Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2017-10-08, niedziela
Tagi:  marynata, rapiery
___________________________________
Jeśli ma się zamiar stworzyć dla przeciętnych homosapiensów jakiś etos, jakąś kulturę organizacji, warto trzymać się kilku sprawdzonych od wieków, może i tysiącleci, zasad - trza mieć solidną, przemawiającą do wyobraźni przeciętnego człenia, materialną "podkładkę"; trza mieć odpowiednich ludzi (a przynajmniej jakąś centralną grupkę, jakieś serce zespołu), która jest w stanie etos zbudować, utrzymać i przekazać; no i trzeba zachować ciągłość, kontynuować przez dłuższy czas, jak z angielskim trawnikiem, "wystarczy regularnie podlewać i strzyc, i już po 400 latach ma się piękny trawnik".

Po spełnieniu powyższych dostaje się średniowieczny zakon, japońską korporację, szwajcarski regiment piechoty albo np. okręt wojenny, którego historia nie to, że przekracza normy swojego czasu i miejsca, ale wręcz wylewa się z ram i przekracza ludzkie pojęcie.

(Może da się to zrobić inaczej, ale prędzej zdechnie się próbując.)

Aha, dobrze jest dać przedsięwzięciu chwytliwą i przemawiającą do wyobraźni nazwę, to pomaga, gdyż małpy, które opanował(y) język, uwielbiają chwytliwe nazwy. Więc pomimo całego szacunku dla, lepiej nie nazywać okrętu "Kontradmirał Xawery Czernicki" czy "Flaming" czy "Wdzydze", ale może jednak "Grom" czy "Piorun".

Powyższą lekcję Royal Navy opanowała dosyć nieźle przez jakieś 400 lat (jw. "podlewać i strzyc"...), może dlatego czasem jest o czym opowiadać.

Pierwszy okręt Warspight zbudowano w 1596r., pod koniec panowania królowej Elżbiety I. Ostatni jak na razie, siódmy HMS Warspite, służył całkiem niedawno za Elżbiety II, obecnie czeka na złomowanie. Kiedy budowano pierwszy, 29 działowy galeon, Royal Navy nie nazwała się jeszcze Royal Navy, nie dodawano przed nazwami okrętów skrótu HMS, a brytyjska globalna potęga i organizacja morska nikomu się jeszcze nie śniła. A ten ostatni Warspite, to był duży uderzeniowy okręt podwodny o napędzie atomowym (SSN), jakby kto pytał.

(Dygresja - nazwa jest "nieprzetłumaczalną grą słów"; no dobra, trudno przetłumaczalną, powiedzmy, jest to "Wzgarda Wroga" czy "Wzgarda Wojny" w sensie "gardzę tym, co wróg/wojna może mi przynieść"; nie da się moim zdaniem przetłumaczyć tak, żeby oddać sens, zwartość, archaiczność i mocarność jednocześnie. Choć czasem mam wrażenie, że "Pohybel" byłoby niezłe. Dygresja do dygresji - jest jeszcze konotacja żartobliwie-tradycyjna, bo "spight" to był też "dzięcioł", stąd różne nieoficjalne zaszłości związane z "woodspight" i "woodpecker" zamiast z "warspight"...)

W sumie okręty Warspite mają najwięcej odznak honorowych (za konkretne bitwy i kampanie) w całej 400 letniej i wielotysięczno-okrętowej Royal Navy.

Ale nawet w tej elicie, jest okaz, który przebija elitę o rząd wielkości - szósty HMS Warspite, pancernik, numer burtowy 03, zacny rocznik 1915.

Powstał jako wynik ryzykownego założenia (a może wręcz "zakładu") znanego Winstona Churchilla (wtedy Pierwszego Lorda Admiralicji, czyli ministra do spr. morskich), znanego admirała Jackie Fishera (wtedy Pierwszego Lorda Morskiego, czyli szefa operacyjnego Royal Navy) oraz niezbyt znanego dyrektora Biura Konstrukcyjnego Floty, kontradmirała Archibalda Moore'a. Wszyscy ci dżentelmeni (ale szczególniej Moore) postawili, także swoje kariery, w wyścigu zbrojeń morskich na początku XXw. na drugą generację pancerników - drednotów, mając ich koncepcję i kluczowe elementy wyłącznie "na papierze" - szczególnymi niewiadomymi były dwa zagadnienia, nieistniejące jeszcze działa 15 cali (381mm) i zasilanie kotłowni wyłącznie ropą, zamiast węglem.

Dodatkowo - zaplanowano od ręki trzy, potem cztery, potem pięć (a potem nawet sześć - ale szósty skreślono) okrętów tego typu, budowanych praktycznie równolegle. Więc ryzyko techniczno - ekonomiczno - polityczne było znacznie pomnożone.

Ale jak rzadko kiedy, w zasadzie wszystko zagrało zgodnie z planem i udało się poskładać techniczne puzzle w bardzo zgrabną całość, i pancerniki (w swoim czasie zwane super-drednotami albo szybkimi pancernikami) typu "Queen Elizabeth" okazały się w zasadzie fenomenalnym sukcesem.

Działa 381mm czyli "BL 15 inch Mark I" okazały się bardzo celne, wydajne i solidne, po odpowiednich modernizacjach dział, wież i pocisków, były skuteczne przez 40 lat, do końca drugiej wojny. A tak naprawdę, byłyby bardzo dobre nawet dzisiaj (co najwyżej - byłby solidnie przyciężkie).

