Na tle przeczytania
notki Janiny o nadmiernie aroganckiej reakcji na ignorancję a także nieco w kontekście wydania książki
"Nie daj się wkręcać szarlatanom" nasuwa mi się parę komentarzy.
Janina rzuca w czytelnika wstępnie: "Ej, a pamiętacie tę lekcję w szkole, gdzie tłumaczono nam szczegółowo, jak przebiega prawidłowy proces wnioskowania i w jaki sposób ustalane są związki przyczynowo-skutkowe w nauce? Wiecie, ta lekcja, KTÓREJ NIGDY NIE BYŁO.".
No soreczki, to może w waszej szkole nie było. W mojej była. I to niejedna. Pod pretekstem lekcji fizyki, chemii, biologii, matematyki nawet, między innymi tego nas uczono - jak się wnioskuje w nauce, co to są związki przyczynowo-skutkowe, czym się różni "nauka" od "wiedzy", co to "teoria", itd itp. Oczywiście, na adekwatnym, szkolnym "dziecinnym" poziomie. I nie mówię, że do wszystkich to dotarło, no bo niektórzy mieli jakby większe problemy z przyswajaniem pojęć niż inni. Ale jednak, była.
Podejrzewam, że treści te były i są nadal przynoszone do szkoły przez co lepszych nauczycieli. Nie żeby przyswajane były łatwiej czy powszechniej, w czasach skażenia deficytami uwagi na tle osieciowania i "zaklikania" umysłów i "nadmiernego" dobrobytu. Ale pewnie są.
Tylko, że są coraz mniej potrzebne, przynajmniej pozornie i do czasu. Bo osiągnęliśmy taki moment na skali dobrobytu i w stronę społeczeństwa 20/80 (20% elit, 80% proli), że emocje i samopoczucie jednostki są znacznie ważniejsze niż jakieś nauki, wnioski z nich, i w ogóle jakiekolwiek intersubiektywne czy obiektywne zaszłości. DO CZASU przynajmniej i dla przeciętnego Kowalskiego czy Browna.
Większości ludzi bogatego zachodu życie płynie na tyle należycie, że nie szukają możliwości poprawienia swojego statusu, jakości życia itd. na drodze w miarę rzetelnej nauki czy racjonalnej wiedzy, a dokładniej - wielostronny koszt tej drogi jest dla nich niewspółmierny do możliwych zysków. Znacznie "taniej" mogą sobie "życie", tj. samopoczucie poprawić hołubiąc swoje emocje i "najmojsze" Silne Przekonania, podpierając się dowolnymi głupotami z netu, oraz wyrażając je na globalnej scenie fejsbuniów i instagramków, niż studiując jakieś nauki czy zdobywając wiedzę.
Co skądinąd nieco się w pale nie mieści ludziom z biedniejszego Południa czy Azji, gdzie nadal wiedza i nauka ratuje życie, daje perspektywy awansu społeczno-ekonomicznego, itd. itd.; oni to widzą jako kolejne "szaleństwo białego człowieka" - Hindusi czy Afrykanie tylko kręcą w zdumieniu głowami na zdebilenie Europy czy USA i że "najwyraźniej mają tak mało problemów, że sobie zmyślają sztuczne - nowe".
W szczególe co do szczepień, nie łudźmy się, że antyszczepionkowcy itp. szukają Prawdy o Szczepieniach czy Najlepszej Opieki Zdrowotnej. Moim skromnym zdaniem, większość z nich napędzają dwa mechanizmy związane z cielesnością i dwa psychologiczne: a) wynikający "z sawanny" opór przed zastrzykiem, dziurą w skórze, aż po obrzydzenia w kierunku
trypofobii (ostrożnie z guglaniem w temacie!); b) wynikający "z sawanna" opór przed "leczeniem zdrowego", magiczne "odwrotne" pseudownioskowanie, że leczenie czy medyk/szaman/lekarz może przynieść
zdrowemu dziecku nieszczęście, ten krzyk mózgowy czy autyzm; c) psychologiczna potrzeba umocowania własnego indywidualizmu, wbitego do łba przez całe życie - stąd każdy, nawet najciemniejszy ignorant-indywidualista tak chętnie próbuje być
specjalistą Dunninga-Krugera, w dowolnie wybranej dziedzinie; d) psychologiczna potrzeba umocowania kruchej samooceny prola, że może i ogólnie jest przegrywem, ale przynajmniej jest "dobrym rodzicem" w rozumieniu jakiejś grupy wsparcia czy otoczenia, mniejsza czy pro czy antyszczepionkowego, i że robi co może dla najcenniejszego na świecie
bombelka, tylko, że czasem niefortunnie w duchu pkt. a-c.
