...czyli nieco kalka z angielskiego, bo jak to mówią, bywa "shit to the brain", czyli napływ gówna do małych rozumków. Czyli moja kolekcja fakapów marynistycznych, ale
raczej technicznych niż sricte militarnych; a nawet - raczej o konkretnych rozwiązaniach, broni, okrętach, niż o rzeczach "systemowych" czy motywowanych doktryną, politycznie itp.
Piszę na tagu "rapiery" a nie "marynata", bo chociaż obracać się będę w marynistyce, powiedzmy I połowy XXw., to nie jest to notka o "ludziach a morze", ale raczej - co potrafi dobrze rozwinięta organizacja, a nawet biurokracja, spierd... wielostronnie i wielkokosztowo, czasem kosztem życia i zdrowia marynarzy a nie tylko monetek podatników, akurat na przykładach z czołowych flot. I jak bardzo potrafi się nie przyznawać do porażek, a nawet - ciągnąć temat przez lata, pomimo, że
wszyscy wiedzą, że jest fakap. Bo przecież nie obwiniam ludzi za podejmowanie ryzyka technicznego czy R&D, i ew. wtopy, ale raczej - za błędy, których można było uniknąć; oraz wszelkie błędy poznawcze i głupoty po prostu, jakie przy okazji wyłażą ze stad małp naczelnych. Wiem, wiem, ambicje, kasa, władza, oraz "zespół bardzo inteligentnych ludzi ma sumaryczną inteligencję równą IQ najgłupszego z nich podzielonego przez ilość członków".
Miałem o tym notki przemysłowe przecież!
Jak się poczytuje o takich różnych spie...linach, to człowiek podziwia, że w ogóle cokolwiek pływa. Czy lata. Czy w ogóle jakakolwiek technika trudniejsza niż młotek nam działa. Jakoś.
No to lecimy, powiedzmy, od organizacji i fakapów mniejszego kalibru, bo i flot mniejszych i mniej zasobnych (ale nie będzie polskiej marynarki wojennej, no co to, to nie), po grube kloce.
1. Rosja
Można przebierać w fakapach floty rosyjskiej i radzieckiej jak w ulęgałkach, ale powiedzmy, mój numero uno to chyba pancerniki typu
Borodino, czyli pierwsza "rodzima" i największa seria carskich pancerników - przed-drednotów.

Jakby to ująć... niektórzy historycy uważają je za najgorsze pre-drednoty jak świat długi i szeroki, ale sama nie wiem, może nie widzieli osiągnięć francuskich z tej epoki (zdjęcie obok), które chciały przewracać się do góry kilem od samego patrzenia na nie? Zaraz zaraz, przecież Rosja zakupiła pierwszego poważnego pre-drednota
Carewicz we Francji, a serię
Borodino skonstruowano i zrobiono na jego wzór, tylko jeszcze nieco gorzej...
No nie wypiszę wam tu wszelkich wad tego złomu, bo książeczka by wyszła, ale wyobraźcie sobie marynistyczny ekwiwalent samochodu Łada, czyli auta "ulepszonego" przez Rosjan na fiacie, tylko zamiast fiata na renault, bo co za różnica w sumie. Tak mniej więcej wyszło im z
Borodino, to była Łada budownictwa okrętowego przełomu XIX i XXw.
Problem w tym, że Rosjanie zrobili ich z rozpędu 5 sztuk... ale nie musieli męczyć się z nimi zbyt długo, bo większość zatonęła zaraz w bitwie pod Cuszimą, jeden niedobity się poddał Japończykom;
Sława też nie przetrwała zbyt długo w starciu z Niemcami na Bałtyku. Można i należy rzecz jasna obwiniać za Port Artur, Cuszimę itp. akcje polityków, dowódców, załóg, i wszelkie okoliczności przyrody, ale nie zapominajmy, że Rosjanie pływali na złomie i to na własne życzenie.
