1. Ostatnio miałem jakąś fazę w temacie muzy latającej wkoło mnie "rany, nic nowego nie słucham, dlaczego" i poszedłem w internety poszukać czegoś ulubionych autorów, ulubionych gatunków, ostatecznie jakichś zupełnych nowości, albo "nowości" (dla mnie, czyli nieznanych rzeczy sprzed lat).
I trochę poległem. Starzy ulubieni autorzy robią "na jedno stare kopyto", albo zamilkli, albo wymierają (ostatnio - Nick Ryan, producent/dźwiękowiec bez którego (OK, plus jego żona pisząca teksty), nie zaistniałaby Enya), bo są w okolicach 70 albo i 80 latek. Młodsi (nasi rówieśnicy i millenialsi) często robią się dla mnie niestrawni, bo już utracili cnotę młodości i świeżości, za to wzmogło im, powszechne w obecnej fazie sztuki czy nawet cywilizacji, uber-indywidualizm i uprawianie muzyki "terapeutycznie", zamiast czegoś nieco bardziej uniwersalnego, np. czegoś, co w ogóle do mnie przemawia. W najmłodszym pokoleniu jeszcze bardziej nie znajduję nic wartego uwagi.
Niektóre ulubione gatunki zanikają, np. gdy poszukałem obecnego "a la trip-hop", dostałem raczej psychodelic niż to, co rozumiało się jako trip-hop w Dawnych Czasach (np.
FKA Twig, interesujące skrzyżowanie Bjork z psychodelic i dansem i odlot, ale przecież wpieranie, że to post-trip-hop, to wpieranie...). W temacie prawnuków synthpopu czy new wave, dostaje się pociągiem towarowym średniawych podróbek dawnego synthu, tylko że tak w zasadzie po co mi takie sobie podróbki, mające chyba dawać dziadersom nie tyle muzę co ultra nostalgia trip, kiedy są porządne oryginały.
Oczywiście, to są narzekania dziadka kreteńskiego. I oczywiście, "ominiętej" czy "zapomnianej" muzy, obok hałd tej słuchanej "zawsze", tak naprawdę mam wagony. A niebawem odpowiednie AI dostarczą mi idealnie dziaderską, czyli żeby niby była nowa, ale taka jak stara.
Ale trochę dziwnie, że aż tak trudno coś wypatrzyć w internetach w temacie, 5 czy 10 lat temu jakby było łatwiej. I przecież nie miałem 5 czy 10 lat temu 15 lat, też byłem grumpy old guy...
2. Światełko w tym ponurym tunelu: po 10 latach nagrał kolejną płytkę
Jamie Woon. Debiutancka
"Mirrorwriting" bardzo dostarczała w 2011r., "Making Time" w 2015r. jakoś mi się nie przyjęła, ale teraz "3, 10, Why, When" znowu daje radę.
(BTW podpowiedź tej płyty nastąpiła w stylu
"witajcie w utopii-dystopii": player domowy przypadkiem puścił "Night Air" z "Mirrorwriting" na chałupę, któryś sprzęt telefoniczno-śpiegarski to rozpoznał, i zaraz podrzucił żonie na YT premierowe single z "3, 10, Why, When". Bez żadnych szukań, logowań, subskrybcji, spotifajów, świadomego używania AI - "Algo pieści, Algo radzi, Algo nigdy cię nie zdradzi (drobnym druczkiem) zależy komu i za ile")
(post scriptum)
Przy okazji pisania notki, czyli grzebania w YT, porządkowania starych linków i sprawdzania nowych, Wielki Brat Gugiel pochylił się z troską i podpowiedział mi coś lekkostrawnego, a mnie zupełnie nieznanego -
Night Tapes, czyli estońską znaną wokalistkę z brytyjskim wsparciem. Chwała i sława Algo.