Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 12:52
@igor, Lem Może tak - rozumiałem o co mu chodzi i...

igor - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 08:36
Lem o tym pisał w latach 90. A ja (i, w zasadzie,...

Boni - Trzeba siać
Fri, 14 Sep 2018 21:01
@zz_top IĆ STOND! właśnie się dziś...

zz_top - Trzeba siać
Fri, 14 Sep 2018 12:52
@Wolałbym, żeby tzw. ludzie rozumieli a nie ślizgali...

Gatling - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 12:21
Koraliki, bigle/zapinki/inne komponenty, dużo metrów...

Boni - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 11:23
@Gatling @sroko-chomiki Zdefiniuj "skład...

Gatling - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 11:18
Oj bo na koralky.cz mają co jakiś czas wyprzedaże...

Boni - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 10:34
@Gatling "Panie, czy pan mnie usiłujesz obrazić?",...

Gatling - Dialogi
Sun, 9 Sep 2018 17:03
Koraliki japońskie, unless Preciosa wypuściła...

hellk - Top gun
Mon, 3 Sep 2018 16:12
@bibliografia Jakieś 10 lat temu dostałem od...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2014-06-28, sobota
Tagi:  przemysł, fun
___________________________________
Na tle bieżączki przypomniała mi się dzisiaj wczoraj pewna przemysłowo-psychologiczna anegdota i sprzedałem ją ziomalowi na uruchomieniu, więc i wam sprzedam (miałem już dawno, ale nie była dostatecznie przedawniona, że tak powiem) - ostrzegam, że będzie długo i miejscami nudno.

Dawno dawno temu, za dwoma morzami, była sobie maszyna, która robiła wszystko na literę N, wróć, to inna bajka, była maszyna, która robiła niewiele, ale też na literę N jak nitowanie. Był to full automatyczny automat, zupełnie bezludny, do nitowania drobnych styków elektrycznych (blaszka 25x5mm a na jej końcu nit-styk) - czyli dwa podajniki (blaszek i nitów), mechatronika nakładania elementów na "wózki", obiegające maszynę; nieduża nitownica rotacyjna (coś jak średnia wiertarka kolumnowa); osprzęt do kontroli jakości i wyrzutniki dobrych - złych sztuk, plus sterowanie. Dla ustalenia uwagi, jakość elementów (nitowania) oceniana była w małych setnych milimetra, co jak na tę fabrykę, komponenty i zagadnienie, było raczej ostre. A wydajność (szybkość) założona też była nieco z czapy.

Dla dalszego ustalenia uwagi, całkiem spory dział, więc maszyna też, podlegał A., jednemu z bardziej ekstraordynaryjnych managerów, jakich w życiu spotkałem. W osobie tej zbiegło się bardzo wiele bardzo sprzecznych cech i dziwnych zjawisk z zakresu psychologii. Można by powiedzieć "pasywno agresywny", ale może też "skuteczny pedant", a może "grzeczny acz uparty", a może "geek który wyhodował sobie za dużo miękkich skilli", a może "spokojna pewność siebie", a może "dobrze zamaskowany socjopata", a może "wszystko naraz". Generalnie, materiał do badań, a nie na lidera; choć, jak się wtedy niejednemu wydawało, dosko materiał na szefa działu.

Wracając do maszyny - odkąd ją poznałem, dawała wszystkim w koło wyraźnie do zrozumienia "pierdolę, nie robię". A już na pewno nie w założonych tolerancjach. Rzucony w nowej pracy na odcinek walki z blaszką i nitem, po niezbyt długiej rozkminie, dowiedziałem się wielu interesujących szczegółów. Na przykład jak wieść warstatowa niosła, maszyna powstała jako pierwszy duży projekt w małej firmie, która wypączkowała w Danii z głównej siedziby pracodawcy; firmie założonej w stodole przez paru ludzi, którzy odeszli na swoje itp. I generalnie, firma na tej maszynie uczyła się sterowniczo-mechatronicznej roboty - zaprawdę, trudno było się z tą ideą nie zgodzić. Inna plotka głosiła, że maszyna nigdy nie działała do rzeczy (dlatego na co dzień zastępowały ją dwa półautomaty, z ręczną obsługą), a wykopano ją do PL na zasadzie "jak będziecie się nudzić, to spróbujcie zrobić z nią porządek".