2. Włochy
Silnym kandydatem do włoskiej mega-spierdoliny marynistycznej było znane ślinienie się Włochów na szybkie (przy okazji - eleganckie) okręty za czasów rozbudowy floty przed 2 wojną. A jeśli klienci mają zajoba na coś a la ferrari, to oczywiście włoski przemysł z rozkoszą dostarczy im coś a la ferrari. Będzie to przepłacone, niestabilne (bo szybki okręt musi być "długi i wąski", fizyki się nie oszuka), niewygodne, z przekombinowanym wyżyłowanym na maksa "silnikiem", itd. przy okazji - klasycznej włoskiej jakości. No ale jak się np. płaci znane z góry bonusy stoczniom za przekroczenie projektowanej prędkości maksymalnej okrętu (w szczycie głupoty - 1mln lirów (ok 50k$) premii za każdy 1 węzeł ponad prędkość maksymalną, osiągnięty
na próbach, i jest to ładne parę procent ceny okrętu), to się dostaje dokładnie to, na co się zasłużyło. Oraz nigdy nie umawiajcie się na z góry znane bonusy od przekroczenia różnych parametrów zlecenia przez zleceniobiorcę, bo 8 razy na 10 dostaniecie fakap, który był do przewidzenia, 9 raz to będzie zupełnie nowe i unikalne światowe osiągnięcie dostawcy w robieniu was w wała, a raz na jakiś czas może będzie z tego pożytek. Ale raczej nie.
No ale to było powiedzmy bardziej zesranie systemowo-polityczne niż techniczne - z techniki wybieram bramkę pt. "wiadomo jak się robi wieże działowe, ale my je zrobimy lepiej! a jeśli nam nie wyszło, zrobimy ich WIĘCEJ!1!", czyli artylerię główną ciężkich krążowników włoskich sprzed 2WŚ i w jej trakcie.
Same działa 203mm zrobione w latach '20 XXw. najpierw w wersji długości 50 kalibrów, potem nawet 53 kalibrów, tj. bardzo długie, o wielkiej prędkości początkowej pocisków, były naprawdę bardzo dobre - chyba zaryzykuję tezę, że były to najlepsze 8" działa na świecie w momencie wejścia do służby, a nawet znacznie później chyba tylko niemieckie 203mm z krążowników typu "Admiral Hipper" były porównywalne. I nie tylko na papierze, ale "w metalu" też. Bo nie jest tak, że Włosi wszystko robią źle, bo zawsze robili źle - tego nie mówię, miewali i miewają fenomenalne konstrukcje i podejście, szczególniej metalurgiczno-ślusarskie, że tak powiem. Ale potem często dorzucają do tego "w gratisie" włoską jakość i domieszkę spierdoliny, i mamy typową włoszczyznę.

Włosi w krążownikach ciężkich w latach '20 wsadzili te genialne działa w wąskie eleganckie wieże zdwojone (bo "wąska okręta szybka okręta!"), dwie lufy we wspólną kołyskę, czyli dwa działa BARDZO blisko siebie (dla niezorientowanych - większe działa w tych dużych wielodziałowych wieżach okrętowych typowo "łożyskowano" niezależnie, każde miało własną kołyskę, niezależne naprowadzanie w pionie, ładowanie, itd). Bo czemu nie. Choć było dość powszechnie wiadomo, że to niesie problemy, i że pewien odstęp między strzelającymi na raz sporymi działami (i ich pociskami w locie...) to rzecz słuszna i zbawienna, Amerykanie przekonali się o tym nieco wcześniej... Ale kto by studiował cudze działa czy testował rozwiązania nowatorskiej wieży (bo skądinąd było tam sporo innych nowości, które pomijam) na jakichś wypasionych prototypach. Robić, nie gadać!
