Kradnę tytuł thrillera politycznego, bo pasuje mi do tematu ludzi, których wsysa wir paranoi antyszczepionkowej - co było niszą lata temu, i marginesem rok temu, w kontekście COVID i ew. szczepionki na COVID rozpełza się po mainstreamie, mediach, internetach, zwykłych ludziach.
O szczegółach paranoi ludzi przeciwko szczepieniom i czy ma sens z tym walka dyskusją i racjonalnością, w kontekście dobrobytu i Upadku Edukacji (TM) (R) co miałem napisać, napisałem w notce
"Zaszczepieni pozytywizmem". Ale nie poruszałem wtedy innego aspektu problemu, który powiedzmy miałem z tyłu głowy, ale nie chciało mi się wtedy go drążyć. Szczególniej, że zdarzało mi się o nim napomykać w notkach. Ale może zbiorę się oraz temat do kupy w jednym miejscu, czyli tutaj właśnie.
Od bardzo dawna mam intuicję, zgodną z psychologią ewolucyjną (chyba miałem to, zanim psychologia ewolucyjna została spopularyzowana w '90), że nie jesteśmy tylko socjo-zwierzętami, jak w socjobiologii, ani nie jesteśmy też unikalnymi "człowiekami", co to czynią se Ziemię poddaną i brzmią dumnie, jak w klasycznej socjologii czy psychologii czy nawet filozofii, tylko gdzieś pośrodku (właśnie w duchu evo-psych) - no jesteśmy tymi "człowiekami", ale z kolosalnym brzemieniem "z sawanna".
Dobrym przykładem jest nasze zamiłowanie do słodyczy - na pewno jest to ewolucyjnie "stare" jak cholera, mnóstwo wszystkożernych zwierząt "leci na cukier" jak my; misia ciągnie do miodu, a mnie do ciastków. I miało to przed wiekami dobry sens, kiedy dzikie misie czy homo sapiensy przymierały głodem i każda kaloria się liczyła. Ale obecnie wszyscy natychmiast kończymy spasieni jak tuczniki.
O ile przykłady w miarę biologiczne jak wyżej nie są zbyt kontrowersyjne, to w miarę posuwania się na osi "biologia - psychologia", zaraz zaczynają się pyskusje, mordobicia, czasem z peer review, a czasem bez peer review, na zasadach ogólnych. No bo co innego teoryjki o cukrze, co innego o altruizmie czy etyczne, a zupełnie co innego o cyckach czy o pedofilii czy o rasach.
Wracając do tematu paranoi antyszczepionkowej - nazywam to "paranoją" bo z mojego punktu widzenia, oczywiście, te wszystkie obawy i strachy, które napędzają normalnych ludzi do rozsyłania rodzinom i znajomym tekstów czy linków do antyszczepionkowych bajek i bzdur (a których rozpowszechnianiu i nakręcaniu "zarabiają" lajki albo i monetki "aktywiści", którzy są albo głupi, albo źli), to oczywiście strachy i obawy nieuzasadnione. I w mocy pozostaje to wszystko z notki jw. czyli tezy o ignorancji i atawizmach przeciw "kłuciu", czy "leczeniu zdrowego", czy "bo dziecko płakało". A słowa kluczowe w kontekście to nie "ignorancja" czy "w internecie każdy znajdzie wszystko" tym razem, ale "obawy i strachy".
Bo kontekście antyszczepionkowym wypływającym wśród poza tym całkiem normalnych ludzi, lepiej niż na innych podobnych obecnych przykładach widać inny "atawizm", znacznie głębszy i moim zdaniem fundujący olbrzymie obszary naszej kultury, i w ogóle nieszczęścia, czyli - czy musimy się ciągle bać i znajdować sobie strachy, już mniejsza z tym czy prawdziwe czy wyimaginowane?
Albo, z innego punktu widzenia, czy w miarę wyedukowani, widzący trochę lepiej i dalej ludzie, nie łykający z marszu "fałszywych map ryzyka" od tradycyjnych mediów czy w ogóle od "anonimowych łosi z internetu" - jak na przykład ja -
sumarycznie boją się mniej?.