Postawienie na nowe paliwo, czyli ropę, zamiast węgla, pomimo uzależnienia się od dostaw z krajów Bliskiego Wschodu, było krokiem w przyszłość, który nie tylko zmienił całą logistykę, strukturę załogi, wydajność itd. (w ogóle kształt całej wojny morskiej, a może nawet całego świata, tak naprawdę), ale pozwolił też utrzymać i modernizować rzeczone okręty przez dekady - węglowe pancerniki zestarzały się moralnie natychmiast po I wojnie, nie mogąc w żaden sposób konkurować z tymi na mazut.

Kombinacja powyższego miała dać (i dała), nową jakość; dodatkowo usunięcie zawsze problematycznej piątej wieży działowej na śródokręciu, a w to miejsce zrobienie sensowniejszej i mocniejszej maszynowni, dało istotną przewagę prędkość nad potencjalnymi przeciwnikami I wojny, bez większej utraty skuteczności artylerii czy osłabienia pancerza.

Dostały też od razu wiele drobiazgów "state-of-art" roku 1914 (które nie były wtedy jeszcze oczywiste) - jak dalmierze na wszystkich wieżach, dwa dalocelowniki itp. Przy modernizacjach kolejne, lepsze dalocelowniki, przeliczniki, radary, całe nadbudówki wymieniano.

Jedyną chyba bezapelacyjną wadą była artyleria średnia w kazamatach, niezbyt bezpieczna, bo z "otwartym" podawaniem amunicji, i niezbyt praktyczna, bo zalewana falami (szczególnie na niskiej rufie - polikwidowano tam kazamaty, na niektórych już w trakcie budowy). Ale można wybaczyć ten kawałeczek braku innowacyjności - wieże artylerii średniej były po prostu za drogie.

Tak powstał szósty HMS Warspite, jako jeden z pięciu siostrzanych pancerników typu "Queen Elizabeth", budowanych "na gwałt" pierwszej wojny, w latach 1914-16. Już na próbach odbiorczych i artylerii załoga i okręt zaprezentowali dosyć wysokie standardy (np. celność i skuteczność dział 381mm zrobiła duże wrażenie na wizytującym strzelania Churchillu, jak zanotował, poczuł się "wybawiony z wielkiego ryzyka").

HMS Warspite i HMS Malaya, widok z HMS Valiant, początek bitwy jutlandzkiejRazem z pozostałymi siostrami-nóweczkami tworzył w 1916r. wyjątkowo spójną i mocarną 5 Eskadrę Liniową. W czasie bitwy jutlandzkiej, przydzielono ich, w sile 4 okrętów (Barham, Warspite, Valiant i Malaya; Queen Elizabeth akurat był w remoncie, po kampanii na Dardanelach), jako dodatkowe wsparcie połączonych eskadr krążowników liniowych admirała Beatty'ego (przesłanką było, że szybkie pancerniki 5 Eskadry lepiej wykorzysta się w działaniach razem z równie szybkimi, jeśli nie szybszymi, krążownikami, niż jeśli miałyby być ciągle opóźnione przez formację z wolniejszymi drednotami Grand Fleet).

Warspite dowodził nieco podstarzały acz doświadczony kapitan Edward Montgomery Phillpotts, nie był może największą gwiazdą Royal Navy - ale w budowaniu etosu był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, czyli solidnym zawodowcem, "jego nominacja była popularna w Grand Fleet".

Pancerniki 5 Eskadry szły za krążownikami Beatty'ego, już około godz. 16 dając się mocno we znaki niemieckim krążownikom admirała Hippera - bo o ile z krążownikami Beatty'ego Niemcy strzelali się chwilę wcześniej jak równi z równymi, rozwalając co i rusz jakiś angielski krążownik liniowy, z pancernikami nie bardzo mieli szanse - najpierw musieli dojść na zasięg własnych dział, parę mil pod ogniem 381mm; potem trudno było im coś trafić, kiedy już byli obramowani przez ciężkie działa pancerników; no i oczywiście to raczej krążownik liniowy zbiera bęcki od pancernika, niż odwrotnie, o czym np. zaraz przekonała się załoga trafionego Von der Tann (historycznie pierwszy niemiecki krążownik liniowy tak w ogóle) - jedni mówią, że oberwali od Warspite, inni, że od Barhama. A po chwili przekonały się załogi Seydlitza, Lutzowa, itd.

Kiedy okazało się, że angielska grupa strzela się nie tylko z krążownikami niemieckiej 1 Eskadry Zwiadowczej, ale wpadła na trzon Hochseeflotte, Beatty zawrócił na północ, nieco odrywając się i wciągając Niemców pod lufy nadciągającej z północy Grand Fleet. Wskutek "błędów sygnalizacji" angielskiej (są też inne wersje, mówiące o zawiści i nieco chorej ambicji admirała Beatty, który nie chciał "dzielić się zwycięstwem", albo o nieudolności dowódcy 5 Eskadry, itd itp), eskadra dostała rozkaz nawrotu nieco za późno i ciągłą linią na północ, wychodząc za krążownikami liniowymi, a tak naprawdę pomiędzy krążownikami a całą flotą niemiecką. Co było idiotyczne, bo pancerniki a) jako ostatnie w grupie były łakomym i oczywistym celem b) nawrót ciągłą linią (tj. okręty utrzymują szyk torowy i robią kolejno zwrot w tym samym punkcie) zawsze prosi się o dokładne wstrzelanie się wroga w punkt, w którym wszyscy robią zwrot...

