Moje muzyczne podsumowanie roku 2012.
W sensie bieżącej produkcji - tylko dwa bardzo bardzo jasne punkty,
Madonna i album MDNA oraz
Dead Can Dance i album Anastasis.
Pomniejsze nowości zauważone i nieco mocniej osłuchane - Kosheen i album Independence, Ladyhawk i album Anxiety, może jeszcze Linkin Park i Living Things.
Jeszcze nieosłuchane - nowe Mylene Farmer, Robbie Williams, Alanis Morissette, chyba nowa Kati Melua też była w tym roku.
Rozczarowania - albumy Offspring, Ultravox.
Wtopa roku (choć pomału osłuchałem się nawet z TYM) - Lana Del Rey.
W sensie zaległości, moich prywatnych odpałów i małych odkryć -
Austra (podziękowania dla gothmuchy), zaległe albumy Iris, Minerve i inne, już zapomniane.
Było też jak zwykle, na okrągło, sporo staroci - Sisters of Mercy, Enya/Clannad/irish, jakieś Coldplay czy inne Depeche Mode też.
W ogóle gigabajty tego, co zwykle, synth, triphop, elektronika, etno. Jedyny wyraźny odchył, że zacząłem dużo słuchać
muzy filmowej, a ostatni raz takie fazy miewałem raczej w zeszłym tysiącleciu...
Przyszły rok - zaciekawienie (ale klasy freak-show) Adam Ant'em, na pewno nowe Dido czy Avril Lavigne przesłucham. Ale jedyny album, który naprawdę mnie interesuje w stanie "na dziś", to zapowiadany Depeche Mode - jak pożyjemy, to posłuchamy.