... czyli urlopik w PL. W sumie, bardziej wyjazd służbowy niż urlopik, ale co poradzić.
Gdyż pomieszkiwanie w dwu krajach wiąże się z całkiem sporą kupką upierdliwych problemów, głównie w kategorii "podatki", "ubezpieczenia", "zobowiązania" a czasem też "szrot". Stąd wizyty w PL są może nie do końca niezbędne, ale ułatwiąją i załatwiają, a alternatywa to zylion pełnomocnictw dla rodziny albo i najęcie jakiegoś prawnika.
M.in. z powodów formalno-prawnych przyjechaliśmy
vanem, zamiast przylecieć - kończy mu się przegląd, zbędnym jest w Szkocji, a zresztą wymaga już sporych nakładów, żeby utrzymać go w standardzie w jakim bym go widział, więc wpadało go odstawić do PL. Inna sprawa, że przejechał w 9 miesięcy około 30 tysięcy km, potem odstał pod chmurką 3 miesiące, a teraz dojechał w zasadzie bezproblemowo, pomimo szeregu różnych usterek jakie się nazbierały przez rok. Stąd chyba zostanie - pójdzie pod wiatę, może kiedyś zrobię z nim porządek.
Podróż zaczęliśmy fenomenalnie, zostawiając w domu obie nawigacje samochodowe, a w telefonie mi wysiadła appka, bo cośtam. Ale stwierdziliśmy "nic to, byle tylko nie myśleć" i polecieliśmy żwawo na Stirling-Edynburg-Newcastle, w pogodzie raczej szkockiej.
Tym razem przepłynęliśmy promem Newcastle - Amsterdam,
trochę większym niż Dover - Calais i płynącym trochę dłużej. Nieraz zastanawiałem się nad tym rozwiązaniem (jest wolniej, ale w cenie jest kabina więc nocleg, oszczędza się jakieś 850km czyli 1/4 trasy), jedyny problem, że przeważnie cena wydaje mi się z czapy, szczególniej w weekendy. Ale tym razem jechaliśmy we dwójkę (stąd podwójna kabina się przydała) i w środku tygodnia, a DFDS miało jakieś wiosenne promo cenowe, więc jednak.
Zrobiłem w porcie Newscastle nieco więcej zdjęć, ale w większości są nudne dla postronnych. W Amsterdamie było jeszcze mniej ciekawie, może poza fenomenalnym steampunkowym przemysłem wyłaniającym się z mgły (ale zdjęcie słabo oddaje)
Nie obyło się bez kłopociku, bo "udało mi się" nie wyłączyć zapłonu i van odstał godzinę na zasilaniu (i tak dobrze, że zaszedłem po cośtam przed odpłynięciem) i rano zapalić już nie zechciał. Ale załoga była przygotowana, starter mają pod ręką dla takich idiotów jak ja, niewiele prądu brakowało, więc zapaliliśmy od strzała. BTW na oko cała załoga marynarska i techniczna na duńskim promie pływającym z UK do NL - Polacy; stewardzi i obsługa pokładowa na oko Filipińczycy i okolice.
W międzyczasie naprawiłem appkę navi w telefonie, więc pierwszy wjazd przez Niderlandy rysował się nieco łatwiej, dopóki nie okazało się, że appka owszem działa, ale map Holandii nie było, nie ma i nie będzie. W końcu po wygrzebaniu z przydasiów papierowego atlasu samochodowego Europy (jak zwierzęta...) polecieliśmy na przestrzał i nawet udało trafić się w Hanower, a nie w Danię czy Bawarię.
Mała dygresja, ostatnio zdaje się popularna, stereotypowa i rzygliwa, ale co ja poradzę - co pewne, to że przez ostatnią dekadę polskie bydełko rozpanoszyło się po EU jak gnidy. Wiem, wiem, wśród czytelników bloga są ludzie normalni, stereotypy są zuem, a "efekt koktail party" zaburza mi spojrzenie, ale jednak - które TIRy NATYCHMIAST po zjechaniu z promu bawią się w "podaj drugie śniadanie" (czyli wyprzedzają się na dwupasmówce z różnicą prędkości 1km/h)? - pierwsze trzy to polaczki (a przez 1500km 9 na 10 to polaczki). Z czego szczególne pozdrowienia dla palanta który zablokował kilometrowym (nie przesadzam) korkiem obwodnicę Utrechtu. Kto leje w krzakach pod samym autohofem, bo pół euro za kibel to ZAWSZE będzie dla niego za drogo? - gość w koszulce jakiegoś gównianego polskiego kluby szmaciarzy kopiących gałę. Gdzie po raz pierwszy, drugi i kolejne obłyskano mnie długimi od tylca, nadlatując tak na oko z 50% przekroczeniem dopuszczalnej prędkości, bo za wolno wyprzedzam TIRy? - tak, zgadliście, dopiero na polskiej A2.
I tak dalej, próżne żale przybywajcie. A w tym kontekście jedna uwaga - mam silne wrażenie, że te 10-13 lat temu, kiedy zaczynałem sporo jeździć po Europie i świecie, polaczki czuły że są w EU biedne, głupie i było im wstyd w gumofilcach i z obornikiem we łbach pchać się na drogi i chodniki pierwszego świata. Teraz zmieniło sie tylko tyle, że buraki czyją się już u siebie i mają normalny świat w dupie, a nawet - robią mu na złość, bo tylko to potrafią zrobić perfekcyjne, zesrać ruch autostradowy i wyszczać się na niemieckie pobocze.
Mniejsza, choć mniej więcej pamiętam, dlaczego wyjechałem z tego kraju, dawka na przypomnienie nie zaszkodzi.
Na miejscu jest do załatwienia sporo spraw i zlew, ale jedną z ważniejszych zagadek było czym za tydzień wracamy - van zostaje, więc albo samolot albo
scorpio o wielu obliczach aka UFO, bo trochę gratów przydałoby się przewieźć, no i chce się czegoś w automacie i płaskiego do pojeżdżenia po Szkocji. Zdaje się, że jednak będzie to scorpio, bo po wykopaniu spod wiaty po pół roku (a w praktyce po roku), autek zapalił od strzała, jeździ i raje dadę. Trzeba go tylko odkurzyć, zrobić przegląd i zylion drobiazgów, ale jestem z nim raczej na "tak".
Od jutra zabawa zacznie się na dobre...