Pomimo zamieszania, 5 Eskadra przenosi ogień na właśnie pokazujące się czołowe niemieckie pancerniki. Warspite zalicza pojedyncze trafienie w Margrafa, Niemcy odpowiadają "z całych sił", że się tak wyrażę. Ich słabsze od angielskich działa (pełna salwa 10 luf 305mm takiego Margrafa ważyła tylko 60% salwy 8 dział Warspite) nie robią może na najnowszych pancernikach aż takiego piorunującego wrażenia, jak na słabszych krążownikach liniowych, których kilka już wyleciało w powietrze, ale jednak - zadają poważne obrażenia.

Warspite robi zwrot jako trzeci, za Barhamem i Valiantem, przez pole w które Niemcy już się dobrze wstrzelali. Po zwrocie, jego działa muszą wycelować ponownie, więc jest chwila względnej ciszy od dział własnych, ale...

Jak mówił komandor Walwyn (zastępca dowódcy Warspite, obserwujący walkę z drugiej wieży działowej) "Zaraz po zwrocie nagle zobaczyłem na prawej burcie całą Flotę Pełnomorską [Hochseeflotte], a przynajmniej jej maszty i kominy, i niekończące się pomarańczowe rozbłyski wzdłuż całej linii, nawet nie próbowałem ich liczyć dokładnie, zaraz nas obramowano, pamiętam, że doliczyłem do ośmiu. Huk od pocisków, które padały w koło, za krótko i za długo, był ogłuszający... Poczułem jeden czy drugi silny wstrząs, ale w tym momencie nie myślałem o tym, nie zdawałem sobie sprawy, że dostaliśmy...". A dostali poważnie, także pod linią wodną na rufie, co zauważono z tylnych wież działowych, ale na razie wydawało się, że nie jest bardzo źle...

Czwarty pancernik w szyku, Malaya, widząc co się wyprawia wkoło Warspite, nawet nie próbuje "prawidłowego" zwrotu, tylko "ścina zakręt". Kapitan Phillpotts na Warspite usiłuje jednocześnie utrzymać jakąś pozycję pomiędzy Valiantem a Malaya, dowodzić ogniem i ustalić uszkodzenia po trafieniach. Zanim jeszcze akcja kontroli uszkodzeń rozwinęła się na dobre, robi się jasne, że Warspite utrzymuje prędkość, ale jest niesterowny...

Trudno sobie wyobrazić, co się działo na mostku, kiedy sternik walczył z rozpędzonymi do ponad 40km/h trzydziestoma trzema tysiącami ton, które przestały słuchać sterów - a w koło ciągle padały dziesiątki niemieckich pocisków.

Kapitan Phillpotts nie bawi się w zwalnianie czy zatrzymywanie, bo uznaje, że pod takim ostrzałem to pewna śmierć - pancernik odpada z szyku pełną prędkością, zaczynając zataczać wielkie koło; jednocześnie kapitan rozkazuje ustalenie co się [...] dzieje ze sterami i na rufie. Wyobrażam to sobie w wersji filmowej, Phillpotts jako Leonidas z "300" - "THIS! IS! WARSPITE!!!".

Tyle, że (trzymając się nadal analogii z filmem "300") to nie Niemiec, ale komandor Walwyn zostaje rozkazem wykopany z relatywnie bezpiecznej wieży działowej B, żeby ustalił uszkodzenia na rufie. Miał do wyboru przelezienie w dół, przez komory amunicyjne i pod pokładami, albo wyjście na dach 900 tonowej wieży i przebieżkę przez pokład - wybrał szybszą drogę, przez właz i otwarte pokłady. Jak powiadał, artylerzysta otwierający właz melodramatycznie mu się ukłonił, po czym właz zdecydowanie się zatrzasnął i młody komandor został samotną gwiazdą tego przedstawienia, na płaskim dachu wielkiej wieży działowej.

Jak wspominał w raporcie, kiedy złaził po drabince na pokład, salwa obu wież A i B, "znacznie przyspieszyła jego zeskok". Dopadł do nadbudówek, żeby się schować przed lejącymi się w koło tonami wody i dziesiątkami latających odłamków z niemieckich trafień i prawie-trafień - niefortunnie, zastał wszelkie drzwi zabezpieczone i zaryglowane, skądinąd zgodnie z własnym rozkazem. Przebiegł na lewą, "bezpieczniejszą" burtę, ale tu też nie mógł znaleźć otwartego wejścia do nadbudówek. Przelazł przez kuter leżący między kominami, podczas gdy wkoło trwało piekło i ciągły huk salw, pocisków i gwizd odłamków rykoszetujących po okręcie. "Postawiłem kołnierz kurtki i biegłem niczym jeleń w piekielnej panice".

Na szczęście w tym momencie znalazł uchylone drzwi, przez które paru ciekawskich marines usiłowało oglądać bitwę. Po wejściu kazał im zaryglować drzwi i zszedł pod rufowy pokład i przez mesę - wszystko wyglądało zupełnie spokojnie i zwyczajnie, odcięte od okropności na zewnątrz.

(mniej więcej w tym czasie zaraz obok dochodzi do akcji z notki "Twit of the Year"...)

