Na tle różnych rozmówek i temu podobnych, o nieco zużytych samochodach dokonałem lekuchno szokującego (zapewne tylko mnie) odkrycia.
Bo np. kolega zmienił całkiem młodego seata na nówkę. Albo - mój służbowy, właśnie nieuchwytnie acz naocznie przechodzi z kategorii prawie-nówka-nieśmigana do "używany" (coś koło 22kkm na budziku). Bo ktoś tam szuka hurtu opon do floty służbowej, gdyż nagle sporo jest 3 letnich vanów, pickupów i SUVów do ogarnięcia.
Na moje twierdzenia, że jakość tychże najróżniejszych prawie nówek jest generalnie zdupna, i nie przypomina jakichkolwiek założeń o budowie sensownych maszyn czy urządzeń, czy jakości nawet niech - samochodów z lat 90, może nawet końca 80, niektórzy twierdzą, że nie jest tak źle, że przecież są ok. To czemu wymieniają albo narzekają? No bo się zużyły. A kiedy samochód jest zużyty? Ustalono konsensus, że około 100kkm; że przy takim przebiegu używka zaczyna być ryzykowna i nudna i stara i nieładna i w ogóle, jeśli kogo stać, koniecznie powinien częściej zmieniać. Nawet się zgodziłem z kolegami, no bo co badziewniejsze modele czy nawet marki, gdzieś koło 130-150kkm grożą wysypem silnika czy skrzyni czy hamuli, itp. dużymi problemami, więc prawda.
Ale dlaczego uważacie, że 100kkm to jest akceptowalne? Bo to 10 lat małego przebiegu? albo 3 lata sporego? więc spoko-loko i producent gardło sobie podrzyna? Kolesie, przypominam - techniczni jak jeden mąż - paczą się na mnie i nie rozumieją, o co mi chodzi.
Przecież 100kkm, licząc średniawo, może nie po autostradzie i nie po Wawie, czy innym Glasgow, w szczycie ruchu, ale gdzieś pomiędzy, to jest zaledwie 2000 godzin, czyli 3 miesiące. PO TRZECH MIESIĄCACH PRACY, MASZYNA JEST ZUŻYTA I DO WYMIANY. I to zarówno mechanicznie, jak wykończeniem wnętrza i czasem zewnętrza (ok, tu pogoda i warunki w czasie mogą rzutować, ale bywają problemy niezależne od), tudzież miewa zylion problemów z elektryką i elektroniką, itd. itp.
Nie zdawali sobie z tego sprawy.
I to jest największy sukces marketingowy przemysłu automoto.