No pecha mam wyraźnie. Z powodu, że blogrollka mi zamiera-umiera, pewnie przez święto zmarłych, łażę po pobliskich outer-internetach, i
znowu potykam się o lewałki, tam gdzie miało być samo piękno i dobro.
Bo
fronesis przepedałował Kopenhagę i mu się z tego pedałowania po Danii zrobiła refleksja, a nawet apostrofa. Co już niejednemu się przytrafiło, nieprawdaż, mnie też nieco ponad dekadę temu. Ale przy moim technokratycznym podejściu do życia, wszechświata i całej reszty, pierwsze wrażenie zmieniło się później w trochę inną refleksję, niż ta podlinkowana.
Gdyż prawdą jest, że fakty istnieją kontekstowo, bo tak naprawdę nie istnieją inaczej niż pojęcia; i że sieci pojęć z definicji zawierają różne i w miarę ich rozwoju, coraz bardziej skomplikowane, co za niespodzianka, pojęcia. I że operowanie pewnymi pojęciami, szczególnie "skoncentrowanymi", abstrakcyjnymi, i leżącymi daleko od sieci istniejącej dla podmiotu, jest trudne albo bardzo trudne (ale nie niemożliwe, i IMHO gadanie jak to nie da się wytłumaczyć naszej fizyki w średniowieczu, albo SMSa przed wojną, albo DNA w XVw mam za głupie pierdoły wypisane z retorycznego rozpędu). Tylko, że za "faktami/pociągami" i za "sieciami/torami" stoi coś znacznie znacznie ważniejszego. I tak bardzo umyka to jajogłowym, wszelkim publicystom, politykom, a nawet naukowcom, socjologom i historykom, że o rany, i co widać w podlinkowanym przykładzie.
Pierwszy raz oświeciło mnie, kiedy przeczytałem o tym jak oświeciło
J.Kieniewicza (bodaj w "Spotkaniach Wschodu"? nie mam pod ręką) - ślicznie opisał, jaką zagadkę stanowił w swoim czasie dla niego upadek I Rzeczypospolitej (i nie tylko dla niego, przecież mnóstwo ludzi od ładnego kawałka czasu łamie sobie na tym głowę, ja też). Bo jak to tak, państwo potężne, zasobne, rozpływa się, ot tak, we mgle historii? Przyczyny wymienia się od
lasa Lasa do Sasa a nawet z powrotem, literatura jest przebogata, ale jak się zastanowić i wgłębić w źródła, jak młody Kieniewicz, piszący doktorat (czy podobnie), to się robi coraz dziwniej i dziwniej. Bo co niby - anarchia? słabość władzy? kontrreformacja? wojny? No dobrze, ale dlaczego w Rzeczypospolitej tak a nie inaczej, i dlaczego u sąsiadów nie, i co tu jest skutkiem a co przyczyną? I lęgną się z tego zdziwienia przez wieki jakieś popieprzone sarmatyzmy, mesjanizmy, kulturkampfy, i inne -izmy, a co jeden to głupszy.
Kieniewicz w anegdocie pięknie opisuje jak w desperacji zwalił się z tym całym problemem na promotora (czy podobnego), na co ten spokojnie go wysłuchał, i podpowiedział, żeby skoro nie wiadomo o co chodzi, to może sprawdzić, czy nie chodzi o pieniądze.
A kiedy Kieniewicz prześledził przepływ kasy, a szczególniej srebra, przez Europę, jako część globalnego (tak tak, nie wahajmy się użyć tego słowa, co do XVI czy XVIIw) flowu kasiorki, łuski i szczęka mu spadły z oczu. Bo nagle stało się jasne jak słońce, że rozwój i upadek Rzeczypospolitej Obojga Narodów nie tyle koreluje z kontrreformacją, wojnami, czy polityką miejscową taką czy owaką, co z prostą ekonomią, i flowem płatniczym przez pół świata, od Ameryki, na wschód, aż po Azję. A potężna Rzeczypospolita była na tyle potężna, na ile kawałek trasy srebra, przebiegający od Hiszpanii (zalewanej kasą po konkwiście) via Hanza z punktem docelowym w Zatoce Perskiej i Cieśninie Ormuz i okolicy (główny punkt handlowy na drodze do prawdziwego celu, Indii i Chin), przebiegał przez Rzeczypospolitą - albo ją omijał. Bo kiedy srebro szło przez Hanzę, Gdańsk, Warszawę, Lwów i dalej karawanami - z tego co skapnęło z tej trasy, Rzplita rozkwitała, np. takich prowincjonalnych Sejnach można było trzasnąć se ot,
klasztorek, "królewięta" mogli na Ukrainie fundować (nie tylko sobie) miasta i wsie, itd. itp. i jakoś się kręciło. Ale kiedy Otomani urwali szlak karawan, i okazało się, że bezpieczniej i taniej jest handlować wkoło Afryki, rzeka srebra popłynęła przez Niederlandy i Portugalię, zaraz przez Anglię; innym korytem po prostu - a Polska, Litwa i Ukraina rozpoczęły zjazd po równi pochyłej w polityczny niebyt.
Wracając z tej dygresji i anegdot historycznych do tu i teraz oglądu Skandynawii, niestety, z powodów ukształtowania przez pojęcia i lektury jw. kiedy widzę Danię (albo Szwajcarię...), to nie widzę innej, zaawansowanej siatki pojęć czy "faktów", i nie widzę z Polsce jej post-peerelowsko-balcerowiczowego braku, tylko widzę rzeczy znacznie przyziemniejsze, na przykład takie fakty, jak dwa razy wyższy dochód na głowę. A w duńskiej kosztownej zabawie w rowerki czy siłownie wiatrowe nie widzę piękna, dobra czy nawet ekologii, tylko coś jakby hipokryzję - jakoś tak zasłania mi te sielskie obrazki proste info, że prąd z duńskiego wiatraka jest bodaj najdroższą energią na świecie, albo, że ten pedałujący Duńczyk czy Szwajcar zużywa na głowę o 50% więcej energii niż Polak.
Ciekawe, nie?
A co jeszcze ciekawsze, przeciętny obywatel świata ma się do nas po względami ekonomiczno-energetycznymi mniej więcej tak, jak my do ekologiczno-socjalistycznego Duńczyka, na rowerku na podgrzewanej ścieżce rowerowej bezkolizyjnej z drogami.
Co przy ideololo o duńskich i polskich faktach i "faktach" pod rozwagę uniżenie poddaję.