Na tle przeprowadzki na kolejną miejscówkę dokupiliśmy nieco różności, troszkę z potrzeby, większość "bo ponieważ ale o" (a potem wzdychamy "ech, żeby dało się spakować w jednego vana!", jaaasne...). Zrecenzuję to państwu hurtowo oraz będą wspominki sentymentalne fanboja IKEA.
1. Z potrzeby - poprzednie fajne garnki idą do pawlacza, bo nie działają z kuchnią indukcyjną. Coś trza będzie zakupić, pewnie z IKEA. Zresztą, możecie podpowiadać w komentarzach.

2. Załóżmy, że z potrzeby - chata spora, jakieś sprzęty grające by się przydały po pokojach i w wielkiej kuchni (po latach i przeprowadzkach został nam już tylko główny zestaw audio, dawne sprzęty garażowo - córkowe odeszły w zapomnienie). Myślałem przez sekundę o jakimś systemie głośników multiroom, czy ogólnie zdalnych, ale zaraz się rozmyśliłem i poszedłem szukać zwykłych niezależnych mini-wież w starym stylu, ale żeby miały AUX, USB, bluta, "i frytki do tego". Nagle okazało się, że Curry, taka wyspiarska wersja Mediamarktu czy RTV Euro AGD, pod marką JVC (nie mylić z produkcją "made in Japan" itp...) dostarcza takie sprzęty, ale nie tylko jako klasyczne pudełeczka, ale też w bardzo sympatycznej formie
pionowego mini-panela UX-D529B, z CD i wszelkimi dodatkami. Zaraz poleciałem i wykupiłem pół zapasu tego towaru po zachodniej stronie Irlandii, aż się w sklepie zainteresowali i pytali, po co mi hałda tego sprzętu. Grają wystarczająco dobrze (skądinąd jest też plan wymiany ich plastikowych "kolumn" na to, co wala się nadal w przydasiach, np. prawilne małe Tannoye i Wharfedale); funkcjonalnie mają wszystko co chciałem; ergonomicznie-estetycznie 150% cukru w cukrze, w porównaniu z podobnymi "pudełkami", jakie mieliśmy, czy jakie leżą obok w sklepie.

3. Załóżmy, że z potrzeby (bo nie chce nam się sprzątać, stąd #dialogi "coś tu za dużo panierki na glebie") - w końcu zdecydowaliśmy się na robo-odkurzacz, który dawno nam się należał, ale w poprzednich mieszkadłach nie miał sensu, bo tylko porozbijałby się o graciarnię i przydasie. W większej chałupie, gdzie
może uda się pochować graty, ma większe szanse. Padło na odkurzacz od Samsunga,
Jet Bota VR30T80313W; niby to mniejszy i prostszy z ich dwu robotków, i bez opcjonalnej stacji czyszczącej, ale i tak - czysta rozpusta oraz za tyle, to jeżdżące samochody kupowałem. Jednakowoż sprzęt bardzo sympatyczny, jeździ, kmini, gra (pieśni swego koreańskiego ludu) i bucy (kiedy se podkręca obroty "na miękkim").