Walwyn wysłał pierwszego z brzegu bezczynnego marynarza z wiadomością do kapitana, że na rufie jest cisza i spokój. Tylko, że zaraz spokój ciężko opancerzonego kadłuba został przerwany przez trafienie 305mm w mesę chłopców okrętowych - "ściana złotego ognia", fala uderzeniowa eksplozji, huk walących się we wszystkie strony ścian i wyposażenia, kurz przesłaniający wszystko, słodkawy duszący dym, i dalsze efekty specjalne. Jak powiedział porucznik-chirurg Ellis, będący na stanowisku opatrunkowym bezpośrednio pod miejscem trafienia "trzask był nie do opisania a łoskot, jakby cała mesa powyżej wywróciła się do góry nogami".

Po odzyskaniu zmysłów komandor Walwyn nakazał gaszenie niewielkiego pożaru - zorientował się, że obok jest magazyn amunicji przeciwlotniczej. Rozkazał przygotowanie do jego zalania (nie było konieczne, bo pożar szybko zdławiono). Kiedy drużyna awaryjna walczyła z ogniem i usiłowała pozamykać dopływy do popękanych rur, inni marynarze buszowali w rumowisku, szukając resztek niemieckiego pocisku - na pamiątkę (bo wiecie, "THIS IS WARSPITE!"). Komandor poczuł się zmuszony wydać rozkaz strażakom, żeby nieco spłukali "zbieraczy" sikawkami, zmuszając ich do ukrycia się w bezpiecznym miejscu.

Kiedy porucznik Ellis opatrywał jedyną ofiarę trafienia - palacza, którego odłamek lekko drasnął w kark, komandor Welwyn ruszył dalej na rufę, ocenić uszkodzenia. Znalazł kabiny admiralskie i kapitańskie rozwalone "w drabiezgi". Kiedy oceniał uszkodzenia poniżej i nakazywał ewakuację pomieszczeń, którym groziło zalanie, kolejny pocisk trafił w pomieszczenia kapitańskie - wrócił zobaczyć co tam słychać. Znalazł m.in. własną kabinę zmiecioną (ale znalazł zdjęcie Eileen, żony, nieuszkodzone pomimo wyrwania z oprawki).

Potem zaczął trafiać na swoje pierwsze prawdziwe ofiary bitwy, po wcześniejszym trafieniu, które zatrzymała barbeta wieży X (czyli pancerny fundament-rura schodząca głęboko pod pokład, pod przedostatnią wieżą), ale które zdemolowało nie-pancerne pomieszczenia wkoło - trzech mechaników porozrywanych w pomieszczeniu rur głosowych; zabitych i rannych z rufowej ekipy awaryjno - strażackiej; zmasakrowanego młodego radiowca w rozwalonej rufowej stacji radiowej; "raczej straszne widoki". W tej części okrętu wysiadło oświetlenie, trzeba było używać lamp i świec, pod stopami chrupało szkło i ostre odłamki pancernej stali.

Nad pomieszczeniem zdemolowanego warsztatu maszynowni komandor zastał dwu mechaników w akcie monstrualnej głupoty - znaleźli niewybuch - pęknięty pocisk 305mm, który przeszedł przez kilka pomieszczeń, zabił szefa maszynowni i utkwił w rumowisku; palacze usiłowali wyciągnąć z niego zapalnik... "szczęśliwie powstrzymałem ich niemrawe wysiłki".

Ale pomimo tych wszystkich ofiar i zniszczeń w koło, komandor oceniał, że okręt jest w stanie walczyć, wysłał kogoś do telefonu, żeby poinformował kapitana, że sytuacja jest pod kontrolą.

Napotkany oficer księgowo-zaopatrzeniowy nawiązał z komandorem relaksującą pogawędkę ("good humoured chat"), szczególniej rozważając niewybrednym językiem, kiedyż to Grand Fleet zamierza się w końcu pojawić i wziąć udział w akcji. Kiedy oficerowie ponuro żartowali z obecnego położenia, kolejny pocisk 305mm rozwalił mesę i pomieszczenia podoficerskie, jak słusznie zauważył podoficer-maszynista obok komandora "Mój obiad poszedł w pizdu!".

Walwyn przeszedł przez stanowiska artylerii średniej po "pasywnej" stronie okrętu, żeby ocenić uszkodzenia po tym trafieniu; z ulgą odkrył, że są niewielkie. Wrócił do baterii dział 150mm, bezczynni artylerzyści byli zwarci i gotowi i w dobrych nastrojach. Komandor kazał tylko, żeby nie skupiali się w grupki, żeby zminimalizować ofiary w razie trafienia.

H.T.Walwyn (nieco starszy)Postanowił rozejrzeć się, co słychać na zewnątrz, przez kaptur obserwacyjny dział 150mm, akurat kiedy pocisk trafił rufę na wprost niego - komandor spadł do wnętrza, oślepiony, z oczami pełnymi wody i kurzu. Marynarz przyskoczył ratować go myśląc, że Walwyn jest poważnie ranny, ale szczęśliwie skończyło się na siniakach i otarciach.

Komandor po otrząśnięciu się, zdecydował się na inspekcję dalszej części rufowej. Miał wrażenie, że okręt obrywa tam znacznie bardziej niż się wydawało. Kiedy tylko zszedł z poziomu kazamat dział średnich, zaraz trafiono "czynną" baterię - pocisk rozwalił działo, poranił obsługę, odłamki przeszły przez pokłady i pomieszczenia, zapalając gotowe do użycia ładunki prochu. Przez szczeliny wentylacyjne wyszedł ogień, w środku wyli w agonii poranieni, paleni żywcem ludzie.

