... walki ze szrotem. Wróć, inaczej: ze starć z prawienówką nieśmiganą; dwuletnia cudna terenówka, która terenu w życiu nie widziała; słynna w całej blogosferze; a jeździł nią tylko Prawdziwy Polak do kościółka Lidla i czasem do pracy, po wspaniałych drogach Szkocji.
Czyli mój służbowy
Jeep Compass, który właśnie dobija do 2 lat od rejestracji i 35tys. kilometrów przebiegu (22k mil).
Trochę się zmechacił miejscami, niestety.
Estetycznie, nie jest bardzo źle - lakier nienajgorzej się trzyma, może jakieś minimalne ryski po badylach, żwirku itp. Wnętrze, poza nieco już wysiedzianym fotelem kierownika, praktycznie jak nowe, ale to bardziej moja (i braku pasażerów) zasługa, niż Chryslera. Z drobiazgów co do wyglądu - chromy tu i ówdzie już tak nie błyszczą a nawet minimalnie obłażą.
Elektronika i gadżety wszystkie ok, poza tym, że zaczął być słyszalny wentylator ogrzewania, minimalnie ale zauważalnie.
Zawieszenie, prowadzenie, hamule - zgodnie z oczekiwaniami, po 35kkm jakieś tam zużycie, ale w normie.
Pod spodem - trochę już obłazi z farbki i zabezpieczeń i powierzchowna rdza na elementach zawieszenia, ale kto tam zagląda i kogo to obchodzi.
Skrzynia jak była do dupy, tak przynajmniej jest do tej samej dupy.
Opony przednie zużywa fenomenalnie, ale to spodziewane i znane, powiedzmy; poważne niutonometry w napędzie na przód, w ciężkim wozie, szybko znikają gumę (tak samo w Trans Sporcie mieliśmy - po 2 latach tył prawie jak nowy, przód do śmieci).
Silnik coraz głośniejszy i nieciekawy ogólnie, ale nie żeby jakoś tragicznie, w sumie zgodnie z oczekiwaniami. Jakoś więcej palić zaczął ostatnio, obwiniałem paliwo, ale nie uprzedzajmy faktów.
Jedyny punkt zdecydowanie skopany - półosie/przeguby przód, wszelkie objawy zużycia i luzów. Dla przypomnienia, jedna półoś wymieniona na gwarancji przy 25kkm, po następnych 10kkm nieodróżnialne, która była wymieniania, bo obie wyluzowane jakby je smarować maryśką medyczną.
Na tle półosi i wentyla, zawitałem ze trzy tygodnie temu do serwisu Jeepa (dla ustalenia uwagi - tam był zakupiony, i jest to, buehehe, dealer Jeep/Chrysler/Fiat czyli
FCA oraz Hyundaia (Daimler-Chrysler miał jakiś tam udział w Hyundaiu, więc pewnie to kiedyś było joint-venture, a potem położył na tym łapę Fiat)), na wizytę w duchu "przejrzyjta to całe gówno i zamówcie co wam potrzeba, to zaoszczędzicie na pożyczaku, gdy te półośki się rozlecą; tudzież zrobimy za miesiąc za jednym zamachem naprawy i przegląd dwuletni".
Serwis grzecznie przejrzał wózek i zamówił nowy wentylator wnętrza oraz jakąś tam rurę pod maskę, która im się nie spodobała. Huczące półośki uznał za sprawne, bo "to opony zużyte i huczą". Na co ja "Orly? mnie to lotto, wezwę lawetę jakby co na wasz koszt, jeśli mi się napęd urwie. To jak będzie?" - "Dobrze będzie" odpowiedział serwis, i na tym stanęło, umówiliśmy się na przegląd dwuletni.
Nawet wpadłem w piątek do nich (bo komórki zapomniałem a przejeżdżałem obok) sprawdzić czy mają graty - prawie mieli, "po południu mają być", powiedzmy, potwierdziliśmy.
W weekend nudziłem się deko, więc m.in. podniosłem jeepka, żeby własnoręcznie pomacać przednie kółka/półośki - tak jak słychać i czuć, okazały luzy na poziomie spodziewanym po 350kkm w starym poniemieckim fordzie czy innym lexusie, a nie w wózku z 35kkm na budziku. Przy okazji zauważyłem że spocony jest spojler i dolna rura chłodnicy - jakby maciupeńki wyciek chłodziwa - o, to pewnie ją wychwycili na serwisie i zamówili, mają mały ale plus.
Przedwczoraj dostarczyłem jeepka na planowy przegląd, części mieli tym razem naprawdę. Poprosiłem o potwierdzenie SMSem jak skończą, bo muszę podwózkę z drugiego końca miasta se wymyśleć. Tudzież jeszcze raz dopisałem do kwitów "PRZEJRZYJCIE PRZEGUBY, BUCE", no dobra, może bez "buców".
Po pół godzinie panienka zadzwoniła z ceną (którą już mi raz podawała) i że powinni dziś zrobić. Na co poinformowałem, że cenę już mi podawała i żeby potwierdziła JAK ZROBIĄ i do 16, bo muszę dojechać, a przecież zamykają o 17:30.