Mój punkt będący: naprawdę niewielu ludzi wychodzi poza powyższe, w szczepionkowych czy antyszczepionkowych rozważaniach czy riserczach, oraz ew. dobro i zdrowie dziecka to jest ten pomniejszy problem (czego dowodem brak jakiejś powszechnej skruchy i publicznego samobiczowania wśród rodziców, którzy "załatwili"
bombelki brakiem szczepień, czy debilna dietą, czy podobnie - jakoś przeważnie do końca albo i po końcu uważają, że byli bardzo dobrymi rodzicami, tylko coś pechowo nie fyfło). Jeśli jednak wychodzą ponad powyższe małpie problemy z sawanną i stadem, i naprawdę zależy im na opiece zdrowotnej, są w stanie douczyć się podstaw metody naukowej i ocenić problem i rozwiązania, z wnioskami jakie niesie, cóż, nauka.
Podobnie płaskoziemcy czy inni danikenowcy, nie szukają przecież najlepszych i najprostszych wyjaśnień (bo te z definicji niesie nauka, a jeśli ma się jakieś własne sensowne, to można je naukowo badać i umacniać), tylko idą po linii najmniejszego oporu w zaspokajaniu swoich zachcianek emocjonalnych; może mniej "z sawanna", bo te hobby są bardziej intelektualne niż altmedy czy proepidemiczne. I stąd też konsekwencje nieco skromniejsze i mniej zbrodnicze, niż zabawy tępawych małp naczelnych w medycynę.
Wracając do apelu jak Janiny, książki doktorów - blogerów czy kiedyś aktywności jak Blog de Bart (a propos, właśnie minęła 3 rocznica zamilknięcia BdB...) - "życzę powodzenia, nie wróżę sukcesu". Gdyż w warunkach jw., dobrobytu i szukania głównie emocjonalnych zysków oraz hołubienia atawistycznych wstrętów przez zbędne 50% ludzi Zachodu, działania pro-naukowe czy racjonalne są w gorszym położeniu, niż w jakimś XVIIIw. - bo dla większości adresatów "są na nic".
Jedyne, co wydaje mi się sensowne, to poprawianie i umacnianie edukacji, szczególniej z rozszerzeniem na filozofię dziedzin i nauki jako takiej, zamiast wkuwania wiedzy; rozszerzania najlepiej metodami sokratejskimi. Nie, żebym
ja osobiście miał zadatki, cierpliwość czy zacięcie do, no ale nie jestem zawodowym nauczycielem (zresztą, zdaje się i tak mam więcej cierpliwości w edukowaniu jakichś praktykantów czy początkujących inżynierów z dosłownie przyzerową wiedzą zawodową, w porównaniu z kolegami/rówieśnikami w okolicy).
Ale na "mocniejszą" edukację przyzwolenia nie ma, bo jw. to przecież szkodzi
bombelkom, które takie zmęczone i zapracowane, i tyle korepetycji potrzebują!
Co daje jakże piękne błędne koło, DO CZASU. Bo kiedy ewentualnie będzie tu powszechny płacz i zgrzytanie zębów jak w Afryce czy PRLu 1982, to w końcu nieco wróci "cenność" edukacji, a potem wiedzy i racjonalności naukowej.
Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie (stąd "ewentualnie") i że będziemy mogli spokojnie taplać się w bagienku samozadowolonej ignorancji, którą tak nieładnie jest krytykować, jeszcze przez wiele dekad; a nie, że w nim prędziutko utoniemy.