We wrześniu trafiło się parę wypadów terenowych pod wezwaniem "szybko, zanim dopadnie nas irlandzka jesień!":
1) Mourne Mountains
Do Irlandii Północnej jeździmy przeważnie tylko na zakupy, bo większość z tego, co warto tam zobaczyć turystycznie, zobaczyliśmy lata temu. Ale parę kawałków zostało do przebadania, na przykład półwysep w południowo-wschodniej części, którego nasada przebiega od Newry do Newcastle (zdaje się, są ze cztery Newcastle na Wyspach...). Półwysep wypełnia sporo górek i dołków w typie beskidu szkockiego. Najwyższe Mourne Mountains (ok 1000m) spoko widać z irlandzkiego wybrzeża, na północ od Dublina, gdzie często bywamy.
Widok z Balbriggan na Mourne Mountains
Najzabawniejszy Lidl świata (Newcastle)
Port rybacki Kilkeel
Zalew Spelga, wysoko nad okolicznymi dolinami
Newcastle okazało się raczej ąę kurortem niż miasteczkiem irlandzkim, i akurat był jakiś festiwal i kupa ludzi, więc nie zatrzymywaliśmy się (ale tego Lidla w dawnej wiktoriańskiej stacji kolejowej nie dało się przeoczyć). Trasa nad morzem, na wschodnim wybrzeżu, była bardzo miła. Miasteczka jak Kilkeel senne i w niedzielę pustawe, ale też miłe. Przejazd zygzakiem przez górki przypominające Szkocję bardzo przyjemny. Ogólnie, zacnie; jeśli ktoś będzie samochodem zasuwał Belfast - Dublin przy dobrej pogodzie i wypadnie mu z pół dnia wolnego, poleca się "objazd" przez ten półwysep i Mourne Mountains (na pewno ciekawszy niż przez centralną Irlandię w stronę niezbyt dostępnego Lough Neagh).
2) Avoca - Arklow
Górki Wicklow na południe od Dublina mamy przejrzane, ale zawsze można pomyszkować nieco bardziej; tym razem przelecieliśmy się aż po dolinę Avoca i miasteczko Arklow na wybrzeżu.
The Meetings - rzeki Avonbeg i Avonmore zlewają się w Avoca
Plaża w Arklow, młażona dla skali
Ponton w porcie rybackim Arklow
Grobowiec rodu Howard pod Arklow, prapradziad miał fioła na Egipt
W okolicy Avoca kiedyś było mnóstwo kopalń (i nadal coś tam jest), eksportujących rudy, przez bliskie wybrzeże w okolicy Arklow; można to zwiedzać i myszkować do upadłego, ale tym razem tylko przejechaliśmy się malowniczymi górkami i dolinami. W których płynie do morza wiele rzeczek, zlewających się w rzeki, takie nieduże Dunajce (jw. koło The Meetings). Wiele ciekawych miejsc, pomników, zakątków. Samo Arklow, spore miasteczko nadmorskie, powiedzmy normalne, jak na Irlandię. Ze dwie plaże, dwie mariny, umiarkowane ciekawostki na miejscu i w okolicy (jak to mauzoleum - piramida hrabiów Howard, BTW to ma z 10m wysokości...).
3) Victor's Way
Na obrzeżu górek Wicklow jest miejsce, które troszeczkę rozwala mózg i ugina Rzeczywistość. Pan Victor Langheld, pochodzenia niemieckiego, po odziedziczeniu fortuny, wydał ją na dokładne osobiste przebadanie wszelakiego dalekowschodniego życia duchowego, w Indiach, Tajlandii, Japonii, na Sri Lance, od hinduizmu po buddyzm, i wiele panteistycznych rzeczy pomiędzy, przez dekady. Na stare lata osiadł w Irlandii, wpadł na pomysł miejsca medytacyjnego - galerii, z własną interpretacją tematów religijno - filozoficzno - symboliczno - wszelakich, w formie imponującego parku pełnego niesamowitych rzeźb, jego projektu.
Tańczące Ganesze
Topielec
Zasuszony Budda (pierwsza rzeźba zrobiona dla parku)
Co Budda ma za przepaską...
Siwa
Polana z Paluchem, młażona dla skali
Paluch
Tron mądrości, który powinien być pusty, ale co chwilę jakiś głupek na nim siada...