O 16:30 zacząłem wydzwaniać, co tam słychać i skąd ta cisza - recepcja nie była w stanie znaleźć kogokolwiek z serwisu (10m obok), "oddzwonią". Jazda "w ciemno" nie pasowała mi, bo ew. logistycznie utkwiłbym z dala od domu i wilki tam wyją, więc o 17 skołowałem podwózkę, ale do domu (i żona skille zyskuje po właściwej stronie drogi, we właściwym samochodzie). O 17:20 oddzwonił jakiś koleś, potwierdził, że zrobione. Ale co dokładnie? a to nie bardzo wiadomo. Spoko, ziom, i tak za późno, jutro jak będę miał nastrój, to was odwiedzę.
Wczoraj przejechałem się do pracy/klienta lexusem, zdzwoniłem się z "moją" panienką z okienka, która potwierdziła, że jak boga kocha, wszystko zrobione. Ok, to wpadnę do was koło 17. Ale znając już nieźle serwis, pojechałem wcześniej nieco, żeby mieć zapas na nieprzewidziane okoliczności.
Okoliczność rozwinęła się malowniczo w postaci "wymieniono wentylator i tę, no, (luk w notki) rurę od intercoolera, a co do przegubów, to opony są zużyte poza limit i niekoszerne, więc nie zrobiono jazdy próbnej, ale na warstacie przeguby są tiptop, a jeśli..." - "PRRRRR, SZALONA! jaki "intercooler", kto powiedział "intercooler"??? - "eee, zamówiono i wymieniono rurę intercoolera, tak stoi w kwitach" - "ZARA, to była "hose" od intercoolera a nie od chłodzenia? to szkoda że się wcześniej nie dogadaliśmy. A skąd to w ogóle?" - "Wykryto na serwisie 3 tyg. temu, że silnik hałasuje i nie ma pałera, i że winna rurra" - "Fajnie. ZARA, NIEFAJNIE, da mnie tę kartę dzisiejszego przeglądu" - sprawdzam pozycję "wycieki" - zero, green as green. O wy chamy zbuntowane. Zapraszam panienkę na parking do wozu, wsadzam łapę pod zderzak, pokazuję brudne paluchy "To jest wyciek, panna. A o przegubach też należy się porozmawiać" - "Ale ja nie jestem od rozmów technicznych" - "A pewnie, że nie. To najdź kogoś do rozmów technicznych, ja mam czas a jeep nigdzie nie jedzie".
Po chwili trwającej trzy momenty, skołowała szefa serwisu. Powtarzam rozmowę, o poziom (niewysoki) techniczny wyżej. On: "A może to tylko olej..." - "TYLKO olej? przy 22k mil? i skąd niby olej za zderzakiem?" - "Może przy wymianie oleju... albo pracach przy turbo" - "Ziom, może i tak, może brudzicie gdzie popadnie (wskazując czarne paluchy odbite na błotniku) ale ta plama była już w niedzielę. Ja się zgadzam, że może to nic, bo płynu zauważalnie nie ubyło, i w ogóle mam to w nosie, bo jak pizgnie dolny wąż chłodnicy w locie, to WY wymienicie silnik na gwarancji, gdyż nie wierzę, że taki diesel wytrzyma lądowanie bez całego płynu - ale może ogarnijcie to? i nie zaznaczajcie w karcie "brak wycieków" kiedy macie wyciek?". Po paru słowach poszedł po mechanika, żeby wciągnąć jeepka na warstat ponownie.
Mechanik, całkiem młody, okazał się najprzytomniejszy. Pogadał, zrozumiał, przyjął, zajął sie jeepkiem. Wrócił twierdząc, że doczyścili i wydaje się, że to był tylko syf (bo faktycznie, glikol nie bardzo paruje, tylko kiśnie) po zalaniu kiedyś tam, przy wymianie rury na akcji korekcyjnej. Tudzież pokazał mi dokładniej zjechaną od wewnątrz oponę, zaprawdę, zjechaną. I stwierdził, że przeguby nadal są całkiem ok.
Na co stwiedziłem, że moje standardy "ok" są nieco wyższe, gdyż np. ten lexus który tam stoi, ma 4x tyle przebiegu i 4x mniejsze luzy na przegubach, ale co poradzić, obaj rozumiemy, że to chyba najporządniejszy wózek na tym wysypisku chryśków i hujdajów, więc nie mam czego tu szukać więcy. Podziękowałem, pośmialiśmy się jeszcze deko, i spłynąłem bawić się logistycznie w odstawianie dwu wózków do domu (nie, nie w rozkroku, tyko pośrednio autobusem).
A jeepek faktycznie jakby cichszy i możliwe, że mniej pali. I dobrze, że nie musze się przejmować - nie mój, jeszcze na gwarancji. Jedyny niekomfort, że muszę skołować ze dwie rozsądne opony w rozsądnej cenie.
(Jak można zauważyć, rozleniwiłem się strasznie i pisać mi się nie chce. Ale muszę się jakoś zdyscyplinować, nie tylko do pisania bloga, gdyż inaczej zgnuśnieję do reszty w tym pierwszym świecie.)