Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 12:52
@igor, Lem Może tak - rozumiałem o co mu chodzi i...

igor - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 08:36
Lem o tym pisał w latach 90. A ja (i, w zasadzie,...

Boni - Trzeba siać
Fri, 14 Sep 2018 21:01
@zz_top IĆ STOND! właśnie się dziś...

zz_top - Trzeba siać
Fri, 14 Sep 2018 12:52
@Wolałbym, żeby tzw. ludzie rozumieli a nie ślizgali...

Gatling - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 12:21
Koraliki, bigle/zapinki/inne komponenty, dużo metrów...

Boni - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 11:23
@Gatling @sroko-chomiki Zdefiniuj "skład...

Gatling - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 11:18
Oj bo na koralky.cz mają co jakiś czas wyprzedaże...

Boni - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 10:34
@Gatling "Panie, czy pan mnie usiłujesz obrazić?",...

Gatling - Dialogi
Sun, 9 Sep 2018 17:03
Koraliki japońskie, unless Preciosa wypuściła...

hellk - Top gun
Mon, 3 Sep 2018 16:12
@bibliografia Jakieś 10 lat temu dostałem od...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2013-04-14, niedziela
Tagi:  szrot, fun
___________________________________
Niektóre maszyny mają duszę - i nie tylko samochody czy samoloty. Znałem maszyny do szycia i ciągniki, które miały duszę, o komputerach lepiej nie mówiąc.

Ale jest jeszcze kwestia, jaką duszę, charakterek, ma dany sprzęt. Czy zblazowano-nonszalancką "osłona osłoną, a i tak upier... ci palce", czy nerwowo-szybkopsującą "wyniki, wyniki, jakie k... wyniki", czy też anielsko-cierpliwą "skoro nie umiesz szyć, uszyję za ciebie". Maszyny jak ludzie, są różne. I jak między ludźmi, trafiają się zupełne ekstrema.

Dziś w końcu zdałem sobie sprawę, że jedna z naszych maszyn ma duszę klasy "WTF-OMG-CO TU SIĘ K...DZIEJE", duszę bipolarną, kwantowo-magiczną, pomrocznie niestabilną, aż strach się bać i ciary przechodzą.

Zacznijmy pod początku - maszyna była już opisywana na blogu, to mój ulubiony van, nasza "mydelniczka" czyli Pontiac Trans Sport '94 3.8 na fullu. Ot, wydaje się, że fajny starawy van i tyle.

Aha, jaaasne. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

To, że van najpierw był, potem odszedł, a potem wrócił do nas jak bumerang, nie dało mi jeszcze wiele do myślenia - bo nie on jeden wracał. Ale wrócił jak wesoły szczeniak, tydzień po odkupieniu przejechał 5500km, lajtem i bez problemu - jeszcze mi nie błysło, jaka potęga drzemie w duszy pana vana.

Potem raczej stał niż jeździł, chociaż zawsze kiedy go używałem czy tylko objeżdżałem było nieźle i pokazywał tę jasną stronę swojej duszyczki. Ale później chyba obraził się, że mało jeździ i przeszedł na ciemną stronę mocy - zniknął mi kluczyki. Przeszukałem całą chałupę i garaż i podjazd, chyba ze dwa miesiące szukałem leniwie, a van stał i drwiąco mi się przyglądał. W końcu zdecydowałem rozwalić blokady i system amerykańskiej stacyjki, tyle, że odbiłem się od kierownicy w przenośni i dosłownie - nie dało się jej ściągnąć. Musiałem dorobić ściągacz - van tak solidnie przytrzymał kierę, że ściągacz się giął jak masełko. W końcu użyłem metod ultymatywnych (wiertarka z odpowiednim wiertłem da radę każdej duszy, co można w filmie "Pi" Aronofsky'ego zobaczyć) i kiera poszła, zaraz potem stacyjka, i można było odpalić samochodzik i jechać - całą niedzielę zmarnowałem na operację.

W następną środę znalazłem kluczyki, trochę zardzewiałe, upadły w trawę, obok małego tarasu przy drzwiach wejściowych domu.

Zaczęło mi coś świtać, ale jeszcze nie do końca zrozumiałem, że mam do czynienia nie tyle z typowym pechem, ogonem rozkładu prawdopodobieństwa znajdywania kluczy w trawie "po" zamiast "przed" zniszczeniem stacyjki w skali miesięcy i z ogólnym pierdolnikiem, ale raczej z maszyną kwantową, pięciowymiarowym potworem chaosu, który w naszym świecie objawia się jako bordowy van; z urządzeniem przy którym transformery filmowe to są jakieś młotki; ze mecha-smokiem prawdopodobieństwa. A może i mecha-supersmokiem.