Okej, zmontowali ze dwa krążowniki (
Trento i
Trieste) z takimi wieżami. Odkryli, że pociski superwypasionych dział lecą tam, gdzie se chcą, a nie tam gdzie celowano czy tak jak planowano (bo takie rzeczy jak dyspersja artylerii planuje się i to nie od wczoraj). Zaczęli robić próby, zmniejszać prędkość wylotową, przekonstruowywać pociski, itd. itp. No niezły fakap niedorobionego R&D, co nie, ale nie w tym jest właściwa przetoka gówna do mózgu włoskich konstruktorów i marynarzy (gówna wydajnie pompowanego przez menagemendy firmy i stoczni Ansaldo, głównego wykonawcy, dobrze wkręconego w faszystowskie układy i układziki) - problem w tym, że nieustannie niemrawo gmerając przy całkiem dobrych działach, zmontowali tych zepsutych wież, mniej więcej, 30. Tak, około TRZYDZIESTU czy nieco ponad (4x7 krążowników plus trochę dla baterii nadbrzeżnych), przez DEKADY.
I to się nazywa upór! niech się legendarnie uparci starożytni Rzymianie schowają w porównaniu.
3. Francja
Z francuską techniką czy flotą jest mi nie po drodze na zasadach ogólnych, o ile np. dla Włochów mam trochę zrozumienia i moim zdaniem często miewali i miewają przebłyski technicznego geniuszu, równoważące nieco ich fakapy, to we francuskiej myśli i wykonaniu nie widzę nic ciekawego czy "dobroci", a jakieś zupełnie pojedyncze osiągnięcia nijak nie równoważą dziwolągów i zdupnych pomysłów, podstawowego nieogaru czy nijakiego wykonania. Tak, wiem, jest wielu fanów francuskich okrętów czy samochodów itp., ale umówmy się, to, że coś jest dziwne i inne, to jeszcze nie jest dla mnie zaleta, bo powinno działać.
Z francuskich niedziałających osiągnięć marynistycznym numerem jeden są dla mnie bez wątpienia działa 380mm pancernika
Richelieu. W teorii działa były zaledwie nijakie takie - powiedzmy, trudno się zwilżać czymś tak "zwykłym" z 1935, mając w pamięci, że dobre działa 15"/45 Royal Navy wdrożyła w 1915. Stąd wydawałoby się, że o 20 lat opóźnione rozwiązania w wyścigu zbrojeń, w dużym kraju mającym przecież jakiś potencjał techniczny i spore tradycje artyleryjskie, powinny być poprawne co najmniej, nawet jeśli nieefektowne.
Pancernik
Richelieu był mocno opóźniony w budowie, w zasadzie był jeszcze na próbach morskich i artyleryjskich, kiedy Francja padała pod naporem Wehrmachtu w 1940. Strzelano z pancernika zaledwie parę razy, zapasy amunicji i ogólne na okręcie były znikome, kiedy przyszło zwijać się do Afryki;
Richelieu trafił aż do Dakaru na zachodnim wybrzeżu, a nie do wielkiej bazy koło Oranu na M.Śródziemnym. W Dakarze nie było środków czy warunków na jakieś dalsze próby czy testy czy sensownych zapasów, zresztą, flota francuska zamarła po poddaniu Francji i objęciu zarządu przez marionetki z Vichy.
Stąd nie mam zamiaru obwiniać marynarzy czy bezpośrednich dowódców za to, co się stało w czasie próby zajęcia Dakaru przez Wolnych Francuzów i aliantów (dla nieobeznanych z niuansami historii 2WŚ - była to nieco inna akcja i na innych motywach, niż te niesławne "neutralizujące flotę" bratobójcze walki w Oranie czy prawie-walki w Aleksandrii). Ale konstruktorów i "zarządzanie", owszem, poobwiniam z rozkoszą.
Richelieu w Dakarze we wrześniu 1940 miał połowę obsady głównej artylerii spieszoną do obsługi baterii na lądzie, więc strzelała tylko jedna z jego wielkich poczwórnych wież. Przy pierwszej salwie wieży II wyjebało oba prawe działa, nr 7 literalnie poszło w drzazgi (to czego brakuje na zdjęciu...), nr 8 "spuchło" na 8m długości... Pozostałe 2 działa coś tam strzelały, ale raczej niemrawo i "może lepiej nie", no ciekawe czemu.
