Jakże mnie smuci, kiedy w tak fajnie zatomizowanym i zindywidualizowanym społeczeństwie uparcie wraca #sawanna i pogrzebana na co dzień potrzeba kontaktu międzyludzkiego wyłazi z kątów i generuje popieprzone zwyczaje, nowe święta, czy nowe cywilizacjośmierciowe tradycje; wszystkie te halloweeny, walentynki; natychmiast komercjalizowane i upychane między pokłady poprzednich porażek, typu imieniny, stypy czy chrzciny.
A miało być tak pięknie w tej przyszłości, miały być wirtualne social networki, w miejsce tych chłopo-robotniczych, siermiężnych social networków, z lnu, łyka i "zastaw się a postaw się"; już dawno niepotrzebnych. Jednak ciągle i ciągle ciągnie małpę do małpy, żeby się czule poiskać albo ustalić hierarchię stada, zależnie kto z kim i dla kogo kogo.
A przecież
mizoginia mizantropia miała być religią nowego tysiąclecia, i "piekło to inni".
Chyba najłatwiej można wygrać w tę grę, wcale nie siadając z nimi do stolika.
(czy błąd z mizoginią coś znaczy? okaże się w następnych odcinkach, albo i nie)