(Udało się namówić córkę na zeznania "jak rodzi się następne pokolenie kustoszy złomowiska". Radujmy się. Oraz nie wiem dlaczego wydawało mi się, że ma hondę. Boni.)

W maju tego roku, z braku laku (czyt. prawa jazdy na samochód) kupiłam zdalnie motor. Nie miałam możliwości go obejrzeć, bo w tym czasie siedziałam z rodzinką w lockdownie na zarzeczu szkockim, a motor przebywał w Bristolu. Ale jako że to Yamaha YBR125 z 2009 to, cytując Top Gear, „co może pójść nie tak?”.
Jak się okazuje, sporo. Owszem, kupując go wiedziałam, że cena jest zbyt piękna, żeby nie potrzebował żadnego dopieszczania, ale po zrobieniu matematyki, nawet dodając cenę sprowadzenia i lekkiego odświeżenia, opłacało się. To bierę. Dopóki odpala i wozi mnie z punktu A do punktu B nie narzekam. Czyli - do czasu.
2 tygodnie temu wesoło ruszyłam spod domu. Ujechałam około 20 metrów. Po kilkukrotnych próbach ponownego ruszenia obroty ewidentnie nie trzymały i nie dało się ruszyć nawet z jedynki. Ale odpala, także nie ma tragedii. No to hop z motoru, szybkie przełożenie umówionego spotkania, i lekka panika, bo koło zablokowane, wiec nie dało się go sturlać z drogi. Musiałam go praktycznie podnieść, żeby zsunąć na bok, a mimo że to mała 125cc, to jednak swoje 130kg waży.
Nie znam się zbytnio na mechanice (a jeszcze mniej na elektryce), wiec żałośnie długo zajęło mi znalezienie problemu, jakim na tę chwilę okazał się łańcuch, który spadł w taki sposób, że zaklinował się w kole. No dobra, to tuptam po narzędzia. W tym momencie byłam całkiem ukontentowana, że 1) Mieszkam na wiochach na podwalijskim zarzeczu, wiec mogę zostawić na chwilę motor na drodze bez nadzoru, 2) Że nie podziało się to dalej od domu, bo bym musiała dzwonić po AA (pomoc drogową) i 3) Że nie zdążyłam rozwinąć prędkości przelotowej, bo mogło się to źle skończyć.

Z pomocą wielu skomplikowanych narzędzi (czyt. waląc młotkiem) wydobyłam łańcuch z koła na tyle, ze mogłam poturlać motor z powrotem na parking pod domem i wziąć się za dumanie, co z tym fantem zrobić. Teoretycznie do wymiany był tylko napęd, co nie jest wysokim kosztem, ale wiedziałam, że jest sporo innych rzeczy, które przydałoby się naprawić/odświeżyć, bo inaczej taka sytuacja (jak nie gorsza) przydarzy się znowu prędzej niż później. Szczególnie wydech, którego jak się okazało rdza przeżarła do tego stopnia ze wisiał tylko na 2 śrubach od silnika. Reszta dnia minęła na kompletowaniu koszyka na ebayu i płakaniu nad kurczącą się kartą kredytową.
Kilka dni i około 20 przesyłek później myślałam, że mam komplet elementów i narzędzi niezbędnych do ogarnięcia tego bałaganu. A tu psikus, okazało się, że ani klucz francuski, ani małe nasadowe nie dają rady jakimś 19 milimetrowym śrubom z threadlockerem (surprised pikachu face). Kolejne zamówienia, tym razem na grube działa (palnik, zestaw 1/2“ kluczy i dźwignia, tak na wszelki wypadek) i kolejne płacze nad budżetem.
Przewijając kolejne 2 dni, już na pełnym wk...wie i kolanie lekko wykręconym po poprzednich próbach ruszyłam z działami na dawno nie ruszane śruby. Trochę przypalania i fizyki (którą zawaliłam w szkole, kto by pomyślał, że to się przyda), aż nagle przełom - pierwsza wredna śruba puściła, a w głowie zagrało clarksonowe ‘Yeeeeeeees’. A po tej jednej kolejna, i kolejna. Czyli da się, i okazuje się, że mechanika to nie całkiem kwestia siły, a w dużym stopniu odpowiednich narzędzi. Tego dnia udało się ściągnąć tylne koło.