Następnego dnia załoga przeniosła się do wieży nr I, z której strzelanie okazało się znacznie bezpieczniejsze - bo proch z magazynu I był słabszy niż standard (z wieży II był nieco mocniejszy niż standard...). Ale przez niestandardowe ładunki miotające, tak w ogóle "przerobione" z odzysku, z zapasu zostawionego jakoś rok wcześniej w Dakarze przez
Strasbourg, było trochę trudno w cokolwiek trafić, więc nic nie trafili (z nieruchomego okrętu...). Na marginesie, no jak można nie ogarniać w wiekowej i sporej flocie prozaicznych standardów produkcji, magazynowania i utrzymania wielotonowych zapasów prochu dla wielkich dział, co nie - ale nie w tym najwyższy przypływ guana do małego rozumku.
Parę dni po bijatyce z Anglikami, działa wieży II trza było rozładować, bo zostały załadowane po pierwszym dniu. Rozładowanie 15" działa nie jest trywialne, więc przeważnie po prostu się z niego strzela gdzieś w morze. No to se strzelili. No to działo nr 5 "spuchło" podobnie jak nr 8. Wtedy Francuzi się poddali, i rozładowali nr 6 "ręcznie", co ani bezpieczne, ani łatwe (samo otwieranie zamka to ryzyko, że "to jebnie, koleś"; potem prawie 300kg prochu z dodatkami trza ostrożnie wypłukać z zamka, a potem wyrwać prawie 900kg pocisk dobrze zaklinowany w początku gwintu 380mm lufy...).
Więc te lufy jakieś gówniane chyba? A proch jakości niczym robiony nocą w szopie przez piromaniaka? Nie tylko, o nie.
Otóż okazało się, że główną przyczyną rozrywania się wielkich dział były ich pociski przeciwpancerne, a nie problemy z działami. Gdyż jakieś francuskie wredniaki zaprojektowały w okolicy dna ciężkiego pocisku przeciwpancernego 4 gniazda na ładunki gazów bojowych... W praktyce nikt tego nie używał, ale były tam "pustki", zaślepione typowym deklem czy "korkiem" od dupy strony wielkiego pocisku ("korkiem" dającym technologiczny dostęp przy produkcji czy serwisowaniu pocisku, gniazdo zapalnika tylnego, itp).
Dekiel, mający z jednej strony wybuch 288kg prochu i nominalnie jakieś 3200bar (albo i nieco lepiej przy mocniejszym prochu...), z drugiej małe komory-gniazda o ciśnieniu atmosferycznym zamiast solidnego korpusu pocisku itp. podparcia, potrafił się rozlecieć w momencie wystrzału, a jego odłamki, "wystrzelone" przez puste gniazda "gazowe" - rozbić wnętrze pocisku i odpalić jego ładunek bojowy, tj. to, co miało rypnąć dopiero po przebiciu wrogiego pancerza. No wiecie rozumiecie, że nawet ułamkowe odpalenie ładunku bojowego pocisku we własnej lufie musi skończyć się z komentarzem Kmicica do kolubryny - "Naści piesku kiełbasy... tylko się nią nie udław". Albo jak na
Richelieu w Dakarze.
Rozwiązanie w szczególe tego wstrząsającego problemu było proste - zalać betonem gniazda "gazowe" i nowy lepszy "kapsel" na tył pocisku. Ale w ogóle, to w 1935 jakoś tak od 100 lat, jeśli nie dłużej, było wiadomo, że zostawianie pustych przestrzeni w ciężkich pociskach artyleryjskich to Bardzo Głupie (TM) Proszenie Się o Problemy (R). "Nic to, byle tylko nie myśleć!"