Czasem mam wrażenie, że suma naszych osobistych strachów jest ewolucyjnie (w sensie - za ostatnie parę tysięcy lat, kiedy możemy w ogóle gdybać o psychologii homosapiensów) stała albo przynajmniej - mieści w bardzo wąskim przedziale. Nie mówię oczywiście, że jest genetycznie zamrożona jak instynkty u byle płaza, ale mam wrażenie, że jest z tym jak z np. językiem - wydaje się, że mamy solidnie wbudowaną genetycznie i ewolucyjnie predyspozycję do języka, i całe konstelacje społeczno-kulturowe się wokół tego obracają. Analogicznie - mamy solidnie wbudowane osobiste predyspozycje do strachu i "martwienia się na zapas", stąd nie ma opcji, żeby kontekst społeczno-kulturowy nie eksploatował tak "pięknej" możliwości. I może jak z językiem itp. - jedni mają nieco większe, inni nieco mniejsze, ale wszyscy mamy w pewnym sensie podobne predyspozycje.
Ale w przeciwieństwie do wyewoluowanych zdolności językowych, "strach nakazuje cały czas się bać" to jest znacznie bardziej brzemię niż przewaga, zresztą, jak wiele innych zaszłości "z #sawanna", coś jak z tą chcicą na słodycze - to co miało dobry sens w paleolicie, żeby elastycznie, nawet jeśli "na zapas", pomartwić się o zapasy na zimę, a może o zapasy na suszę, a może o to gdzie tym razem polazły mamuty, itd. (i z tych obaw zaplanować co nieco) dawało hominidom gigantyczną przewagę nad zwierzętami i w opanowaniu planety, straciło sporo sensu, kiedy życie zaczęło płynąć bardziej należycie, i można było zacząć się martwić nie tylko o zimę, czy co nas zeżre jutro, ale też o to, co jest z tym p... Księżycem na niebie i co się stało po śmierci z ciotką Uuk, którą zeżarło wczoraj, i zaraz wyeksploatowali te obawy a to bajarze od zmyślonych przyjaciół czy nieprzyjaciół z Księżyca, czy innych zaświatów, no a ci cwańsi, to już nie byli bajarze, tylko eksploatorzy w pokroju teleewangelistów, tylko sprzed czasów tele- i -ewangelii, więc musieli radzić sobie z tabliczkami i z eposami, żeby porządnie przestraszyć ludzi i odciąć sobie od ludzkich strachów ciepłe posadki i tłuste bonusy.
A po wiekach i wiekach, "nic się nie zmienia", nie ważne, że mamy coraz mniej problemów i osiągamy jakiś tam postęp, "odrywając" naszą cywilizację od natury, jej klęsk, nieprzewidywalności i całego badziewia po prostu - nadal i zawsze mamy się o co martwić i czego bać. A jeśli nawet nie mamy, to sobie coś wynajdziemy. A jeśli nie mamy do tego głowy czy zdolności, rzesze stroskanych amatorów i zawodowców, z darmo albo za symboliczną, albo i wcale nie symboliczną, opłatą, bardzo chętnie przypomną nam stare strachy, oraz wynajdą nowe, mocne, modne, istniejące lub nie, żebyśmy się mogli bać, tak jak na stroskanego człowieka w społeczeństwie, czy w internecie, przystało. Nie ważne czy bać się ospy, czy szczepionki na ospę, czy polio, czy braku jedzenia, czy utraty honoru, czy piekła, czy gejów, czy COVIDu, czy braku ropy, czy nadmiaru jedzenia, czy faszystów, czy katastrofy klimatycznej, czy braku miłości, czy szczepionki na COVID.
I wydaje się, że nieważne są jakiekolwiek intersubiektywne miary, że niby polio jest znacznie straszniejsze niż szczepionka na polio, czy że utrata honoru jest znacznie mniejszą osobistą stratą, niż samobójstwo z powodu utraty honoru, itd. Suma wszystkich strachów zdaje się stała i wywiera ten sam przemożny wpływ na ludzi.
Najciekawsze, czy kiedykolwiek się to zmieni? Nawet nie tyle, że jutro, czy za naszego życia (bo w to raczej nie uwierzę). Ale także w sensie lekkiego SF, czyli historiozoficznym, a nawet grubego SF, w sensie ewolucyjnym?
Potrafię sobie takich "ludzi przyszłości" czy istoty wyobrazić, tylko nijak nie przypominają mi ludzi.