..czyli jestem czuły na
dziwne zbiegi okoliczności, a szczególnie gdy są wredne. I pamięta się je cholernie dobrze. Oraz są dla mnie przesłanką czy wskazówką, jak pięknie można rozwijać (i rozwijano) na ich podstawie myślenie magiczne, fałszywe wiary i niemądre religie.
M.in. na takim zbiegu okoliczności zleciał mi kawałek tego tygodnia i z pół dnia wizyty serwisowo-uruchomieniowej zrobiło się półtora dnia - kiedy se minimalnie grzebnąłem
w dosyć skomplikowanych programach napędów maszyna dostała lekkiego pierdolca, a kiedy zaraz zauważyłem, że coś nie bangla, i przywróciłem backupy, świeże jak chrupiąca buła, maszyna w odwecie dostała wariacji na maksa. Co skończyło się pół dnia kombinacji z backupami, weryfikowania programów i obliczeń, i na końcu badaniem (aż do hardware) najbardziej podejrzanego ogniwa, czyli
enkodera (full profi, 1024imp/obr). Dopiero na drugi dzień doliczyłem się, że kółko "trakcyjne" enkodera, jadące po mierzonym materiale, nieco odkręciło się od ośki i po prostu mamy leciutki poślizg (BTW jakby był duży czy skokowy to zorientowałbym się po godzinie a nie na drugi dzień... ale oczywiście był to poślizg wredny, płynny i na poziomie losowych paru procent). Rzecz jasna, łeb razem z płucami oberwałbym gościowi odpowiedzialnemu za niedokręcenie tej malutkiej śrubki, ale wygladało na to, że odkręciło się od wibracji po prostu (na ośce został ślad dociśnięcia, więc kiedyś było dokręcone).
Jakie jest prawdopodobieństwo, że durne kółko zacznie się ślizgać na ośce dokładnie wtedy, kiedy zmienia się program maszyny - nie podejmuję się oszacować. No dobra, zdaje się, ślizgało się losowo wcześniej, dlatego klient się wzburzył, że nowa maszyna nie bangla jak powinna - ale oczywiście pół dnia jak przy niej rozkminiałem, działała ideolo; dopóki nie zmieniłem programu...
W sumie to był drobiazg, frustrujący, wredny, ale drobiazg. Za to przypomniał mi Największą Przemysłową Masakrę (Ze Przesądnym Zbiegiem Okoliczności), jaką w życiu widziałem.
Prawie 20 lat temu (dżizaz, jaki ja stary jestem...) rozbudowano sporą oczyszczalnię ścieków sporego zakładu w którym robiłem za brygadzistę - automatyka utrzymania ruchu; dołożono 30% przepustowości, więc wielki zbiornik, kupę pomp, zaworów i całego tego złomu. Ktoś wymyślił, że może sterowanie i całą elektrykę zrobić "po taniości" w ramach wewnętrznych albo na zlecenie. Dyr tech był srogi, ale w sumie do rzeczy, więc załatwił, że poszło prawie wszystko na umowy-zlecenia, a zaprawdę powiadam wam, było czym się dzielić. Stąd np. skasowałem sporo za projekt (który zrobiłem) i za wykonanie, dosyć prymitywnego-przekaźnikowego sterowania; mój kierownik za nadzór i projekt (który udawał, że zrobił); elektrycy za wykonanie i montaż sporych szaf (bo sporo pomp rzędu 20kW itp. dupereli); hydraulicy za montaże zaworów, rur itp. (tu część zrobiła firma zewnętrzna); ich kierownik za projekt "hydrauliczny", itd itd. Ogólnie spora robótka, ale w sumie wszyscy byli zadowoleni - pracodawca, bo zapłacił połowę wzg. dania tego na zewnątrz, pracownicy, bo spokojnie i bez większych napinek, dorobili sobie drugie i trzecie pensje. W sumie była to moim zdaniem jedna z fajniejszych akcji w jakich brałem udział, gdzie nie łamiąc, a nawet nie naciągając, prawa pracy i okolic, zrobiono coś sporego porządnie i bez tracenia czasu i zasobów na użeranie się z outsourcingiem czy wykonawcami.
Całe sterowanie "nowego" musiało współpracować ze "starą" oczyszczalnią (coś ze 6 szaf-bydlaków, 2 egzotyczne sterowniki PLC), więc powpinaliśmy się nieco, ale tylko na wejścia-wyjścia i tylko konieczne minimum; żeby nie spieprzyć czegoś, bo skądinąd mieliśmy zero wsparcia i backupu, gdyż dostawca oczyszczalni zbankrutował w międzyczasie.
Po wykonaniu, pospinaniu i uruchomieniu, i dograniu detali oczyszczalnia hulała sobie bardzo ładnie, z poważnie zwiększoną przepustowością. Po miesiącu czy około, uznano, że można wszystkim zainteresowanym zapłacić. W piątek rano poszła kasa; kiedy naród wychodził z pracy o 15:00 atmosfera była szampańska, bo jw. było czym się dzielić, i chłopaki mieli zaciesz, łącznie z piszącym te słowa.
