Mieliśmy wczoraj niespodziewaną pobudkę i parę bardzo nerwowych godzin.
O szóstej rano, o lokalnym świcie, zawyły oba nasze telefony alarmem publicznym (ekwiwalentem polskiego RCB). Greckie służby nie nadużywają alarmów (w przeciwieństwie niektórych innych krajów...), przez ponad rok może ze dwa razy były słuszne alarmy i chyba raz ćwiczebny, więc poderwało nas ostro.
O świcie...
Zanim zlecieliśmy na dół, gdzie walają się nocami nasze telefony i sprawdziliśmy alert, było wiadomo o co chodzi - z wysokości naszego piętra było widać dym, szeroko walący z doliny na północ od nas, zaraz za "pierwszym większym garbem". A żona stwierdziła, że od dawna czuła dym, ale myślała, że jej się wydaje (po covidach jakoś mało kto jest pewny swojego węchu...).
(Pierwsze, co zrobiłem, to wyprowadzenie samochodu z garażu, bo mamy taki [wyraz] rodzaj drzwi garażowych, który po wyłączeniu prądu można co najwyżej pociąć/porąbać, ale nie otworzyć...)
Sytuację kolosalnie pogarszał porywisty wiatr wiejący od paru dni. Jedyne, co w nim było mikroskopijnie dobre DLA NAS w tym momencie, to że gdzieś około weekendu obrócił się z północnego na zachodni...
Alert podawał info o pożarze w obrębie naszej wsi i nie ogłaszał jeszcze ewakuacji. Ale wyjaśniło się, że jest słabo, bo w perspektywie górek i garbów na północ, wzdłuż skraju masywu Idy, o świcie, wydawało się, że może pożar idzie w pół drogi między nami a następną dużą wsią - jednak był znacznie bliżej nas. Dolina - pęknięcie w masywie (dająca efektowne plamy światła zachodzącego słońca na osi, po przeciwnej stronie naszej doliny, pod wieczór leżącej w cieniu masywu), działała jak wielka dysza, sprężająca zachodni wiatr, napędzający kilometrowy pożar.
Oczywiście, praktycznie cały ten teren to łatwopalne gaje oliwne...
Aha, dla ustalenia uwagi, nasz dom jest na skraju wsi od północy, razem z paroma innymi, gdyby pożar rozszerzył się na południe, byłby jednym z pierwszych na drodze...
Służbom kreteńskim należą się megalo kudos za całą akcję, ale głównie za krytyczny, NAPRAWDĘ KRYTYCZNY początek i tempo rozwinięcia działań, w mojej ocenie fenomenalne (tzn. nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek zrobiłby to dużo szybciej czy lepiej, a troszkę doświadczenia ze strażactwem przemysłowo-przeciwchemicznym miewałem). Cięższe wozy lokalne straży pożarnej dojechały z kilku kierunków, strasznymi dróżkami na tych naszych zboczach zboczków, rozpoznawać akcję i stawiać zapory w stronę wsi naszej i sąsiednich, zanim my rozejrzeliśmy się na dobre. Pierwsze dwa śmigłowce, chyba z Heraklion, ciężki Kamow Ka-32 z koszem i Bell/Huey z "miską-namiotem", doleciały w ciągu minut po alercie, potem dotarł trzeci, też Bell z "miską". Koło naszego domu przecisnął się lżejszy wóz ratownictwa i zaparkował na widoku z balkonu, chyba z niego poleciał ciężki dron na rozpoznanie.
Kamow Ka-32
Bell/Huey
Bell/Huey
Przez chwilę wyglądało to stabilnie, dojechało w okolicę więcej służb (w sumie: 27 wozów i 120 strażaków, 7 zespołów Leśnictwa Specjalnego, 1 zespół ratownictwa, gminne autocysterny wodne, no i 3 śmigłowce). Skądinąd ważne było, że helikoptery latały po wodę gdzieś blisko, jakieś jeziorko w górach? wahadłowo rzędu 5-10 minut; przeważnie wchodziły do albo wychodziły z akcji prosto nad naszym domem, huk: spory, szczególnie przeciwbieżnych wirników Kamowa.
Wydawało się, że zwiewa wszystko na wschód, czyli w linii równoległej do nas o jakieś 2-3 kilometry; ale po pewnym czasie, rzędu godziny, zrobiło się tak, że zaczęliśmy się pakować. Dokumenty, ważniejsza i lżejsza elektronika, trochę ciuchów; skądinąd dobrze mieć vana, do którego ew. można wrzucać rzeczy jak leci.
Nowe ognisko po prawej. Przy dymie po lewej: wóz straży "na garbie".
Bo wiatr nagle przerzucił ogień o jakieś pół kilometra na wschód, na przeciwne zbocze naszej doliny, w parę minut powstało nowe ognisko, które mieliśmy doskonale na widoku - jakby papier się palił a nie drzewka oliwne, wiatr rozdmuchiwał kolisko ognia błyskawicznie. Niby było to "adresowane" głównie do następnych wsi na wschodzie, Agios Myronas i Pyrgou, ale...
Nowe ognisko, błyskawicznie rosnące. Te smukłe wielkie "drzewa" to jałowce.
Śmigłowce, w dymie, walczące z wiatrem znoszącym je i znoszącym zrzucaną wodę, szybko zdławiły nowe zarzewie, ale przez te parę zrzutów na nowy cel znowu rozwinął się pożar w dolinie.