Dużo pociechy i fajnie oprogramowany; mam na myśli jego mikro-AI, a nie appki-srapki itp. bo co też piękne, to że do jego obsługi wystarczają dwa klawisze, i można całe ewentualne mambo-dżambo zdalno-komórkowe zignorować (znaczy, trochę zabawne, kiedy pojawił się na wifi, ale na razie to tyle). Chyba dostanie ksywkę M-O, pamiętacie małego upartego sprzątacza z filmu "WALL-E"?
4. Z potrzeby - biurko jakieś do pracy z domu, dla mnie. W końcu! bo całą pandemię przepracowałem z sofy itp. z braku miejsca i biurka, i nie było to piękne ani dobre. Nie uwierzycie, ile udało mi się popsuć w plecach, barkach itp. przez ten czas i zasiedzenie na zbyt miękkim... Padło na blat od
"gamerskiego" biurka UPPSPEL z IKEA, plus jakieś normalne nogi do tego (ta full wypaśna wersja, z podnoszeniem elektrycznym itp. lansowana przez IKEA, to jakiś ciężki idiotyzm za ciężkie monety).
5. Z potrzeby, bo łóżka poprzednie były wynajęte, a w nowym domu są za wąskie i nie-teges - jakieś nowe materace z IKEA, średnia półka sprężynowo-komorowa, "twarde"; zobaczymy, czy damy z nimi radę żyć. Bo różnie z tym bywało, szanse 50/50. BTW od dekad - nie kupujemy małżeńskich podwójnych materaców, tylko dwa duże single, i składamy je razem, maksimum komfortu i wygody, minimum budzenia się nawzajem, śpiąc obok siebie. BTW BTW o patologii jak spanie nie tylko na wspólnym materacu, ale pod jedną kołdrą nie mówiąc - chyba tylko parę tygodni po ślubie wytrzymaliśmy pod wspólnym przykryciem, po czym zyskaliśmy obycie, i poszliśmy po dwa kocyki itp.
6. Dodatek do pkt. 5 - ponieważ przeważnie nie używamy ram do łóżek (szczególnie, że niektóre formaty singlowych materaców jw. nie pasują x2 do gotowych ram), tylko kładziemy je "na glebie", pardą, "po japońsku", czasem potrzebne jest coś jako "zagłówek", żeby osłonić ścianę itp. Przy obecnej przeprowadzce, zamiast tradycyjnego najtańszego blatu z IKEA albo i arkusza pilśni, wpadło w oko
"przepierzenie" EILIF poliestrowe, biurkowo-biurowe z IKEA. Co prawda droższe od byle blatu, o byle płycie nie mówiąc, ale jest fajne i poprawia akustykę "za głową" (często coś takiego, mniej czy bardziej fachowego, tłumiącego-piankowego sobie ustawiam w tym celu, bo To Ważne Audiofilsko).
7. A propos regałów "książkowych", starych i nowych - od dekad kupujemy w IKEA, przeważnie z ich dolnej półki; ew. jakieś podróbki IKEA gdzieś skądeś. Obecnie mam FINNBY na propsie, przedtem GERSBY (bardziej jako "kuchenno-korytarzowe"), w miarę małe i łatwe do przeprowadzek. Kiedyś było inaczej, preferowaliśmy duże i "wypaśne", w rodzaju
LACK, EXPEDIT czy KALLAX. I po trzecich przenosinach jedno jest pewne - może EXPEDITy itp. są mocne i fajne (nadal mamy 2szt., nieco nietypowe, bo kolor jak palisander; objeździlimy kiedyś za nimi Warszawę, bo to były dwa ostatnie w PL tym kolorze, jeden w Jankach, drugi w Markach...), ale nie chcecie ich rozbierać, czy przenosić. Są ciężkie jak grzech, nieporęczne w przenoszeniu, jeszcze bardziej w rozbieraniu i składaniu, i foch. Ostatni raz je przy tej przeprowadzce przewaliłem (także dosłownie, duży palec u stópki wygląda słabo, ale nie połamany...), nigdy więcej tak wielkich i nieporęcznych słoniowatości.

Dla odmiany nadal, po ponad 25 latach, pałam miłością do starych regałów ONKEL - są genialne w rozbieraniu/składaniu, z małej ilości części, podobają mi się estetycznie, funkcjonalnie są w porządku, szczególniej dla lżejszej zawartości. Były bardzo krótko w ofercie (podejrzewam, że mieli problemy z idiotami, ustawiającymi ciężkie rzeczy na tych nadwieszonych końcach półek ze zwykłego paździerza, a to je zapewne wyginało, może nawet łamało, itp.), były tanie, zniosły u nas fenomenalne tortury i pięć przeprowadzek. To jest dla mnie wzorcowa IKEA. Jak będę sobie kiedyś robił otwarte regały, to dokładne kopie ONKELi, tylko z półkami z jak najmocniejszej sklejki/drewna.

Zastanawiałem się, co jeszcze z IKEA, po 30 latach używania ich tańszych rzeczy, równie miło wspominam, i przypomniałem sobie stary stolik TV LACK, którego już dawno nie ma w ofercie, był zajefajny pod względem funkcjonalnym, estetyki, tylko jakość miał, cóż, jak seria LACK ("nie szoruj tak zawzięcie, bo politura z tego zejdzie! - jaka politura, to raczej pasta do butów na papierze..."). Obecnie używam dwu "bieżących" stolików TV LACK, i powiem tak, jakość mają taką samą, "jak to LACK", ale obok fajności i funkcjonalności tamtego starego nawet nie leżały... Np. są wąskie jak coś wąskiego - no bo przecież już nikt nie używa ciężkich i "głębokich" wzmacniaczy, gramofonów, telewizorów, jak 20 lat temu. Tylko, że ja na przykład używam. Niestety, stary LACK gdzieś tam rozpadł się, czy nadgnił, leżąc w magazynowaniu, i przepadł - a szkoda. Jakbym kiedyś miał znowu miejsce na takiego (akurat obecnie nie bardzo, bo sprzęt stoi "w kącie"), to bym sobie zrobił kopię, w trymiga, z byle czego.
8. Dyscyplina dodatkowa #zeszrotu - przeprowadzkę przewoziliśmy najlepszymi najszybszymi samochodami świata, czyli białymi vanami z wypożyczalni (2 weekendy, 2 podobne vany). Ale tym razem trafiły się fordy transity, zamiast opli vivaro itp. No więc jest tak - nie bez powodu ford transit to jest od dekad wzorzec firmowego vana, do którego porównuje się badziewie opla, fiata, renault, itd. itp. gdyż po prostu transity są dobre, lepsze a nawet najlepsze. Nie będę pisał recenzji, bo jaki van jest, każdy widzi, ale te transity, szczególniej nieco bardziej "zelektryfikowany" (tempomat, czujniki parkowania, el. lustra), to tak się mają do
strasznych opli itp. jak toyota do VW. Oh wait, albo jak ford do opla...
[edit 23-10-2022]

