(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Prywatne odkrycie tygodnia -
Jamie Woon. Piosenka
Lady Luck chyba leciała jakiś czas temu nie tylko na tvsat, ale i w radiu, ale ja słabo znoszę soul z dubem, czy co to jest, raczej w dawkach homeopatycznych tylko, tudzież ciężko znoszę facetów śpiewających falsetem, więc przemknęło mi to przez jedno ucho i wypadło drugim, chociaż przykrości nie spowodowało wielkiej.
Ale dziś w nocy przyjrzałem się dokładniej (bo za pierwszym razem obejrzałem pół i to jednym okiem i, nie śmiać się, przy bardzo ściszonej fonii - więc znowu było "falset i jakiś tam soul, tyle że tele może być") temu:
i mi zagrało, że weź (ten BAS...). Zara z rana polazłem na tubę a tam same piękno i dobro. I zara wybaczyłem falset i soul, bo takie chili to ja rozumiem, i mi dostarcza i grzeje stare kości. A z krzesła całkiem spadłem jak posłuchałem i zobaczyłem to:
bo niby wiem, że jest gdzieś tam na zewnątrz jazz, i dżemy, i niektórzy DJ potrafią coś na żywo fajnego sklecić, i ludzie koncertują a capella, ale to nie moje rejony, i po prostu wyparłem, że takie piękne rzeczy jeszcze istnieją w XXIw.
Konkludując: gość potrafi, płyta Mirrorwriting zamówiona; i w takie dni mam wrażenie, że teza, że "mieszańcy ducha" najbardziej dostarczają, to nie teza, tylko najoczywistsza prawda na całym pięknym świecie.