4. Niemcy
Komcionauta Gammon_No82 dopraszał się o niemiecki krążownik
SMS Blucher, ale wahałem się dłuższą chwilę, gdyż Kaiserliche Marine i Kriegsmarine to wbrew pozorom, czy zbyt wysokim mniemaniom o niemieckiej technice, też zacna kopalnia fakapów. Na przykład silnym kandydatem były ogólnie niemieckie siłownie okrętowe 2WŚ, na parę bardzo przegrzaną, które akurat bardzo wpisywały się w niemieckie kompleksy niemieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, czyli "przekroczymy rozwiązania konkurencji o +50%!1! (małym druczkiem) kosztem +100% zasobów/monetek i +200% problemów utrzymania czy utraty jakości w czasie". Jak se czytałem o tym jak spakowane były takie turbosiłownie parowe, z parą rzędu 450 stopni i 100atm i rozwiązaniami jak z jakiegoś reaktora jądrowego, szczególniej na tych nieco mniejszych okrętach, no to miałem przed oczami tego
porsche boxtera S który nam się wzespół zepsuł kiedyś. Ale chociaż jest w tych siłowniach znaczny potencjał nie tylko koni parowych, ale też śmiechu na sali, to przecież szczegóły tych różnych kotłów na 100bar zamiast na 30, czy BHP szukania przecieków pary >400 stopni (nie widać, słychać; a jeśli w hałasie maszynowni nie słychać, to nieco kiepawo, bo można zaraz poczuć jak tnie - osłony, jakieś kable, czyjąś rękę...), są jednak nudne jak coś nudnego.
Stąd może jednak zostańmy przy ostatnim niemieckim krążowniku pancernym
SMS Blucher. W początku XXw trwał wyścig zbrojeń morskich, który walnie przyczynił się do wybuchu I wojny. Jedną z gałęzi tego wyścigu był wyścig krążowników, które co parę lat puchły i robiły się większe, szybsze, lepiej uzbrojone, nieco lepiej opancerzone (bo to nie pancerniki jednak) - z "normalnych" krążowników (czyli przyzerowy pancerz, działa takie, żeby stuknąć każdego poniżej nas, oraz prędkość większa od tych, którzy mogą nas stuknąć), zrobiły się zaraz krążowniki pancernopokładowe, pancerne, w końcu krążowniki liniowe, czyli wersja ultymatywna - działa takie lub prawie takie jak pancerników, prędkość większa (czyli raczej duże okręty), pancerz, oczywiście, na ile zostało wyporności i karty kredytowej, wróć, książeczki czekowej.
Około 1905r. Niemcy miały już trochę w miarę normalnych krążowników pancernych i pancerników pre-drednotów, wiadomo było, że nadciąga kolejna generacja okrętów na deski kreślarskie, w powietrzu wisiały idee, które zaraz doprowadziły do postania angielskich krążowników liniowych czy
HMS Dreadnought. Czując pismo nosem, sztab morski i rząd jego cesarskiej mości, nie bez zainteresowania cesarza oczywiście (który Kaiserliche Marine traktował trochę tak, jak normalni ludzie hobby modelarskie), przepycha w budżecie 1906r. prototyp nowego potężnego "wielkiego krążownika", który ma zrównoważyć spodziewane niebawem na pochylniach nowe duże krążowniki Royal Navy.
KM robi wywiad i solidną analizę, że nowe bytolskie krążowniki będą takie a takie, zapewne z klasycznym układem 4x podwójne wieże, działa gdzieś około 9-9.2" czyli góra 8x230mm. Na co odpowiedzią ma być nowy okręt, a raczej prototyp serii, może nieco mniejszy, ale za to solidny, i z 12, tak, TAK, aż 12 działami w 6 wieżach; no ale z działami 210mm, bo 230mm to przesada, co nie. Ale tak czy owak wyyypas, 15tys ton, porządne silniki parowe potrójnego rozprężania, ze 25 węzłów prędkości. "Taaak, wypas po pachy!".
26 maja 1906 Reichstag klepnął decyzję floty i kasę na tajny wypasiony krążownik E, później nazwany
Blucher. Tydzień po przyklepaniu decyzji attache niemiecki w Anglii "znalazł" dokładniejsze dane projektowanych krążowników brytyjskich, wkrótce typu
Invincible, które przeszły do historii jako pierwsze "prawdziwe" krążowniki liniowe.