Tyle, że z powodu paru grubych błędów projektu, paru drobnych szczegółów mechaniki, zużycia paru kosztownych i trudnych do wykonania elementów (podajniki wibracyjne), niezwykle upierdliwego sterowania (PLC i pneumatyka z bardzo koszmarnego koszmaru), porządku zrobić się z nią nie dało. A nie pomagało też, że gdzieś w międzyczasie maszynę uproszczono (pierwotnie podawała płaskie blaszki, wyginała je i nitowała - zrezygnowano z praktycznie niemożliwego powtarzalnie wyginania, na rzecz blaszek wygiętych porządną prasą przez dostawcę - ale wtedy zastrajkowały wszystkie podajniki i chwytaki, projektowane i tak nieudolnie, ale do prostych blaszek itd.), co przyniosło kolejny rzut problemów.

I ta wredna i przekombinowana maszyna z miejsca stała się obsesyjką, idee fixe i dyżurnym problemem managera A. który za punkt honoru postawił sobie doprowadzenie jej do kultury i pełnej produktywności - oczywiście, argument, że zastąpiłaby coś koło trzech etatów na nitownicach, miał dla wyższego szczebla nieodparty urok. Działania A. przejawiały się głównie tym, każdy nowy technolog w jego dziale, tudzież każdy dostępny zasób z utrzymania ruchu, był przydzielany na odcinek rzeczonej maszyny (nieco uprzedzając fakty - przewinęło się nas pięciu czy sześciu przez lata, plus paru ludzi z warsztatu, plus ze dwie firmy zewnętrzne). Tudzież A. z właściwym mu uporem nieustannie wiercił dziurę w brzuchu umoczonym w temat osobnikom.

Za mojej "kadencji" zdołałem rozkminić i poprawić nieco popieprzony program, w mechatronice - ustalić co koniecznie trzeba zrobić, co nie da się zrobić bez wydania zyliona peelenów i przebudowy podstaw, co zrobiono i spierdzielono (tu nastąpiła kłótnia z podwykonawcą o mocy 1.7ndb, czyli noga-dupa-brama), no i coś tam poprawiliśmy z kumatymi ludźmi z warsztatu. Oczywiście, działać sensownie jako kompleksowy automat i tak nie chciało, naprawienie/poprawienie nawet 90% automatu niekoniecznie czyni go sprawnym a nawet działającym - a my tkwiliśmy w jakichś 30% problemu. Ale nie był to problem, który by mi spędzał sen z powiek, podejście miałem wyluzowane; pasywno-agresywne zagrywki jak serwowane przez A. imały się mnie ostatnio w innym życiu, we wczesnych latach '90, więc robiłem co mogłem w czasie "wolnym", ale bez większych napinek czy nadziei.

Po paru miesiącach zabaw, wydaniu jakichś pieniędzy itd. po kolejnej nasiadówce, na której A. wylał próżne żale, dopadł mnie mój szefu (Duńczyk i mechanik skądinąd), że jest taka sprawa, że A. się ciska i o co tak naprawdę kaman. No to zaprowadziłem go za rączkę do maszyny i zrobiłem mu mały tour de chujoza. Zareagował podręcznikowo, rasowy manager w obliczu problemu przedstawionego przez negatywnie nastawionego podwładnego - pytaniem "jakie są twoje propozycje rozwiązania tego problemu?". No ale miałem już wtedy nieźle wykształcony gruczoł asertywności, więc nie ze mną te numery Peter, i moja odpowiedź skrócona brzmiała "Złomować". O ile mnie pamięć nie myli, szefu mi nieco przysiadł z wrażenia, i poszedł w niepewny śmiech, że może żartuję. Ale z kamienną twarzą wyjaśniłem, że bynajmniej - zdemontować nitownicę na zapas do półautomatów, PLC i część pneumatyki na zapas ogólny, a całą resztę automatu wielkości małego vana, wysłać w tak zwane pizdu. Mniej więcej na tym zakończyła się nasza rozmowa i moje umoczenie w "projekt".

Oczywiście, nie zakończyła się na tym historia, gdyż wsadzono w temat kolejnego technologa (bo bliskie kontakty z A. powodowały, że technologowie ekspresowo mu wyciekali do innych działów rozwijającej się fabryki i R&D), przydzielono kolejnego człowieka z warsztatu, przerobiono kolejne części, zamówiono inne, itd. Ja zapewniałem już tylko serwis i zmiany od strony oprogramowania i sterowania, na życzenie zainteresowanych.