Czy mówiłem już, że był to piątek trzynastego? no to właśnie mówię (a mały research podpowiada, że był to najpewniej rok 1996). Nawet ktoś zażartował, że kasa to i tradycyjnego pecha łagodzi.
Pod wieczór ok 22 wróciłem do pracy, zdaje się miałem za kogoś nadprogramową nockę, nie pamiętam zresztą. Na warsztacie automatyki żywego ducha, mój J. gdzieś się zawieruszył. Na warsztacie elektryki tylko przeciąg, dyżurny P. też się zawieruszył? Hm, przecież koniec zmiany jest. Na warsztacie hydraulicznym podobnie. W ogóle pustki na dziale technicznym. Zanim się na dobre zdziwiłem i obdzwoniłem fabrykę, napatoczyli się mechanicy, wracający z jakimś złomem, więc zapytałem, czy nie mignął im gdzieś J. albo P. na produkcji? "A zdaje się są na oczyszczalni, bo coś tam się zjarało" Aha. Luzik, pewnie jakiś silnik wyjarało, albo może stycznik, średnio raz w miesiącu coś się przypalało. Stwierdziłem, że się przejdę.
Na oczyszczalni (spora wygodna hala, jakieś 30x30m, z sitami, flotatorem, filtrami, itp. w kącie szereg szaf sterowania, starych i nowych) zastałem taki obrazek - hala w śmiertelnej ciszy i bezruchu; dyżurny hydraulik przerażony w kącie, udaje że rozbiera jakąś starą pompę; elektryk P. stoi pod ścianą w postawie zasadniczej (serio, ruki pa szwam, itd.); mój człowiek J. pomału i ostrożnie grzebie w 6 otwartych szafach; a przed szafami stoi dyro techniczny, szef szefa, i pomimo zakazu pali papierosa, ale ledwo do gęby trafia, tak mu ręce latają. A nad wszystkim unosi się, przebijając dyrektorskiego peta, wyraźny zapach spalonej izolacji i plastiku.
Zanim padło jakiekolwiek słowo, było jasne, że płyniemy pod prąd bez wioseł, w szambie znacznie głębszym, niż zbiorniki, na których stoi hala.
A liczne i chaotyczne słowa, które padły, można streścić "spaliliście całe sterowanie, oczyszczalnia stoi, w poniedziałek produkcja stoi, więc wszyscy jesteśmy zwolnieni". Ponieważ jakoś z natury jestem odporny i trudny do zajebania w takich okolicznościach przyrody jak powyższe (może wyjątkowo dużo i od dziecka spieprzyłem, a może za często mnie stresowano, a może za mało, a może diabli wiedzą), generalnie przyszło mi zrobić szefu szybką psychoterapię i postawić go do moralnego pionu tudzież wlać otuchy, w deseń "dobra, jasne, tak, spaliliśmy, ale jest piątek, do poniedziałku daleko, wtedy będziemy się zwalniać; a na razie to może ustalę, co się stało, że się zesrało i pomogę J. w rozkminie i szacowaniu szkód, a za pół godzinki se pozytywnie pogadamy o planach weekendowych, ok?". Szefu na tyle się ogarnął i wziął w garść na moją mniej więcej zimną krew, że przestał marudzić i przeszkadzać.
Okazało się, że ktoś nie dokręcił dokładnie jednego z przewodów dużego stycznika (BTW dobrze wiem kogo prosiłem, żeby przeleciał przez wszystkie duże styczniki i dokręcił śruby na wszelki wypadek, na koniec montażu...) - niedokładnie przewodzący śruba/łącznik zaczął się palić, od tego zaczął palić się przewód, po wyjaraniu i nadtopieniu pół metra, przetopił się na skrzyżowaniu do wiązki przewodów sterujących i przerzucił 230V do sterowania 24V, niefortunnie - na różne obwody obu części, starej i nowej. Nową część zrobiłem tak, że nawet nie drgnęła, spadło tylko trochę bezpieczników i ze dwa przekaźniki poleciały, ale stara część dostała przykładny fpierdol - w połowie zasilaczy 24V z tranzystorów mocy-wyjściowych zostały samotne osmalone nóżki, podobnie z wielu optoizolatorów na kartach wejść i wyjść PLC. Jak zaznaczyłem, egzotycznego (made in szwajcarland) i bez serwisu.
Czyli, ogólnie, klasyka porażki elektryków, z przerzutem na automatyków. I tyle na temat "porządnej roboty".