Okazało się, że nowe "wielkie krążowniki" Royal Navy będą miały raczej aż 20tys ton, ale też koło 25 węzłów, bo RN stać już na turbiny parowe, a nie coś tam z niemieckiej lokomobili, no i co najważniejsze, owszem, będą miały 4 wieże zdwojone, tylko że nie z działami około 9-9.2 cali, ale to co mają obecne pancerniki, czyli 12", czyli 305mm.

Reakcja sztabowców i konstruktorów marynarki niemieckiej oraz cesarza, na załączonym gifie; 1906, koloryzowany. Wyjaśnienie dla świeckich - szykujecie się do wyścigu na 1/4 mili z bliżej nieznanym cywilnym szrotwagenem, wy w waszej wiernej skodzie czy seacie 150KM, no może przeciwnik będzie miał pod 200KM, ale pewnie nie, za to wy macie konie solidne, nowe i niemieckie, i macie nadzieję się ładnie pokazać przynajmniej; a tu nagle wjeżdżam na start ja, cały na biało, tfu, na srebrno, w 300KM V8... I już wiecie, jak się Niemcy poczuli.
Ale ale - to, że się nie trafiło z nowym projektem w aktualny trend, czy nie doceniło możliwości przeciwnika czy konkurencji, to przecież nie grzech. Jak już kiedyś pisałem, w tamtych czasach masa okrętów robiła się przestarzała, zanim została ukończona. A powyższe zaskoczenie z krążownikami, to małe miki w porównaniu z tym, co się za chwilę stało w temacie pancerników, bo 1906 to przecież Wejście Smoka, czyli
HMS Dreadnought, i jeśli chcecie znać reakcję świata a nie tylko niemieckiej marynarki, to se obejrzyjcie gifa obok ze 20 razy... i wiele flot miało nagle kosztowne ze 4 nówki pre-drednoty, błyskawicznie przestarzałe.
Więc gdzie jest ten nagły przypływ gówna do mózgu? Ano w tym, że
Blucher nie zrobił się "nieaktualny" po 5 latach służby, niestety, zamiast 20. Nie zrobił się nieaktualny, zanim wszedł do służby. Nie zrobił się nieaktualny, zanim zszedł z pochylni. On się zrobił nieaktualny, ZANIM POŁOŻONO STĘPKĘ. A niemiecka władza, biurokracja i kompleks morsko-wojenny były takiej klasy pojebania, że JEDNAK GO ZACZĘLI I ZROBILI, zamiast po prostu go skreślić, i nie marnować pieniędzy na bardzo kosztowny prototyp o wartości eksponatu muzealnego JUŻ NA DESCE KREŚLARSKIEJ.
Sława!

Co do kariery
SMS Blucher, to nie chce mi się rozpisywać, bo była normalna, tyle że z tragicznym finałem. Wyszedł im przecież normalny duży krążownik, "obciążony dziedzicznie", bo za dobry, żeby pływał z byle krążownikami itp., więc musiał pływać w zespołach z krążownikami liniowymi, które Niemcy zaraz zaczęli produkować, i w których był wielostronnie "za słaby". To "niedopasowanie" w zespołach obwinia wysokie dowództwo Hochseeflotte, ale nie za bardzo, no bo mało kto potrafi się powstrzymać, żeby przypadkowo pośredni "projekt" używać w jednej klasie z tymi słabszymi, a nie z tymi lepszymi rozwiązaniami; podobnie miała Royal Navy i inni.
Więc
Blucher próbował nadążać i "dawać radę" z okrętami następnej generacji, i nawet jakoś tam szło, przynajmniej do I wojny światowej - stycznia 1915 i starcia krążowników na środku Morza Północnego, czyli bitwy na Dogger Bank. Niemcy zdecydowali się na "wymiatanie" Dogger Bank z angielskich sił lekkich i rozpoznawczych przy pomocy eskadry krążowników liniowych i eskadry krążowników lekkich; w to wszystko zaplątał się też
Blucher.