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Gdyż albowiem jest plan, żebym za dwa tygodnie pojechał nim do UK. Co wymaga ogarnięcia różności w zastałym vanie, tudzież zrobienia przeglądu, jazd testowych itp. Więc zacząłem od hamulców przednich, które już dawno miałem zrobić; części leżą od miesiąca albo lepiej - ale śnieg przeszkadzał. W tygodniu odwilż więc rzuciłem się na robotę, jak pies na kość. Jedna strona (tarcza, klocki, etc.) poszła lajtem - wszystko solidne, duże i wentylowane (BTW zupełnie ten sam zestaw jest w naszym Camaro). Na drugiej stronie "omknęła" się główka śruby prowadnicy zacisku - uniemożliwiając rozmontowanie całości i wymianę części (a to ta gorsza strona, gdzie klocka nie ma już hoho, od 4kkm mniej więcej). Mada faka, van znowu pokazał cyberpazur.

Metody poradzenia sobie z niedemontowalną prowadnicą są różne, ale raczej wszystkie są niszczące co najmniej prowadnicę, albo i cały zacisk, albo i całą stronę zawieszenia, kwestia jakie narzędzia tortur się zastosuje - odkładając na razie na bok C4, spawarkę, tarczówkę i dremela, postanowiłem zacząć delikatnie, od zwykłej wyrzynarki do drewna, tyle, że dokupiłem najlepsze jakie znalazłem brzeszczoty HSS, do metalu.

Wczoraj ruszyłem do ataku - dobrze, że kupiłem trzy piłki, bo zużyłem akurat trzy (z tego dwie nie mają ząbków wcale...), ale w końcu prowadnica (śruba ok 10mm w tulejce fi zew. ok 16mm) została gładko przecięta i prawie bez szkód w koło, w gumie, w zacisku - fenomenalnie! sukces! (BTW jakby mi czy wam robił to fakowiec, to potrzebny byłby nowy zacisk kompletny, gdyż przeważnie "demontuje" się to spawarką albo tarczówką...). Teraz tylko zamówić prowadnice (około 60 zyka za jedną stronę, szt. 2) i poskładać hamulce. W międzyczasie jeszcze tłumik wymieniłem, bo poprzedni się nieco spruł i kiedyś został elegancko zawinięty w arkusz blachy, no ale diagnosta mógłby nie docenić nowatorstwa tego rozwiązania.

Dzisiaj mimo niedzieli, trza dłubać dalej, gdyż zaprawdę, mam sporo do roboty przez te dwa tygodnie - np. po dwu latach eksperymentu pt. "kiedy nasze ostatnie scorpio stanie bez dokładania zeta" złamałem się, i wymieniłem co nieco i ogarnąłem w Scorpio, gdyż będzie rezerwą dla Grażyny, kiedy mnie już nie będzie. A van przyglądał się i dumał. W końcu polazłem do niego też - nie mam prowadnicy hamulca, ale jest co robić, wnętrze, jakieś plastiki, zamek tylnej klapy itp. Grzebię w tyle vana, a on duma i przygląda się. Na tyle po bokach bagażnika ma dwie torby zapinane na ścianach, oryginalne, skóra pod kolor wnętrza, napisy pontiak. Zaglądam, co też w nich jest - oczywiście znajduję dawno zgubioną linkę holowniczą i inne graty. Pod nimi znajduję garść śrub od kół i nową, kompletną, pojedynczą prowadnicę zacisku hamulca przedniego.

TO JEST NIEMOŻLIWE.

Najprostsze i najsensowniejsze wytłumaczenie jest takie, że van przemyślał sobie wszystko i jednak bardzo chce jeździć, więc przeteleportował prowadnicę z innego czasu i miejsca prawie w moje ręce (skądinąd poskładałem go już, pół dnia się bawiłem różnościami i jeszcze się będę bawił, no ale jeździ a nawet hamuje jak złoto).

Inne wytłumaczenia są głupie. Oczywiście, można przyjąć, że prowadnica leżała w tej torbie od ponad 6 lat, między innymi gratami, tylko ja nie wiedziałem o tym. I ot, przypadkiem zajrzałem, akurat jak taką samą naderwałem, przeciąłem i potrzebowałem nowej. To teraz policzcie sobie - samochód składa się z kilku tysięcy części; prowadnica jest unikalna, nie mam nic podobnego w "przydasiach" garażowych, w sakwach, schowkach itp. vana nie ma więcej żadnych unikalnych części (tylko parę starych nakrętek kół i dwa typowe opaski-cybanty znalazłem). Okno czasowe wynosiło 48h, bo jutro zamówiłbym nowy komplet prowadnic.

Sytuacja jest równie nieprawdopodobna, jak urodzenie się prof. Kouski albo płeć dr. Dońdy (kto Lema nie czytał, niech się lepiej nie przyznaje), jak kwadratowa tęcza albo inteligentne życie na Ziemi. Wymiękam po prostu, siedzę w kąciku ssąc kciuk z przerażenia. No dobra, przesadzam, siedzę i piszę w zadziwieniu.

Mam tylko nadzieję, że kwantowa, zaginająca prawdopodobieństwa i czasoprzestrzenie, bipolarna duszyczka naszego vana pozostanie równie przyjazna przez następne pół roku. A hasło jakim go kiedyś opatrzyłem, że "nie oddam bez walki" staje się znowu bardzo aktualne - pomimo przewidywanych problemów z utrzymaniem go legalnie w UK, mam zamiar powalczyć w temacie, gdyż nie godzi się sprzedawać maszyny z taką duszą byle komu.








Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018