Ale też, nie ma co płakać nad stopionym plastikiem - zaordynowałem J. wyciąganie jak leci wszystkiego nadpalonego, żeby na warsztacie zrobić przegląd i spisać części, kopnąłem w d... P. żeby nie stał jak słup, tylko spadał do domu a w międzyczasie przysłał zmiennika z przewodami, niech wymienia co wyjarane i dokręca co niedokręcone, po czym przyszło ustalić z szefem Plan. Chociaż nie, przyszło mi opowiedzieć plan, bo nie było co i po co ustalać. W sumie dość trywialny:
"Do poniedziałku nie naprawimy tego raczej; nawet jeśli części ktoś przywiezie w niedzielę z Wolumenu i jeśli dobrze mi się wydaje, że wszystko co odstrzeliliśmy, jest handlowe i do dostania. Zresztą, jak któryś PLC dostał w mózg 230V i szlag go trafił, o czym dowiemy się po naprawieniu zasilaczy, no to leżymy naprawdę serio i na całego. Ale tym wszystkim będziemy martwić się potem, nawet poniedziałkowym zatrzymaniem całej produkcji będziemy martwić się w poniedziałek, bo na razie mamy zaledwie dobę-półtorej zanim skiśnie oczyszczalnia biologiczna, a z drugiej strony osiądzie i zamuli komorę fermentacyjną, i już wtedy, najpóźniej w niedzielę rano, będziemy mieli przesrane do kwadratu. Dobrze mówię, H.?" - próbowałem wciągnąć do rozmowy przestraszonego hydraulika, skądinąd bardzo doświadczonego i kumającego rzeczoną oczyszczalnię, ale był w stanie tylko pokiwać główką ze swojego kącika. Szefu w tym momencie, że tak powiem, słuchał bardzo uważnie i zaangażował się w rozmowę całym sercem i rozumem. Ale zanim zaczął na dobre marudzić i machać rękami, skończyłem mniej więcej:
"Dobra, dobra, tak, zara. To jest stan. Plan jest taki - przekrosuję do jutra te wszystkie szafy na tyle, żeby przynajmniej kluczowymi gratami, szczególnie biologią i fermentacją, dało się operować ręcznie - mam wrażenie, że na szczęście mamy w magazynie dość przewodu, zasilaczy i innych drobiazgów. Nie będzie wypasionych blokad, regulacji poziomów, timerów, cykli czasowych; będzie zylion przełączników i operatorzy-hydraulicy będą musieli robić to, co normalnie robi PLC - na szczęście cykli szybszych niż parominutowe tu nie ma, większość to godzinne. Kluczowe regulacje temperatury, wszystkie trzy, też sa niezależne od PLC. A kontrole poziomów, cóż, mam nadzieję, że nie zajeżdżą na sucho jakiejś pompy czy nie przeleją jakiegoś zbiornika, cudów nie zrobię, będą musieli biegać po obiekcie i uważać. Innego wyjścia nie widzę. Pasi?"
No jak nie jak tak, oczywiście.
Po czym z nieco uspokojonym szefem udaliśmy się w kierunku warsztatu, na jego prośbę okrężną drogą "przez teren", żeby se spokojnie porozmawiać bez świadków. I nie, nie chodziło o to, żeby mógł mnie zjebać, albo że ja mu jeszcze bardziej maczystowsko nawkładałem. Po prostu pospacerowaliśmy i pogadaliśmy o szczegółach (bo szefu był nawet dosyć kumaty, choć mechanik z zawodu), czemu to czy owo zrobiono tak a nie lepiej, i czy można zrobić lepiej (zawsze można) i bezpieczniej na przyszłość. Tudzież o roli nadzoru i pewnych osób w projekcie.
Po czym dostałem oficjalną zgodę na Plan, tudzież przykazanie, żebym się przypadkiem nie szczypał i jeśli będzie potrzebna pomoc czy środki, mam żądać, rozkazywać, wymagać, powołując się na dyra rozkaz i autorytet, a jak trzeba, ściągać ludzi a nawet kierowników. Ale wzruszyłem na to brewką zaledwie, bo było jasne, że tłumów mi nie potrzeba.
Potrzeba było coś koło 200m przewodu i ze dwa pudełka przełączników i przekaźników, i jakieś 10 godzin; potem musiałem jeszcze rozpiskę zrobić co jest do czego w pajęczynie oplatającej 6 szaf elektrycznych, i do domu.
A po dostarczeniu części i naprawie gratów, bodaj około środy oczyszczalnia ruszyła w automacie - PLC okazały się zaprojektowane ok i z dobrej półki, bo w żadnym nie przestrzeliło poziomu optoizolacji I/O; po naprawie zasilaczy, wejść i wyjść, wstały jak gdyby nic się nie zdarzyło.
To był chyba mój najbardziej trzynastopiątkowy piątek trzynastego. Aż przykro pomyśleć, kiedy zobaczylibyśmy kasę, gdyby wypłata została odłożona np. do poniedziałku. Czyli może jednak było tu szczęście w nieszczęściu.
Tudzież, bonusowo, nieco skumplowałem się z dyrem przez tę i parę innych akcji, a przez to z kolei - parę następnych lat życie pracowo-zawodowe płynęło tak jakby bardziej należycie.
(Już po napisaniu notki poszedłem sentymentalnie na maps gugla i okazało się, że streetview jeździ nawet po zadupiach podlaskich, stąd obrazek bohaterki notki - walce po bokach to "stara" biologia, garb za garażem, to komora fermentacyjna (beztlenowa, biogaz i takie tam), za garbem pudełko hali głównej, ze sterowaniem itd. "nowy" zbiornik niewidoczny w głebi za halą. Welcome to digital szambo.)