Anglicy rozszyfrowali nieco komunikację, tudzież zamiary niemieckie, i skontrowali rajd Niemców DWOMA eskadrami krążowników liniowych z obstawą, mniej więcej przewagą 2:1. Już nie mówiąc o tym, że przewaga artylerii brytyjskiej była taka, że brytole otwarli ogień z 18km i strzelali do Niemców, głównie
Bluchera na końcu szyku, przez jakieś 20 minut, zanim w ogóle weszli w zasięg dział niemieckich. A co było wtedy trudne do uwierzenia dla Niemców, bo nikt nie strzelał się jeszcze z tak wielkich dział na tak wielkie odległości, obramowali
Bluchera już po kliku salwach...
Stąd Niemcom przyszło spływać w podskokach, a niestety,
Blucher ze swoimi 23 wezłami z 1906 był najwolniejszym zawodnikiem na boisku, gdzie standardem zrobiło się raczej 27 węzłów, czyli Anglicy doganiali go truchcikiem. Po paru trafieniach i spowolnieniu
Bluchera jeszcze bardziej, admirał Hipper z bólem serca, ale i bez wyjścia, kazał przyspieszyć i zostawić przestarzałego pechowca na pastwę Royal Navy. Twierdził, że rozważał przez chwilę zawrócenie zespołu i jakąś akcję odciążającą biedaków na
Blucherze, ale odpuścił podchody z flanki, bo zaraz mógł się znaleźć na tej flance w szczękach dwu zespołów brytyjskich i trzon krążowników liniowych Kaiserliche Marine nie wróciłby do portu...
Blucher walczył dzielnie, na ile mógł oczywiście; nawet się odgryzał, ale jak wyżej tłumaczyłem świetną analogią samochodową, nawet jeśli nie było to przyniesienie noża na strzelaninę, to powiedzmy, było to przyniesienie karabinka sportowego przeciwko paru gościom z kałachami. Np. trafienie z 210mm
Bluchera w wieżę działową na
HMS Lion, spowodowało jej porysowanie i ogłuszenie na chwilę obsady i tyle; no dobra, Niemcy przywalili nieźle brytyjskiemu niszczycielowi, który się zaplątał na ten ring wagi cięższej. Za to trafienia 305mm z angielskich krążowników zaraz totalnie zdemolowały
Bluchera, wykończyły go torpedy lekkiego krążownika.
A na koniec w czasie akcji ratowania niemieckich rozbitków, przyleciał zeppelin L-5 i stwierdził "Zbombardujemy to państwu hurtowo!", więc Anglicy odpłynęli...
Za taktycznie nierozstrzygniętą (bo straty po obu stronach były porównywalne, no, poza pechowym
Blucherem) ale strategicznie przegraną przez Niemców bitwę, posypały się głowy w niemieckim sztabie; cesarz wściekł się i zabronił wychodzenia jego ukochanej floty z portów, bez jego zgody. A po stronie angielskiej rozważano m.in, że niemieckich okrętów jednak nie można lekceważyć, skoro taki
Blucher wziął na klatę kilkadziesiąt najcięższych pocisków, zanim zatonął... Skądinąd RN i w ogóle Brytyjczycy mieli szacunek dla załogi
Bluchera walczącej do końca w nierównej walce, np. kapitan Erdmann, który został uratowany z tonącego krążownika, ale zmarł w niewoli na zapalenie płuc, został pochowany z pełnymi brytyjskimi honorami wojskowymi.
Za niepotrzebną śmierć jego 792 marynarzy można obwiniać wielu, ale należałoby zacząć od tych wszystkich niemieckich polityków i urzędasów z 1906r., od cesarza po jakichś gryzipiórków rządu i Reichstagu, którzy nie mogli, no nie mogli po prostu, nie wykonać niemieckiego planu i projektu - tych wszystkich z gównem zamiast mózgu.
(niestety, część druga - nieunikniona)