Zameldowano komandorowi, że palą się nadbudówki powyżej, ale ocenił, że muszą poczekać, ponieważ ważniejsza jest trafiona bateria średnia. Podjęto heroiczną akcję ratunkową, przy czym wyróżnił się katolicki kapelan okrętu, 56 letni ojciec Pollen, który sam ciężko poparzony, wynosił rannych z dwu palących się kazamatów. Na szczęście dla okrętu, krytyczne drzwi oddzielające magazyny amunicji i prochu od płonących stanowisk były zamknięte, tak jak powinny, i pożar był lokalny.

Kiedy komandor i załoga walczyli ze skutkami ostatniego trafienia, wokół padało coraz więcej pocisków. "Zdałem sobie sprawę, że to nie są nasze salwy 6 calówek, jak mi się wydawało, ale że ciągle obrywamy [...] ciągły huk trafień był tak głośny, że porozumiewać się można było tylko krzycząc do ucha". Uszkodzenia spowodowały wyłączenie dalocelowników i większości instalacji, np. wszystkie cztery wieże artylerii głównej 381mm przeszły na lokalne celowanie i sterowanie (zasilanie miały od początku "własne"), i waliły do czego się dało; odznaczyła się szczególniej wieża A, dowodzona przez podporucznika H.A.Packera. A propos obsady wież, walczących na pełnej k... i poziomu hałasu: po bitwie okazało się, że wieża X ma ślad trafienia na bocznej ścianie, pociskiem rzędu 200mm - nikt w środku nie zauważył tego "drobiazgu"...

Walwyn nie pamiętał o pożarze powyżej, ktoś mu o tym przypomniał. Po opanowaniu chaosu w trafionej baterii wyszedł ocenić, co się dzieje - zastał mocno palącą się podstawę rufowej nadbudówki, uwięzionych w niej powyżej sygnalistów i gońców (w zupełnej panice, że spłoną żywcem), oraz drużynę strażacką, która nie mogła znaleźć wody w popękanej i uszkodzonej instalacji przeciwpożarowej. Nie pomagał też lejący się z góry, z pomostów i nadbudówek, deszcz roztopionego ołowiu (bo dawne okablowanie i rurki instalacyjne bywały "opancerzone" ołowiem). Szczęśliwie, jacyś przytomni marines po drugiej stronie podłączyli wąż do kondensatu instalacji parowej, i tym ugasili pożar - przy okazji komandorowi znowu się nieźle dostało, trafiony silnym strumieniem improwizowanej prądownicy, stracił na chwilę przytomność.

Po pozbieraniu się, ocenił stan nadbudówek i górnego pokładu jako żałosny (nadpalone, podziurawione jak sito odłamkami, dymiące tu i ówdzie). Zaraz schował się pod pokład, gdzie udzielano pomocy ofiarom wypalonej baterii, porucznik Ellis i drugi lekarz próbowali zawinąć w specjalne bandaże jedenastu spalonych ludzi, którzy zdzierali z siebie opatrunki i rzucali się w bólu, pomimo końskich dawek morfiny.

Próbował rozejrzeć się w stanie bitwy przez dziurę wyrwaną przez trafienie w mesie chłopców okrętowych, ale niewiele widział. Wszystko co zobaczył to chaotyczne czerwone rozbłyski i fontanny wody.

To zresztą umyka wielu amatorom historii morskich, czy nawet pirackich, czy miłośnikom różnych gier wojennych - na każdym okręcie, w każdej bitwie, na przestrzeni ostatnich wieków, tylko garstka ludzi z załogi orientowała się, co się dzieje w bitwie i "w koło". Znaczy, w wariancie optymistycznym i że ta garstka akurat nie straciła zimnej krwi i głowy, bo czasem - nikt nic nie wiedział. Na Warspite 31 maja 1916 może 20 ludzi orientowało się "co się dzieje", gdzie płyniemy, gdzie powinniśmy płynąć, gdzie jest wróg a gdzie reszta naszych. Pozostały tysiąc marynarzy nie miało bladego pojęcia, co jest grane i czy wygrywamy, czy toniemy (a szczególniej - źle wróżyło zataczanie kółek, które zanotowano nawet w zamkniętych pomieszczeniach) - wielu pytało komandora Walwyna w czasie jego wypraw w koło pancernika "co tam słychać?", ale nie miał dla nich żadnych informacji, też nie wiedział, gdzie są i co się dzieje. Inna sprawa, że doświadczeni marynarze byli przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy - ogólnie zachowywali fatalistyczną pogodę ducha, robili swoje, a ci, którzy nie byli zajęci, nawet w ogniu bitwy potrafili próbować relaksować się, na przykład, Walwyn zastał bezczynnych marynarzy grających w karty.

Zawsze było też miejsce na ponury humor i żołnierskie żarty - kiedy jakiś marynarz spadł przez nieuwagę przez nową dziurę w pokładzie i nawet skaleczył się, "śmiechom nie było końca". Skądinąd, kiedy potem opowiadał o ranie wojennej i przypiął baretkę za zranienie, została mu przemocą odebrana.