Kiedy ciężki wóz straży, stojący od początku akcji na garbie na północ od nas, zwinął się i wylazły w tym miejscu kolosalne płomienie, jakiś kilometr od nas po prostej, plus zaczęło dymić zza garbu nieco na zachód (po lewej), zaczęliśmy serio przymierzać się do odjazdu. Bo gdyby ogień przeskoczył ten garb, to już byłoby adresowane prosto do nas, a potem do naszej całej wsi...
Centralnie Kamow zrzuca w krytyczne dla nas miejsce, ok. 1km po prostej, gdzie wylazły płomienie i zwinął się wóz koczujący wcześniej.
Ale parę celnych zrzutów (najlepszy był żółty Bell, Kamow też niezły, biały Bell trochę za szybki, za nerwowy, za wysoko rzucał) stłumiło ten grzebień ognia. Mamy nadzieję (bo nie widać od nas, na zdjęciach po lewej, za bliższym grzbietem/zagajnikami), że na tym samym garbie przetrwała winiarnia Diamantakis, znana w okolicy, świeżo po remoncie. Może jutro przejdziemy się obejrzeć tamten garb.
Po tym krytycznym dla nas momencie zrobiło się lepiej (chociaż Kamow odleciał, chyba do Heraklion po paliwo), około 10 rano było widać, że pożar jest opanowany. Ale kiedy Ka-32 wrócił, to jeszcze do południa helikoptery dogaszały pogorzeliska, szczególniej w górze doliny, tam gdzie się zaczęło.
Generalnie, nie poleca się doświadczenia, pożarowi dajemy ocenę 0 na 10. Ale służbom kreteńskim 12/10, szczególnie za rozwinięcie do ataku, i tempo koordynacji i akcji w naprawdę krytycznym początku. Oraz bez śmigłowców, ich dobrych pilotów, i dobrych koordynatorów tego wszystkiego, to dziś paliłaby się już cała centralna Kreta.
Bo jeśli nie uda się zdławić zarzewia na kilometrze czy dwu, kończy się jak rok temu po drugiej stronie masywu Idy, czy jak obecnie na Chios, wypalonymi dolinami i spalonymi wioskami. Kiedy w takim terenie, tak porośniętym, przy takich suszach i wiatrach, płomień rozejdzie się szerzej, to po prostu nie ma takiej ilości ludzi i samolotów/śmigłowców, żeby to opanować.
Za to trzęsień ziemi ostatnio jakoś prawie nie ma, w bliskiej okolicy.
[post scriptum, 25-06-2025]
(zdjęcia kartoflem, czyli badziewną komórką)
Garb za którym szalał pożar, winiarnia Diamantakis po lewej, ślad drugiego zarzewia po prawej
Przeszliśmy się obejrzeć pogorzelisko i czy winiarnia Diamantakis przetrwała (te budynki po lewej). Na zdjęciu centralnie jest garb, z którego wycofali się strażacy i gdzie widzieliśmy ogień. Po prawej zaraz "przy drzewie" czarne pogorzelisko tego drugiego zarzewia, zaorane spychaczem itp.
Ślad drugiego zarzewia na środku. Czerwona strzałka: lokalna stacja paliw...
Centralnie "zaorane" miejsce drugiego zarzewia. Czerwona strzałka wskazuje stację paliw, wiatr wiał na lini lewo-dół -> zarzewie -> stacja paliw i przysiółek około niej, szybko by poszli z dymem. Oraz lekko na południe - my i nasza wieś, po prawej za krawędzią; lekko na północ, ta wieś na garbie, Agios Mironas.
Wypalona dolina, lekko na zachód, widok spod winiarni Diamantakis
Wypalona dolina, lekko na wschód, widok spod winiarni Diamantakis
Winiarnia przetrwała, ale blisko było, ze 20m od nich doszło, dobrze, że od strony pożaru była łysawa skarpa, a nie łagodniej i miły gaj oliwny... To są zdjęcia zaraz zza ich hali, znad murku oporowego i skarpy. Skądinąd, nie załapał się na zdjęcia (zaraz poza lewą krawędzią) stary drewniany słup elektryczny, osmalony i przewrócony - mam wrażenie, że mógł oberwać toną wody ze śmigłowca, bo w krytycznym momencie walili w tę skarpę, na zdjęciach jakby "pod nogi". Inny skądinąd: ta dolina zakręca na południowy-zachód / południe, i tam zaczął się pożar (za garbem i lewą krawędzią pierwszego zdjęcia powyżej); wydawało mi się, że idzie na zachód, tam gdzie jest duży przesmyk między dwoma górkami (lewa ok 1500m, prawa 1200m), ale tam teren podnosi się szybko, przełęcz jest na ok. 800m.
Pogadaliśmy z miejscowymi, wg nich to był duży pożar jak na Kretę i rzucono znaczne siły przeciwko. Ich nastawienie jest rzeczowo-fatalistyczne: "oliwki i lasy odrosną, grunt że nikt nie zginął, a nawet nic się nie spaliło istotnego, poza paroma szopami". Ale wszyscy rozumieją, że to tylko dzięki ekstra ogarniętym służbom. Skądinąd, nadal dwa patrole straży (w tym ciężkie wozy) koczują, po obu stronach pogorzeliska, na wszelki wypadek, miejscowi nie byli pewni jak długo jeszcze zostaną, ale co najmniej dzisiejszą noc.