O ile pamiętam, gdzieś w tych okolicach nastąpiła sub-anegdota pt. "Gdy maszyna się zacina czy coś, to niby program sygnalizuje i zapala migacz, ale tego nie widać, setterzy z linii montażowej to ignorują, warsztat to ignoruje, maszyna nie robi, i tak być nie może, Boni zrób coś z tym" - "O'rly? Warsztat maszyny nie widzi, chyba że akurat się kręci po linii, a już ustalono, że nie możesz na stałe postawić mechanika przy niej. Więc to twoi ludzie ignorują zacięcia itp. więc zdyscyplinuj ich" - "Mówią, że nie widzą dlatego nie podchodzą, trzeba coś z tym zrobić, pronto" - "Pronto to tylko jakiś sygnalizator akustyczny razem z migaczem" - "Natychmiast". Więc już parę telefonów i godzin później na maszynie wylądowała największa syrena od alarmu samochodowego, jaką udało się znaleźć w powiecie. Oczywiście, jakieś dwadzieścia minut później, po pierwszym zacięciu maszyny, A. wylądował znowu u mnie w biurze "Tak być nie może odłączcie to natychmiast!!!" i nie dziwię mu się, bo to zacięcie 110dB słyszałem przez szklane drzwi z jakichś 50m, a on miał maszynę prawie pod swoimi drzwiami. Skądinąd, jeśli myślicie, że taka syrena przyciągnęła uwagę setterów, no to jesteście w błędzie - raczej spowodowała, że pouciekali w bezpieczne miejsca, aby dalej od syreny i A.

Niespodziewany przełom w tej paroletniej zabawie nastąpił, gdy oczko wyżej nad A. nastał nowy-stary dyrektor, czyli człowiek, który wymyślił w latach '70 produkt, technologię, produkcję, maszyny itd itp pewnie łącznie z tymi pieprzonymi nitami na pieprzonych blaszkach; a potem awansował i zarządzał rzeczoną fabryką a nawet dywizją w Danii, przed rozparcelowaniem do PL itp. krajów drugiego świata; w Polsce wylądował na parę lat, dociągając do emerytury. Różnica była taka, że nie łykał bajerów finansowo-menadżerskich i cyferek jak jego poprzednicy i następnicy, gdyż znał fakty, zależności i procesy lepiej, niż ci którzy mu pociskali kit. W temacie omawianej maszyny, okazał się nemezis A. ponieważ postawił sprawę krótko - za ile, jakimi zasobami i na kiedy A. ma zamiar doprowadzić maszynę i proces do porządku, bo jak nie, to złomować i nie zawracać dupy. Czyli tak jak powinno to być postawione od samego początku i co nieśmiało sugerowałem. Jednak nikt nie wierzył zbytnio w to, że coś się zmnieni, maszyna była już nie problemem, a tradycją. Ale trzeba przyznać, że projekt dostał rozpędu od tego kopa - sam A. się zaangażował, oczywiście wciągnął też warszat i dawali jak stachanowcy. Deadline był o ile pamiętam Nowy Rok, i o ile pamiętam, przerwę bożonarodzeniową przedłubali na maszynie, walcząc z niezwalczalną mechatroniką.

Po Nowym Roku A. tryumfalnie ogłosił, że działa. Ludzie nieobyci zaczęli nieśmiałe oklaski, ludzie obyci, jak np. ja, pozostawali sceptyczni, bo takich ogłoszeń było już parę, średnio jedno rocznie. Około piątego stycznia było już wiadomo, że gówno tam, a nie działa. Nadludzkim wysiłkiem A. przeciągnął sprawę gdzieś tak do połowy stycznia, kiedy to wparował do naszego biura i smutno-pogardliwie rzucił "No to macie te papiery" tudzież rzucił na stół wypełnione formularze procedury złomowania. Byliśmy dzielni i zachowaliśmy powagę a nawet coś na kształt współczującej zadumy. Znaczy, do momentu wyjścia A. z biura, bo potem było coś na kształt zbiorowego "Yippee ki-yay, motherfucker!". A tę scenę, kiedy zaraz skoczyłem na warszat i rzuciłem chłopakom "1050 oficjalnie idzie na złom, odłączyć media, nitownica, PLC i blok zaworów do magazynu, reszta do śmieci", to możecie zobaczyć w Matrixie jedynce, kiedy Mouse wpada do kantyny i drze się "Morfeusz walczy z Neo!" i co potem nastąpiło. O ile pamiętam, Krzysztof odgrywał rolę Switch.

Po coś około pół godziny do biura wparował brygadzista warsztatu z tabliczką znamionową "1050" w ręku i info, że maszyna złomowana wedle rozkazu. Wybałuszyliśmy nieco ślipia i zapytaliśmy jakże to tak, 4m i coś ponad tonę, już odłączone, wydłubana nitownica i PLC, i wywiezione z hali?! Na co Michał dumnie oznajmił, że odłączona, wydłubano, wywieziona i POCIĘTA na parę kawałków, żeby przypadkiem KOMUŚ nie przyszła do głowy zabawa z nią od nowa. Zdaje się, było to najszybsze zgodne z procedurami złomowanie maszyny przemysłowej na świecie, a przynajmniej w przeliczeniu na kilogram-metr-sekundę.