Kapitan wezwał w końcu komandora Walwyna na mostek, który jeszcze nie został trafiony, ale pogrążony był w pewnym chaosie - oberwało się ludziom i sprzętom od podmuchu własnych dział, ciągły huk trafień i wystrzałów prawie uniemożliwiał dowodzenie i komunikację z maszynownią rurami głosowymi - a tylko tak kapitan Phillpotts mógł próbować kierować rozpędzonym pancernym nosorożcem.

Kapitan raczej niegrzecznie przerwał raport poobijanego, mokrego i brudnego od stóp do głów zastępcy "Gówno mnie obchodzą uszkodzenia - czy możemy wrócić do szyku?!". Walwynowi nieco mowę odjęło, gdyż nie miał pojęcia o co kapitan tak naprawdę pyta, jaka jest sytuacja i pozycja w bitwie, ale zebrał się do kupy i odwarknął, że jego zdaniem jeszcze jedno ciężkie trafienie, i nie dadzą rady.

Kapitan nie miał głowy do raportu i myślami wybiegał nieco naprzód, gdyż kiedy młody komandor walczył z pożarami i uszkodzeniami na rufie, nie wiedząc co się dzieje, na mostku było jakby odwrotnie - wiadomo było co się dzieje (że Warspite robi cyrkulacje, niefortunnie w stronę wroga, ściągając na siebie cały ogień mniej więcej połowy niemieckiej floty), ale nie bardzo dało się cokolwiek z tym zrobić, bo okręt steru nadal nie słuchał.

A jeszcze lepiej było to wszystko widać z platformy na maszcie głównym - podporucznik Vaux wspominał, jak nie mógł otrząsnąć się z szoku po widocznej jak na dłoni eksplozji krążownika Defence, jak był pewny, że zaraz zginie, i jak robili kółka "pod ogniem czterech czy pięciu niemieckich pancerników, przez około dwadzieścia minut, trafiali nas mniej więcej co minutę. Dlaczego nie zatonęliśmy, było dla mnie najczystszą zagadką, szczególnie po tym co spotkało Defence".

Po dwu kółkach Warspite udało się opanować sterowanie maszynowniami na tyle, żeby odejść rozciągniętą S na północ, w stronę nadciągającej Grand Fleet, która właśnie postawiła mistrzowsko "poprzeczkę nad T" - czyli około dwudziestu pancerników wykonało synchroniczny zwrot na wschód i płynnie przeszło z szyku czołowego w nieco wygiętą linię, i zaczęło klasycznie walić do Niemców, całymi burtami.

HMS AgincourtJak wspominał komandor Walwyn, który na mostku ciągle jeszcze otrząsał się po własnej bitwie o utrzymanie pancernika na powierzchni - "Wszędzie [na morzu] były kłęby dymu, ogłuszający huk ciężkich wystrzałów, cały horyzont pokrywały rozbłyski pomarańczowego ognia, wszystko było zamglone i bestialskie. Widziałem strzelający Agincourt [wyjątkowo charakterystyczny i unikalny okręt], jako długą linię wielkich płomieni, pomyślałem, że pracują całkiem solidnie, i to jedyne co widziałem na pewno z całej Wielkiej Floty".

Nagłe wejście tylu zawodników wagi ciężkiej zmusiło Niemców do zdjęcia celowników z Warspite, a nawet do szybkich działań w celu oderwania się o znamionach ucieczki - co dało natychmiastową ulgę pokiereszowanemu pancernikowi, który mógł zwolnić i próbować naprawić maszyny sterowe (okazało się, że "lekko" pogięte przez trafienia pokłady i elementy nośne obciążyły, przeciążyły oraz zniszczyły łożyska maszyn sterowych, sterów itp. precyzyjne ruchome elementy). Dopiero po zupełnym zatrzymaniu i kolejnych próbach napraw, Warspite nadawał się do dalszej walki, mniej więcej. Ale kiedy komandor Walwyn, znowu kierujący akcją naprawczą na rufie, zameldował kapitanowi, że wycisną co najwyżej 16 węzłów, zamiast 24, i przekazano to do dowództwa, razem z raportem zniszczeń, dowódca eskadry zadecydował, że lepiej odesłać Warspite, niż ryzykować postrzelany i spowolniony pancernik w bitwie, zresztą szybko zamierającej z powodu zmroku i pogarszającej się pogody.

Pancernik odszedł o własnych siłach na północ, szybko wyszedł z zasięgu rażenia oddalających się Niemców. Artylerzyści i obsługa dział 381mm była w lekkim szoku, kiedy zaraz po emocjach strzelania się z Niemcami i ogniu bitwy, dostali rozkaz "spocznij", czyli mogli opuścić wieże i rozprostować kopytka, chociaż nadal w pobliżu stanowisk. W jeszcze większym szoku byli, kiedy wyszli ze względnie bezpiecznych i odizolowanych wież i magazynów, i zobaczyli co się stało z okrętem.

Warspite oberwał kilkudziesięcioma pociskami różnych kalibrów. Najcięższymi 13 razy (inni mówią 15). Nadbudówki i wyposażenie było w opłakanym stanie, dostało się w paru miejscach bateriom artylerii średniej. Jednak poza pechowym uszkodzeniem steru i małymi usterkami maszynowni, kluczowe systemy, mostek, cała artyleria główna i maszynownia pozostały sprawne. Ofiary były minimalne jak na skalę bitwy i trafień, tylko 14 zabitych i 16 rannych.