Jw. w docelowym miejscu, biurko zrobione z blatu UPPSPEL na ramie TROTTEN; da się tak złożyć, choć wyraźnie IKEA woli ten blat sprzedawać na ramie za 400EUR i otwory nie pasują "od ręki". Ale "to jest poza systemem, tego nikt nie kontroluje", tylko trzeba sobie wywiercić 2 otwory we wspornikach ramy (ew. 4 jeśli chce się mieć blat idealnie symetrycznie na ramie). Co jest trywialne, o ile ma się wiertarkę i wiertła - wkrętarka i dobre wiertła jeszcze zostały na starej miejscówce; w komplecie wierteł zabranym tutaj zaginęły wiertła do metalu; no a normalna wiertarka, też zabrana tutaj, ma status MIA, gdzieś zaginęła w pudłach i gratach. Oczywiście, można skoczyć kupić najtańszą wiertarkę czy wkrętarkę i wiertła w miasteczku, ale mam też zawsze w rezerwie starą, sprzed ćwierć wieku, młotowiertarę Bosch GBH, z całym osprzętem (jak widać największa jej zaleta, że nie sposób tę ciężką walizę gdzieś zgubić...), i znalazłem jakieś wiertło ósemkę, pilota od wierteł-otwornic. Wiercenie precyzyjne 8mm boschhammerem GBH to pewne wyzwanie, ale nie takie rzeczy po pijaku się robiło. Biurko wyszło spoko i zdaje się będzie dobre miejsce do pracy. Ew. obicie tego starego klęcznika trzeba jeszcze nieco naprawiać, bo podniszczone - spróbuję też a la IKEA, kupiłem "obicie" fotela POANG, szybciej i taniej niż szukanie fachowych gąbek, tkanin, itd. itp.

Skala sprzętu JVC/Curry z notki, w oknie kuchennym. Przy okazji wczorajszy #skyporn oraz orchidełki młażony. No i w końcu widok na rolniczo-wiejską Irlandię, a nie na "wiejską" = biznesowo-kontenerową, jak w poprzedniej chałupie.
Z zabawnych rzeczy co do robo-odkurzacza - jak się nie ma appki, zdrapki, Alexy, i całego mambo-dżambo, to mieszkanie z jetbotem przypomina mieszkanie z małym dzieckiem: jeśli coś słychać, jest luzik, ale kiedy zapada cisza, trza iść sprawdzić, co tam się stało, i czy gówniak coś właśnie zbroił. Bo alarm jetbota to cichutka trzytonowa melodyjka, i nie słychać jej nawet przez pół domu. Ewidentnie jego wrogiem są pokątne kable zapomniane na podłodze oraz oczywiście przegrał walkę z bandażem elastycznym, który spadł z szafki. Ale np. wygrał walkę z małymi rolkami do przewożenia mebli, zapomnianymi pod kanapą, gdzie udało mu się wcisnąć i rolki poprzepychać. Automacik dostarcza dużo pociechy oraz zaskakująco dobrze odkurza (widać w pojemniku i na filtrze); myślałem, że to raczej tylko froterka będzie, ale jednak to także porządny mini-odkurzacz.
Ogólniej, wstępny etap przeprowadzki zakończony, tj. przewieziona niewiarygodna ilość gratów. Teraz sprzątanie starej miejscówki, a rozkładanie się na nowej zajmie tygodnie, oby nie miesiące... Stąd nadal - nie liczcie na wysyp notek na blogu. A
tom drugi "Labiryntu" to będzie raczej na Nowy Rok, niż na święta boż-nar. Oby.