I na tym historyjka się zakończyła - nie wiem czy tabliczka 1050 nadal wisi dumnie na warsztacie, ale jeszcze parę lat temu świeciła światłem nadziei, że nawet najbardziej psychopatyczne wersje błędu poznawczego "kosztów utopionych" ("sunk cost fallacy") muszą kiedyś się skończyć i sprawy przegrane zawsze w końcu zatoną.

Tyle, że szkoda utopionych razem z nimi lat, roboczogodzin, kilozłotych i zdrowia mobbingowanych ludzi.





Tarhim
Sat, 28 Jun 2014 10:55:31
Piękna historia.

korekta obywatelska: "geek który wyhodował sobie za dużo miękkich skilli"

Boni avatar Boni
Sat, 28 Jun 2014 20:29:12
Sorki, nie miałem siły tego o 2am przeczytać, ba, nie miałem siły napisać ;)

rozie
Sat, 28 Jun 2014 21:27:54
Zaiste piękna. Gorzej napisane książki czytałem (choćby "Pana Jędrusia wyprawa po zielone runo"), więc może kariera literacka? ;-)

Co do błędów: jest więcej (głównie litrówki). Polecam https://addons.mozilla.org/en-US/firefox/addon/spell-checker/ na tę przypadłość. Co ciekawe, akurat _tego_ błędu nie złapał. Lękam się zerknąć do słownika.

bzyk
Sat, 28 Jun 2014 22:59:14
Fajnie się czyta.
BTW, ja mam w robocie właśnie takiego przełożonego. Jest strasznie niestabilny. Bywają momenty, że jest luz, uśmiech na twarzy i pogaduchy przy kawce. A później obrót o 180 stopni, i ni z tego, ni z owego trzeba przy gościu składać ręce w lotos i wchodzić w tryb zen. W sumie można się przyzwyczaić, ale krwi to potrafi napsuć.

Boni avatar Boni
Sun, 29 Jun 2014 11:20:30
Dzięki za ciepłe słowa.

A. nie był niestabilny (takich też miewałem, zresztą, IMHO każdy miły człowiek przejdzie w tryb uruk-hai pod odpowiednią presją, no i IIRC osobowości typu borderline jest parę procent w populacji). Był stabilny jak skała ;) chyba najbliżej - geekowaty (megagadżeciarz i hobby:nowe technologie) spory asperger (pedant, hobby:kontrola jakości, control-freak, uparty jak [tu wstaw stereotypowo uparte zwierzę] i raczej niska empatia), który po dekadach się dosko zamaskował (nauczył się skilli społecznych, spokój, grzeczność na co dzień, największe awantury i emocje na poziomie moich 20%). I zdaje się, w czasach pokoju i rozwoju biznesu takie osoby są wymarzonymi szefami z punktu widzenia zwierzchników, bo pracowników niekoniecznie (plotka głosi o co najmniej jednym zawale, plus jak w noci - kto mógł, spieprzał w podskokach w inne rejony).

Coś koło 20 letnia kariera A. w rzeczonym biznesie, skończyła się wtedy, kiedy kolejny szefu (po emerycie H. z notki), młodszy i zdroworozsądkowy (czyli nie do końca w stylu MBA) Duńczyk zderzył się z osobowością, wizjami i metodami A. bodaj w czasach zarządzania kryzysem 2007-2008 (szczegółów nie znam, ale potrafię sobie wyobrazić). Mówiąc krótko, wyrzucił A.

BTW z A. wiąże się parę innych smacznych anegdot; o fadach w biznesie (niezapomniane Drugie Podejście Do Full-Productivity, odpryski były tutaj w pkt. 6 albo o stosunkach sąsiedzkich (okazało się kiedyś, że nowi sąsiedzi w naszym lesie są byłymi sąsiadami A. z Wawy...), ale może starczy obgadywania i plotek, na razie.

Fabrykant
Tue, 14 Feb 2017 14:25:02
Najpierw- dzień dobry. Czytam tak sobie bloga po cichu i od tyłu, ale myślę- co tam, trzeba coś skomentować.
Komentuję:

Świetnie napisane! Celne! Uśmiałem się.

Życzę powodzenia. Czytam dalej.

Fabrykant z Fotodinozy




Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018