Zachciało nam się w sobotę wykopalisk, chociaż pogoda i karma nie sprzyjały od samego początku. Należało raczej z samego rańca zrobić kocykowe burrito, zawinąć się porządnie i zapaść w sen nocy letniej, a nie wybierać się w świat i do ludzi.
Ale jednak po paru godzinach jazdy na mokro znaleźliśmy się w zakamarkach koło portu Tyne czyli pod Newcastle, w jakimś lokalnym zagłębiu szrotu. Bo w zakamarku zakamarka znajdował się ewentualny wózek; dla użytku, dla Grażyny, dla zabawy - lexus IS200, czyli całkiem fajny sprzęt jeśli ktoś chce kompaktowego acz odpasionego sedana ze szrotu, a nie chce z jakichś powodów wyrobów germańskich oprawców (bo na tej półce na szrocie stoją w zasadzie tylko merole C (rdza i fuj), coś małego od audi (hmm... fuj) i bmw trójki (pełno tego wszędzie, i fuj) i właśnie lexus IS, mniej więcej taki:
Lexi okazał się nieco bardziej wydziergany i podniszczony z zewnątrz niż wyglądał na zdjęciach, ale bez paniki, i znacznie lepszy wewnątrz niż na zdjęciach, co miłe. Ogólnie, sypatyczne autko, oczywiście względnie ciasno w środku, ale miękko i przytulnie, i nawet po -nastu latach trzyma jakość i nie razi starzyzną. Wypasy wystarczające, powiedzmy, choć nie najwyższe możliwe (brak navi, szyberdachu, itp. ale wszystko w prądzie, grzane zydle i przednia szyba itd itp.). Zawias i hamule w stanie "może być", do ideału trochę brakowało, ale bez paniki. Automat normalny, "oldskulowy", 4 biegowy, jeszcze nienajgorzej działający. Silnik żwawy, unowocześniona rzędowa szóstka ze słabszej starej Supry (z normalnej pochodzą trzylitrowe R6 w IS300 czy większym bracie GS), coś koło 150 koni, zupełnie wystarczające w tej budzie do cywilnej i cywilizowanej jazdy.
I tu mniej więcej potknęliśmy się, przewróciliśmy się i misterny plan nabycia tego lexusa poszedł w tak zwane pizdu, gdyż ewidentnie silniczek miał pewne braki w uszczelnieniach. Niestety, w uszczelnieniach głowicy - woda w cylindrze/cylindrach, czyli majonez w oleju, para z wydechu; na oko, niewiele, stawiałbym na jeden cylinder i mały przedmuch, ale jednak.
Dalszy ciąg, wiadomo, głównie smętne gadki przedawcy, który się zarzekał, tokował, udzielał gwarancji i poręczeń i w ogóle podrzynając se gardło twierdził, że to tylko kondensacja i chłodny dzień i że się nie znam. Na co nawet zen mi nie odszedł, bo co tu gadać, jak nie ma o czym mówić; mogę się czasem bawić w uszczelki głowic a dobre szóstki przeważnie jeżdżą "normalnie" nawet z dwoma mokrymi cylindrami (no, jeśli nie wypadają "obok siebie" i nie leją zbytnio w olej), ale jednak nie mam ani ciśnienia ani chęci na taką robotę od razu czy loterię "dojedzie czy się zagotuje/zatrze" w wózku Grażyny.
Wykonaliśmy telefon do planu B i po potwierdzeniu, że plan B jest dostępny, oddaliliśmy się żwawo z, zaprawdę, dziuplandu w Tynemouth, do Sunderland, gdzie plan B stacjonował. Plan B, czyli jaguar X-type, mniej więcej taki
Generalnie, to graty mondeo i jakość mondeo w nieco oldskulowo sylizowanej budzie od jaga, no i z wnętrzem od jaga, ale w sumie nie jest to bardzo zła kombinacja. Szczególniej w wersji Sport, czyli bez "klasycznych" chromów, 2.5 a nie 3.0 acz nadal z AWD - jak powyższy plan B. Zdroworozsądkowo nie potrzebujemy już tak dużego wozu, ale x-type mają parę zalet i podobają się Grażynie.
Na miejscu okazaliśmy się zrobieni w trąbkę, gdyż jag właśnie został sprzedany - z napomknień wynikałoby, że po naszym telefonie ściągnęli klienta umówionego dzień wcześniej, na zasadzie "albo bierzesz, albo zaraz go ktoś inny weźmie". Przynajmniej nie jechaliśmy daleko, do Sunderland był rzut kamieniem. Ale rozczar spory, bo jag, przynajmniej na oko i z zewnątrz wyglądał lepiej niż przyzwoicie. Cóż robić, zawodowi sprzedawcy tanich używanych samochodów to oszuści na mocy definicji, więc nic nowego pod słońcem.
Potem poszliśmy na obiad i na zakupy weekendowe; w międzyczasie przejrzałem ogłoszenia i podzwoniłem, ale jedyny sensowny cel, następny IS, znajdował się kolejne 100km na południe, u niezbyt sensownego sprzedawcy, więc mając dość ściemniaczków-mobilków, po zakupach rozwinęliśmy plan C, czyli beznapinkową zmianę wyjazdu po szrot w wycieczkę po okolicy i trasie.
Najpierw napatoczył nam się na wyjeździe z Sunderland
zamek Hylton, uczciwie stara i całkiem sympatyczna i dobrze zachowana ruina - główny korpus ciekawy i po prostu ładny; a kaplica przyzamkowa fenomenalna, szkoda że nie przetrwała, bo układ i szczegóły konstrukcji i wykonania, zaprawdę, zacne.
Po przeleceniu przez aglomerację Newcastle (BTW która jest nieźle pokręcona po obu stronach rzeki Tyne, po raz kolejny dawała nam i nawigacji w kość, wyjazdy na promy do Amsterdamu też bywały zakręcone) i przez nieco niesamowite
mosty w centrum (coś koło 30m nad lustrem wody i sporo "nad miastem"), polecieliśmy w stronę Carlise, ale zboczyliśmy do Hexham. Gdyż jest to piękne miasteczko, powstałe wokół opactwa ufundowanego w 674r., z bogatą historią i paroma efektowymi średniowiecznymi zabytkami. Połaziliśmy, popatrzyliśmy, odgrzaliśmy się (bo z pogody typowo szkocko-angielskiej zrobiło się nagle piękne lato).
Po wylocie z Hexham, wypatrywaliśmy głównej atrakcji okolicy, czyli drogowskazów do ruin
Wału Hadriana, imponującej linii fortyfikacji, która przez prawie 300 lat dzieliła Brytanię na rzymską prowincję i na barbarzyńską Północ, ew. z małymi przerwami, kiedy próbowano przesuwać granicę na Wał Antonina albo podbić obecną Szkocję.
Tu dał znać o sobie znowu nieokreślony pech tego dnia, bo do dużej odkrywki i muzeum
w Vindolanda dotarliśmy jakieś 15min. po zamknięciu wejścia. Nie chcieliśmy robić bydła, forsując wątły murek w koło terenu, więc tylko popatrzyliśmy przez ogrodzenie i zmyliśmy się dalej. Dopiero
w Birdoswald i okolicy (choć sam fort i odkrywki, oczywiście już były zamknięte) udało nam się pomacać Wał, pomyszkować i popatrzyć wzdłuż resztek nieco niesamowitego muru, idącego przez ponad 100km wzgórz. Zaprawdę, kawał historii i logistyki.
I tyle, wróciliśmy do domu, w dziwnej mieszance lata, pecha i trzywarstwowych chmur podświetlonych zachodzącym słońcem.