Ale gdyby było tak lekko, to nie trwałoby to wszystko 2 tygodnie. Otóż postanowiłam przy okazji wymienić linkę i tarcze sprzęgła. I o ile sama linka to nie problem, bo idzie na zewnątrz silnika, to z tarczami nie ma tak lekko, bo to jednak sprzęgło - trzeba ściągnąć olej, otworzyć obudowę silnika-skrzyni i tam wymienić elementy. A że ten model Yamahy jest tak idiotycznie zbudowany, ze żeby dostać się do tej strony silnika trzeba ściągnąć dźwignię rozrusznika („kopniaka”), wyciągnąć zewnętrzne elementy, których nawet nie umiem nazwać i cały stelaż podnóżków, to miałam kolejne godziny z głowy. I nie wiem, czy mi się tak zrobiło, czy ktoś go wcześniej nieumiejętnie rozkładał, ale tu właśnie doszło do największej wtopy: jak już udało mi się osłonę ściągnąć, poszła razem z bebechami, czyt. całym mechanizmem rozrusznika nożnego. Nie ma tragedii, włożyłam z powrotem, wymieniłam elementy sprzęgła, założyłam nowe uszczelki, zamknęłam, zalałam olejem i wio, jedna rzecz z głowy. Sprawdziłam tylko szybko, czy odpala po tej zabawie i ku zaskoczeniu owszem, odpalił, ale wydawał podejrzany dźwięk (ochrzczony przez miejscowych ‘Bulbulatorem’). Lekka panika i telefon do ojca. Okazało się, że ten dźwięk to zapewne przez zdjęty wydech (brawo ja).
Kolejny dzień, kolejny element. Uznałam, że zrobię coś lżejszego, wiec wymieniłam tylny hamulec i założyłam nowy tryb napędu razem ze świeżymi śrubami. Potem tylko nasmarować ośkę i złożyć koło do kupy. Zaskakująco lekka i przyjemna robota, a koło teraz gładko chodzi.
Następny dzień był ważny, bo w końcu założyłam nowy wydech i łańcuch, wiec teoretycznie mogłam już pomału zacząć odpalać na dłużej niż 2 sekundy i na bliżej niż pełne wyciągnięcie ręki (na wszelki wypadek...) sprawdzać, czy moje próby w ogóle dają jakiś efekt, czy tylko psuję bardziej. Alleluja! Odpala! Przez mniej więcej 10 minut. Po czym zaczyna grzechotać i tracić moc, a niedługo później w ogóle nie reaguje. Super, umarł.
Kolejny telefon do ojca i poprzez proces eliminacji doszliśmy do wniosku, że trzeba wyciągnąć akumulator do podładowania i na nowo rozbierać blok silnika (!!! dopiero co złożyłam razem z podnóżkami i wydechem...), bo coś pomerdałam z „kopniakiem”. No ale jak mus to mus, bateryjka wyciągnięta do naładowania, a silnik otwieram, żeby olej spłynął przez noc.
Dzień decydujący, sprawdzenie czy jednak go popsułam: wkładam akumulator i na otwartym silniku, z wyciągniętym mechanizmem „kopniaka”, sprawdzam przez sekundę czy reaguje. Kolejne alleluja, żyje! To teraz - nie na siłę i na spokojnie składam cały mechanizm bebechów, tak żeby nic się nie blokowało, a kickstarter chodził dokładnie tak jak powinien. Delikatnie zamykam osłonę, mając nadzieję, że tym razem na dłużej. Na wszelki wypadek znowu odpalam na pełne wyciągnięcie reki i wzdycham z ulga - odpala jak nigdy.
Ściągam go z centralnej podstawki i wycofuję lekko, żeby sprawdzić, czy rusza. Niestety, jakimś cudem posiałam w mieszkaniu ważny element małego trybu łańcucha, wiec dopóki nowa część nie przyjedzie, to nie mogę całego projektu skończyć czy pałować motorka, więc delikatnie i tylko na jedynce turlam się po podjeździe. W mojej głowie w tym momencie gra cala kompilacja clarksonowego geniuszu, bo jedzie, i to jak! znacznie ostrzej niż poprzednio!
Jeszcze zostało mi parę dni dokręcania, smarowania, mycia i testów, ale myślę, że ze sporą pewnością mogę powiedzieć, że wszystko jest ok.
Dygresyjnie i zanim ktoś przyjdzie z „mogłaś dać do mechanika” - sąsiad obserwujący moją parodniową walkę ze złomem, wdał się w pogawędkę w duchu, że powinnam się tym zająć zawodowo, bo w porównaniu z okolicznymi wiejskimi mechanikami robię całkiem profi. ŻE CO?
Całe doświadczenie nauczyło mnie paru rzeczy:
1: Nie olewać konserwacji, szczególnie - zaniedbanych egzemplarzy
2: Nie na siłę, tylko młotkiem
3: Dobre narzędzia są ważne
4: Fajnie mieć ojca, który zna się na rzeczy
5: Pewne problemy trzeba rozwiązać pomału
6: Brać wyzwania za rogi, ale po jednym dziennie
I mogę to wpisać do CV.
(Boni) Bonus, bo "zarzecze podwalijskie" mi się spodobało; czasem nazywam córki miejscówkę House of Fun: