadu do PL, że już wróciliśmy, a może i wróciliśmy do normalności.
Ale po kolei - zdecydowaliśmy się przelecieć, bo skoro niedawno nabyty van-szrotwagen od Chryslera okazał się bardziej szrotem niż wagenem, a nasz lexus nie ma sensownej "ładowności", tudzież struktura cen latanie+wynajem vs prom+jazda jest jaka jest, to po prostu nie było sensu męczyć się jeżdżeniem. Przyszło odwołać promy (skądinąd, nietypowe z Harwich, żeby ominąć na wszelki wypadek Francję) i zabukować latanie, padło dość tradycyjnie na KLM.
Na dzieńdobry jeszcze przed lotem, o plugawej 5 rano, okazało się, że przeoczyłem, że największy parking lotniskowy "long stay" już nie jest parkingiem lotniskowym, tylko "COVID test facility", czytaj "parkingiem kwarantanny" (bo skoro prawie nikt nie lata, a gdzieś te zakażone samochody trza upchnąć, to ktoś tam się z kimś dogadał). Inne parking "long stay" w Glasgow nie są jakoś specjalnie przyjazne, szczególniej z nagła o 5 rano; czasu było nie za wiele, więc przyszło zostawić wózek na normalnym parkingu przy terminalu. Dla niezorientowanych - taki typowy normalny parking przy terminalu ma nieco nienormalne ceny, jeśli zostawić autko na więcej niż dzień czy dwa, o tygodniu nie mówiąc. Ale co poradzić, jak się nie kuma, które parkingi zeżarła zaraza, to się płaci.
Na lotnisku powitała nas przyzerowa ilość pasażerów, ale też przyzerowa ilość lotów; normalnie wyświetlacze GLA pokazują rano ze 40 lotów "w przód", a teraz wyświetlały z 10, z czego tylko ze 3 międzynarodowe (ok, dalej niż Irlandia). Zdaje się, że mieliśmy szczęście, że w ogóle coś sensownego GLA-WAW lata.
KLM okazał się pełny ludzi; oczywiście, o żadnych odstępach itp. nie ma mowy. Tyle, że wszyscy w maseczkach. Lotnisko Schiphol było nieco bardziej ludne niż Glasgow, w końcu to wielki hub przesiadkowy, ale mam wrażenie, że było gdzieś tak o połowę mniej ludzi na nim, niż normalnie.
Polska powitała nas upałem i niestety, wózkiem-pożyczakiem zgodnym z zamówieniem, czyli minivanem - blaszakiem (bo przewożenie i wywożenie gratów z domu itp.), który miał się tak do
fajansu z notki niedawnej, jak tamten do naszego lexusa. Skądinąd pierwszy raz widziałem wózek z wypożyczalni z >80kkm przebiegu i wyraźnie rozpadającymi się półosiami itp. Ale przynajmniej klimę miał.
Wywieźliśmy nim z domu sporo gratów do rodziny, trochę do śmieci. Do właściwego wywozu "resztek" z domu do Szkocji i tak przyszło zamówić pół ciężarówki do przeprowadzek. A na deser jeszcze zostało w domu sporo, no ale to już problem nowego właściciela.
Bo większa część wyjazdu zeszła na karuzeli między nami, agencją nieruchomości i kupującym. Z domieszką różnych urzędów, oczywiście, ale one akurat były chyba najjaśniejszym punktem w temacie papierologii i rzeczy formalnoprawnych, na tle innych aktorów tej farsy.
Jakby to podsumować bez bluzgów i próżnych żali - dom został sprzedany; istnieją powody, dla których nie mieszkamy w Polsce; jeśli kiedyś spróbujecie sprzedać dom, który wam się skądeś został w jakiejś Botswanie, Gruzji czy Polsce, bierzcie od razu prawnika do tego.
Innym ohydnym punktem, a nawet zylionem punkcików, tej wycieczki, były komary. Dizaz k... ja p...
Jasnym punktem wycieczki były wizyty u rodziny, na znajomych nie starczyło czasu i sił.
Po zapakowaniu i rozpakowaniu paru minivanów i pół ciężarówki do Szkocji znowu "poczułem" plecy i kolano, ale "a co nowego". No może ew. pro-tip - nie wrzucajcie pralek samemu do vana, pralki są ciężkie. A książki w pudełkach może i nie są bardzo ciężkie, ale to zależy od ilości pudełek...
W drodze powrotnej KLMem było w miarę normalnie, nieco tylko zaskoczyły nas formularze COVIDowe rządu UK - Holendrzy mają jakieś minikwity na papierze, Polacy mają tylko bele jaką termokamerę na Okęciu, a dla odmiany Brytole mają wypasione formularze do wypełnienia wyłącznie online i nie każdy telefon to obsłuży, oczywiście. Warto je wypełnić przed przylotem, rzecz jasna, ale udało się je pomalutku wypełnić "na granicy" w Glasgow. I tak nie możemy narzekać, np. w porównaniu z tymi, którzy 6h później próbowali wrócić do UK z Hiszpanii... Wyszliśmy około godz. 19 na przyloty literalnie ostatni, za strażnikami nawet, stąd mogliśmy podziwiać terminale, parkingi i okolice lotniska Glasgow w stylu postapokaliptycznym - dosłownie parę sylwetek ludzkich w oddali, po drugiej stronie terminala czy placu, mogły to być jakieś zombie; poza tym pustka i cisza...
A teraz mamy mieszkadło w Szkocji zawalone totalnie (zawalone normalnie było już przedtem), oraz możemy zamknąć pierwsze dwie strony notatek i list, oraz większość spraw polskich, i otworzyć część następną, pt. "przeprowadzka do Irlandii". Za parę tygodni okaże się, czy rację ma żona, że ostatnie dwa-trzy tygodnie w skali półrocznego planu zmian i przeprowadzek, to było 50% problemów, czy jednak mniej.