Żeby było jeszcze dziwniej, park jest dedykowany Alanowi Turingowi (temu od komputerów) i rzeźby mają adekwatne wstawki i dostawki (tu telefon Nokia, tam BASIC, itp), czasem też jakieś zupełnie "z czapy" czy "żartobliwe". Rzeźby są mega-solidne, większość to granit, niektóre większe brąz (z części), to nie jest skansen, tu nie ma lipy, wszytko jest kosztowne i trwałe, i na-maksa-hej. Co ciekawe, granitowe rzeźby Victor zamawia w Tamil Nadu, na dzielnicy, gdzie byłem na delegacjach... ten świat jest mikroskopijny.
Park ilustruje drogi duchowe i ich stopnie, czy progi, w synkretycznej, symbolicznej, i maksymalnie dramatycznej wizji projektanta i właściciela. Ilustracje powyżej to te
łagodniejsze; połowa ludzi (BTW dużo Hindusów odwiedza, zapewne z ciekawości, albo i w nadziei na symbole po prostu religijne) zawraca ze ścieżek w parku/lesie z powrotem do "wstępnej", otwartej części na "polanie" (te Ganesze powyżej). Park absolutnie nie nadaje się dla małych dzieci i pikniki rodzinne (i w tym kierunku anty-piknikowym przeformułował go właściciel parę lat temu; stąd opłaty i konieczności zakupu biletu przed wizytą, z ograniczoną liczbą odwiedzających, itd.). Ogólnie, poleca się, w sensie - warto zobaczyć, co może zrobić zdeterminowany człowiek, mający jakąś kasę, i własną oryginalną wizję, hm, wszystkiego. W sensie filozoficznym, czy wykonania, 10/10. W sensie religijnym, czy estetycznym, może budzić uczucia ambiwalentne.
I o to mu chodzi.
Szczegóły:
Victor's Way, Wicklow, Ireland. Dostęp bez samochodu bardzo trudny, tzn. pewnie można autobusami plus na piechotę, ale.
4) Tullamore
Grand Canal nie jest aż taki wielki...
Obiekt okazały, ruch na jesieni - niewielki
Obiekt okazały, ruch na jesieni - niewielki
Miasteczko Tullamore jest bardzo fajne, prawdziwie "staro-irlandzkie", a nie jak np. Ashbourne koło którego mieszkamy (z wioski w małe parędziesiąt lat zmieniło się w miasteczko niezbyt fajne, w porównaniu; w sypialnię Dublina), czy niektóre miasteczka na wybrzeżu, które są bardziej nadętymi kurortami, z niezdrowymi ambicjami, niż żywymi miasteczkami. Tullamore było "od zawsze" ważnym węzłem transportu (przy Grand Canal, łączącym wybrzeża; tu rozchodziły się trakty z Dublina na zachód i na południowy zachód), nadal jest bardzo żywe, wygląda dobrze, trzyma się nieźle. Ma troszkę przemysłu; przemysłowo-handlowe zaplecze rolnictwa w centralnej Irlandii; ze dwa ministerstwa, bo Irlandia ma politykę decentralizacji rządu.
Oraz znana gorzelnia koncernu Grant, czyli Tullamore Distillery, robiąca popularną gorzałkę Tullamore D.E.W. Obiekt na zdjęciach to nowa, wypasiona gorzelnia, ze sklepem firmowym i centrum turystycznym (ale -87pkt za brak restauracji/kawiarni) przy obwodnicy; stara gorzelnia była w miasteczku, jest przekształcona w muzeum. Dużo sentymentu - jeden z ulubionych alkoholi; jeden z projektów, który był
max wyzwaniem i wyszedł nieźle, akurat dla Granta w Szkocji (na koniec dostałem od ich project managera flaszkę Tullamore DEW, w środku Speyside, co było obrazą boską, single malta, i dobrze, że Szkoci nie widzieli).
Zamierzamy Tullamore i okolicę jeszcze bardzo dokładnie przebadać, bo na wieś pod Tullamore niebawem się przeprowadzamy.
(Jak dało się zauważyć, blog nieco się zawiesił, bo jw. były wycieczki oraz szukanie mieszkadła; Mały Aczkolwiek Poważny projekt w pracy trza wyfedrować; a zaraz będzie przeprowadzka. I "Labirynt" też gdzieś tam się pisze, oby wyszedł na Boże Narodzenie. Stąd nie spodziewajcie się w najbliższym czasie notek tak często jak kiedyś.)