Aha, wracając samotnie do Rosyth, Warspite został zaatakowany przez Uboota, 2 torpedy nie trafiły; a drugiego Uboota nie staranowali tylko dlatego, że nie dało się porządnie wycelować bez steru, minęli Niemców o metry.

Okręt był takim sitem, że były nieliche problemy z jego zaciemnieniem nocą, po drodze do Rosyth; światło było niezbędne do napraw, sprzątania, bytowania - a nie było czym i jak pouszczelniać setek dziur po odłamkach.

Taki był początek, dziewicza bitwa szóstego Warspite.

Po takich akcjach okręty dostawały ksywki "Lucky Lady", "Old Lady" itp. I właśnie w takich akcjach, po latach wykuwania i ćwiczeń, ostatecznie hartowała się nie tylko stal, ale też ludzie. Czyli cały etos.

Komandor Walwyn dostał za Jutlandię błyskawiczny awans i DSO, czyli wysokie odznaczenie za służbę, w zasadzie przysługujące nieco wyższym szarżom (a do emerytury w latach '30 dosłużył wiceadmirała). Kapitan Phillpotts też został wyróżniony. I wielu innych marynarzy i oficerów Warspite.

Okręty tego typu były tak zacne, że pozostawiono je w służbie po wojnie i nawet po międzywojennych traktatach ograniczających zbrojenia morskie, kiedy poszło na złom mnóstwo ciężkich okrętów RN - piątkę sióstr modernizowano, na ile starczyło kasy i woli (w czasach Wielkiego Kryzysu i zaraz po).

HMS Warspite 1942, Ocean IndyjskiPrzed drugą wojną Warspite był zmodernizowany prawie na maksa - dostał nowe kotłownie, turbiny z przekładniami, dodatkowe 1500 ton pancerzy, nowe nadbudówki i kominy, zmodernizowano wieże główne, itd. itp. wyglądał inaczej, ale zachował serce i ducha, że tak powiem. No i niestety, bardzo umiarkowaną prędkość maksymalną, jak na standardy nowej wojny.

(ciąg dalszy nastąpi)



Uwagi techniczne:
- zdjęcia są z kolekcji Imperial War Museum, referencje są w nazwie plików
- tłumaczenie nazw stopni daję tutaj i w innych notkach w wersji wprost "angielskiej", purystów i hobbystów uprasza się o nieczepianie. W polskiej oficjalnej flocie, popieprzonej chyba przez ogólny brak floty przez wieki i zaszłości "kawaleryjskie", wszystko jest "na odwrót", tj. kapitan jest niższym stopniem niż komandor; angielski commander jest niższym stopniem niż captain





janek.r
Sun, 8 Oct 2017 19:32:44
Klakson pisał o ciężkim kryzysie finansowawym floty (pływanie na ćwiczenia na jednym silniku, imitacja strzelania przez klaskanie całej załogi...) i sugerował wynajem okrętów pod reklamy.

"Możemy mieć krążownik 'Dandruff' albo wcale" Ciekawa perspektywa.

Boni avatar Boni
Sun, 8 Oct 2017 19:46:14
@janekr

Tia, wspominałeś już o tym. Ale radziłbym nie brać serio wszelkich wypowiedzi klowna-felietonisty (BTW nawet tych, które rzuca jego zdaniem całkiem poważnie). I o ile wiem, nowe okręty RN nazywają się zupełnie normalnie.

Fiol
Mon, 9 Oct 2017 16:19:04
Mój ulubiony pancernik (jeśli chodzi o historię, bo jeśli chodzi o projekt to Richelieu)! Kiedyś na planszy graliśmy Matapan, ta rekordowa salwa która zmiotła w rzeczywistości ciężki krążownik mi w grze weszła w Vittorio Veneto które przeciwnik na mnie wysłał.

Boni avatar Boni
Mon, 9 Oct 2017 19:47:30
@Fiol

Mam wrażenie, że skontaminowałeś Matapan (zmiecienie krążownika) z Kalabrią (parcie na rekord), albo coś mi umknęło. Ale kiedyś dokładniej to omówimy, w części drugiej notki. Z naciskiem na kiedyś.

Fiol
Mon, 9 Oct 2017 21:53:33
Nie chodzi mi o rekord odległości, ale sytuację gdy z sześciu pocisków wystrzelonych do Fiume trafiło pięć. Do drugiej części notki w takim razie. Tak przynajmniej jest w wspomnieniach Cunninghama. Do drugiej części notki zatem.

Boni avatar Boni
Mon, 9 Oct 2017 22:44:12
@Fiol

Aha, okej, nie kojarzyło mi się jako coś rekordowego, bo to z przyłożenia było o ile pamiętam, a skupienie 15" z Warspite czy Valianta prawie zawsze było na poziomie powodującym obesranie przeciwników z wrażenia, nawet na normalnych dystansach. Ale ja już mordę w kubeł, jęzor w cuhalt, wary w śrubsztag - do drugiej części.

polobis
Wed, 11 Oct 2017 12:23:36
Nie znam się jakoś szczególnie na tym, ale się wypowiem.
Takie wpisy zawsze czytam z zapartym tchem na pełnej uwadze. Przywracają wiarę w internet, że oprócz reklam, pudelka i kozaczków jest w tych zasobach coś interesującego i merytorycznie wartościowego. Niebywale rzadko komentuję, dlatego
Szacun wodzu.

