W zamieszaniu przeprowadzkowo - covidowym zupełnie zbędną dyscypliną dodatkową okazała się motoryzacja, gdyż jak już wspominałem, potrzebny był pronto jakiś pojazd w nowym kraju -
lexusowi GS430, po 2.5 roku i coś koło 100tys kilometrów w naszym zarządzie, kończy się przegląd, zawieszenie i parę innych rzeczy. Oraz jak zwykle, nieco się już znudziłem, nawet takim bardzo fajnym samochodem.
Ponieważ koszta dodatkowe (podatki, ubezpieczenia, itd) szrotwagenów w Irlandii są progresywne, a nawet wyjęte z chorej czapy, a jeszcze mamy covidy i inne kryzysy, celowałem w coś "malutkiego" typu 2 litry benzyna, ale może w końcu w kupecie itp. a nie bezsensowność, jak 4 drzwi V8 wożące głównie powietrze. Niestety, rynek w małym kraju ubogi jak coś ubogiego, więc na poziomie cen akceptowalnych były prawie wyłącznie różne mercedesy, głównie CLK, i nieliczne inne wynalazki. Jakbym odrzucił samoograniczanie się, to byłby nieco większy wybór, w teorii mogłem pójść powiedzmy aż po merola CL500 czy BMW630/640, ale jw. koszta zakupu i dodatkowe byłyby już niebagatelne (znaczy, w sensie ideologii kustosza złomowiska, no bo wzg. jakiejkolwiek nówki nieśmiganej z salonu nadal niskie). Zresztą, nie wiem czy ktokolwiek by mi tutaj na takie coś klasy "kupeta V8 od niemieckiego oprawcy" ubezpieczenie sprzedał. Ogólnie "prawo jazdy z Polski i zniżki z UK dla ubezpieczenia w Irlandii plus żona bez samochodu dopisana do polisy? - ubezpieczalnie nie dają lajka", czasem wyrażając to ceną polisy, a czasem wprost ("idź się walić na ryj, zażalenia przyjmuje spec.komisja ds. takich jak ty") i nie ważne, że mamy "właściwy" wiek czy zamieszkanie.
Po obejrzeniu paru rzęchów od Mercedesa i kolejnego złomu CLK w sobotę rano, nawet od "dealera" a nie "z krawężnika" od jakichś szemranych ziomali, zmieniliśmy plany, i machnęliśmy ręką na padaki germańskich oprawców i wróciliśmy do produktów samurajskich. Znaczy, ja może bym się ze zmęczenia skusił w końcu na jakiegoś CLK or compatible (aby nie skrzypiał zawiasem, nie zapalał choinki błędów na desce, nie miał dziur od rdzy i jakoś jeździł, tylko że o zbieg tych cech było nieco trudno), ale żona, mniej "opatrzona" i mająca znacznie bardziej krytyczne oko, niczym Wanda nie chciała Niemca, za to na pytanie "no to mamy kolejnego lexusa szukać, czy jak?!" wyraziła entuzjastyczny entuzjazm.
Oczywiście, najrozsądniejszego GS300 3gen (ok.2007) w Dublinie i okolicy w międzyczasie ktoś kupił, zostały jakieś nieco gorsze czy bez przeglądów, albo gdzieś w Cork, oraz ze dwa LS430, jw. kosztowne a zbędne. No to schyliliśmy się niżej, do ISów, zaczepiliśmy gościa o takiego w miarę do rzeczy, w miasteczku pod którym mieszkamy. Obejrzeliśmy w sobotę z wieczora i ekspresowo (jakoś tak między komciami pod poprzednią notką...) obrabowaliśmy faceta z samochodu, trochę był w szoku i nagle miał problem czym do pracy jutro pojechać. A my mamy obrazek, jak to kiedyś znajomy ujął, "dwa podobne szroty - wiadomo że chory tu mieszka":
Na grube recenzje lexusa IS250 2006 może nieco za wcześnie, więc krótko - tak, dosyć małe to jest, po naszej poprzedniej flocie. Ale siedzidła i przestrzeń z przodu kabiny zaprojektowano tak sprytnie, że nas bardzo nie odrzuciło (np. wąski tunel, kieszenie w drzwiach "składane" itp. triki). Jest wrażenie, że jest porównywalnie z odp. merolami i trochę lepiej od audi, dużo lepiej niż bmw. Fotele wygodne i dobrze trzymające. Gadżetów ma mniej (nie tylko jako egz. z małym wypasem, ale nawet w wersji na maxahej, której w Irlandii w praktyce nie ma), niż w GS z epoki czy nawet w naszym o generację starszym, szczególniej brakuje mi kierownicy samoczynnie ustawiającej się do wysiadania, trochę też nawigacji czy pamięci fotela. Stylistyka wnętrza o generację nowsza, rzecz jasna, i może być, jedyne co mnie odrzuca, to lakierowane plastiki jak w każdym nowszym wozie, no ale jest - jak w każdym nowszym wozie.
Silnikowo V6 2.5 litra coś koło 200KM szału nie robi po V8, pewnie nawet po R6 z GS300 też by nie robił, ale jako wozidupek i na dojazdy do pracy, starcza oczywiście. I zdaje się sensowniejszy niż te 1.8 czy 2.0 pod kompresorem od mercedesów CLK. Zawieszenie i okolice są nieco twardsze niż nasze poprzednie "pontony", ale bez katastrof niczym w jakichś popapranych hothaczach czy sportowych, z jakimi miałem (niewielką) styczność przez ostatnie lata. Skądinąd, jest wrażenie, że GS430 jest w środku zakresu, GS300 itp. są od niego tyle miększe i kluskami, ile IS250 jest twardszy i usiłuje być "ostry".
Wygląd zewnętrzny i stylistyka chyba około 2 miejsca w naszej flocie coś koło 20 złomów,
Camaro 1995 nadal jest nie do pobicia moim zdaniem, może GS300 1gen. (Italdesign!) byłby ex aequo z ISem 2gen., reszta niżej albo i okrutnie pod mułem na dnie w porównaniu z japońską myślą stylistyczną i tzw. "L-finesse" Lexusa z okolic 2003.
(wrzucam parę słabych zdjęć z ogłoszenia, bo na razie o sesjach foto mowy nie ma, tu pizga złem i deszczem od niedzieli)
Technicznie egzemplarz dosyć zadbany, ledwo dotarty przy 193tys. km. Ale po ostatnich doświadczeniach - pogadamy za miesiąc czy dwa, czy to jeszcze jeździ...
Poprzedni właściciel miał naprawdę żal w oczętach, kiedy mu ISa nagle zabieraliśmy. No ale - niby Rumun płakał jak sprzedawał, jednak zaraz se otarł łzy perliste rzęsiste, kupując sobie na pociechę samochód. Dla odmiany - lexusa GS450 2007, czarnego w jasnej skórze. U niego - piąty lexi. Dla nas jego były IS250 jest czwartym.
Sam nie wiem, "lexiarze wszystkich krajów, łączcie się!", chyba? Albo może jakąś grupę wsparcia uzależnionych od japońskiej jakości i przemysłu trza by założyć...