Boni avatar Boni
Wed, 11 Oct 2017 22:18:39
Dzięki za dobre słowo.

Nie każę nikomu czytać notki ponownie, niech Bogini broni, ale - poprawiłem parę drobiazgów w notce, także merytorycznych i chronologicznych, bo [censored] oczywiście po, a nie przed napisaniem notki, znalazłem "u Amerykańca na strychu" wersję źródłową "raportu" Walwyna z Jutlandii. Głównie bazowałem na wyjątkach i streszczeniach z: Iain Ballantyne (2013), "Warspite, From Jutland Hero to Cold War Warrior", czyli jednak raczej beletrystyce - ale sam raport Walwyna jest znacznie bogatszy w szczegóły, także smakowicie techniczne, no i jednak źródłowy. Jeśli ktoś spiczuje engliszem i naprawdę ma hyzia na historię morską, poleca się, stoi tutaj: http://usnwcarchive.org/items/show/1906

Boni avatar Boni
Wed, 11 Oct 2017 22:47:24
Dorzucę może tutaj najciekawsze dopiski dodane do notki, żebyście nie musieli jeszcze raz wertować:

A propos obsady wież, walczących na pełnej k... i poziomu hałasu: po bitwie okazało się, że wieża X ma ślad trafienia na bocznej ścianie, pociskiem rzędu 200mm - nikt w środku nie zauważył tego "drobiazgu"...

[gaszenie pożaru nadbudówek] Nie pomagał też lejący się z góry, z pomostów i nadbudówek, deszcz roztopionego ołowiu (bo dawne okablowanie i rurki instalacyjne bywały "opancerzone" ołowiem).

Okręt był takim sitem, że były nieliche problemy z jego zaciemnieniem nocą, po drodze do Rosyth; światło było niezbędne do napraw, sprzątania, bytowania - a nie było czym i jak pouszczelniać setek dziur po odłamkach.

Fri, 13 Oct 2017 12:05:30
Jestem zupełnym laikiem w tych tematach, ale przy czytaniu takich relacji zawsze mnie zadziwia, ile może znieść okręt i ludzie na jego pokładzie, a nawet zachować mimo wszystko jakąś wartość bojową. Wyobraźnia wymięka; ja bym pewnie w takich okolicznościach robił za pogardzanego mięczaka, który siedzi gdzieś w kąciku trzęsąc się i rzygając ze strachu.

Boni avatar Boni
Fri, 13 Oct 2017 14:05:49
@kuba_wu

Co usiłuję nieudolnie powiedzieć w notce, to że zawsze się uważa, że ludzie i etos jest ważniejszy niż to, jakie (a nawet - ile) ma się okręty (czy samoloty, czy czołgi, czy nawet fabryki, itd), ale jednak jest to mocno poplątane w sprzężeniu zwrotnym. Będzie też o tym w części drugiej.

A kiedyś, w jeszcze innej notce, będzie o tym, kiedy nawet najsilniejszy etos może zerodować, z raczej okrutnymi przykładami.

charliebravo
Fri, 13 Oct 2017 21:36:49
@"Ale jak rzadko kiedy, w zasadzie wszystko zagrało zgodnie z planem"
O tak, budowanie bez prototypów to się zwykle inaczej kończyło
@notka
Czekam niecierpliwie na drugą część - niby dobrze znana historia, ale z tych najlepszych.
@" ludzie i etos jest ważniejszy niż to, jakie (a nawet - ile) ma się okręty (czy samoloty, czy czołgi, czy nawet fabryki, itd), ale jednak jest to mocno poplątane w sprzężeniu zwrotnym."
Na przykład dlatego, że od ludzi i etosu zależy jakie się ma samoloty czy czołgi. Vide R.J. Mitchell i Henry Royce.




Licencja:

Creative Commons License

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Jak zrobić sobie lepiej
Thu, 16 Nov 2017 12:43
@kuba_wu Raczej nie, ryzyko bierzemy na klatę....

kuba_wu - Jak zrobić sobie...
Thu, 16 Nov 2017 11:24
No ale do tych nowych głośników to już pewnie...

Boni - Osiongi (7)
Wed, 15 Nov 2017 10:22
@Maciek @pani Basia z księgowości...

Maciek - Osiongi (7)
Wed, 15 Nov 2017 00:37
@ Boni Oczywiście, ogólnie okazało się to gówno...

Boni - Jak zrobić sobie lepiej
Tue, 14 Nov 2017 19:35
@mgr Sianko Małe mają w miarę kompletne...

charliebravo - Jak zrobić...
Tue, 14 Nov 2017 18:04
@Schiit Akurat głośniki to produkował któryś z...

mgr Sianko - Jak zrobić sobie...
Tue, 14 Nov 2017 16:51
Grabulacje! Jak rozdzielasz sygnał między basami...

Boni - Jak zrobić sobie lepiej
Tue, 14 Nov 2017 12:21
@charliebravo Nie wiem jak się mają, bo...

charliebravo - Jak zrobić...
Tue, 14 Nov 2017 10:55
@głośniki Głośniki wyglądają bardzo fajnie....

gszczepa - Osiongi (7)
Sun, 12 Nov 2017 18:52
Przenoszę, bo idea nadal żywa. Po VB6...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP


Engine: Anvil 0.82   BS 2012-2017