W kontekście rozmówek w sieci o starym sprzęcie audio odnalazłem pewne rzeczy z dzieciństwa, stąd ulęgła się notka dziadersko-nostalgiczna. Nie bardzo wiem, po co tracę na nią czas. Pewnie żeby sobie poukładać jak to szło po kolei, ew. może jakieś młodsze pokolenie kiedyś zajrzy (hahaha) i spróbuje zrozumieć, jaką drogę przechodziły poprzednie pokolenia w kontekście rozwoju nauki i techniki, tu akurat gen X w kontekście audio PRLu; może przestanie się komuś wydawać, że świat "skomplikował się" czy zaczął się zmieniać dopiero razem z internetem i komórką. Drobna uwaga: opisy dotyczą głównie Białegostoku i okolicy; można informować, ale prosiłbym
nie polemizować, że "a u mnie w Warszawie odbierałem XYZ w wypasie UVW oraz mogłem kupic ABC".
1. Nostalgia

Pierwszym sprzętem audio jaki był dla mnie ważny, było stare radio lampowe typu (prawdopodobnie) "Kaprys" - nie, żebym go słuchał, ale w początku lat '70 radio było już popsute i w praktyce nienaprawialne, więc dostałem je do rozbiórki, na wakacjach u dziadków. Było to moje pierwsze bliskie spotkanie z elektroniką, przy pomocy młotka i śrubokręta, ale zawsze jakieś... Skądinąd, w tamtym czasie jeszcze wisiał u dziadków na ścianie, równie niedziałający,
tzw. "kołchoźnik" czy "toczka", czyli głośnik podpięty kiedyś do wiejskiej naziemnej sieci rozsyłania sygnału radiowego.

Podstawowym radiem w domu w latach '70 była "Donatina" (i wyzwalaczem notki - przez lata ustaliłem, że to była jakaś wersja "Jubilata" z gramofonem, ale wszystkie zdjęcia jakie znajdowałem, były inne niż to obok; były z kremowym czy pastelowym czołem i innym gramofonem, z późnej wersji słynnego "Bambino", nasza "Donatina" była późnej wersji i dokładnie taka jw.). Nic specjalnego, mono, koło kultowej "Meluzyny" co najwyżej leżało w sklepie, ale przy dłuższej antenie grało zupełnie normalnie. UKF był OK, wystarczało dla "Lata z radiem" czy Trójki. Gramofon też był całkiem wporzo jak na tamte standardy, w czasach przedszkolnych, przy telewizji nadającej parę godzin rano i nieco więcej po południu, słuchanie bajek z winyla, czy nawet wapniackiej muzyki rodziców z płyt (Maryla Rodowicz, Jerzy Połomski, Skaldowie...) było na propsie. Ale ani rodzice (a ja tym bardziej) nie zbierali longplayów, ani nikt specjalnie nie przepadał za, czy polował na muzykę w radiu.

Na I komunię, poza zegarkiem typu Ruhla (damskim, made in DDR) i
rowerem Wigry 3, wpadł mi skarb, czyli popularny magnetofon kasetowy MK232 na licencji Grundiga. Mój był wczesny, "późny Gierek" dokładnie jak na zdjęciu (potem zniknęły napisy "Grundig" i czerwona tarczka-logo, metalizowana kieszeń kasety i osłonka mikrofonu; w '80 wszystko było gorsze i plastikowe). To był przełom, możliwość utrwalania muzy z radia (ba, na początku próbowałem z czarnobiałego TV) to była nowa jakość, nawet jeśli nie miałem pieniędzy na trudno osiągalne kasety. Później służył też przez lata jako "pamięć kasetowa" dla ZX Spectrum.
W połowie lat '80 możliwości i rynek audio w PRL zaczęły się zmieniać, pokazały się nowe radia ("Faust" i podobne), nowe kolumny głośnikowe ("Altusy" wszędzie), modne robiły się "wieże", importowane i potem krajowe, stereo stało się standardem. Niestety, z przyczyn finansowo-logistycznych, że tak powiem, zostałem w tyle. MK232 był podstawą, nagrywałem z Trójki z jakiegoś zapomnianego radyjka, słuchałem mono na słuchawkach.
W końcu zacząłem brać sprawy we własne ręce, zmontowałem sobie jakiś mały g...ny wzmacniacz, od razu stereo. Udało mi się kupić tanio średnie głośniki GD (przecenione w Bomisie czy w budzie z elektroniką, bo 16ohm nikt nie chciał) i jakieś wysokotonowe piezo, zmontowałem sobie małe-średnie kolumny. Ale ciągle brakowało źródełka stereo...

... w końcu, namierzyłem wymarzony sprzęt. Jak widać już pod koniec podstawówki mnie pogięło, i zamiast jak normalni rówieśnicy ślinić się do wielkiej zylion-segmentowej wieży stereo, najlepiej z podwójny magnetofonem kasetowym, chciałem mieć porządnego szpulowca. Nie chciałem zwykłych złomowatych ZK z wbudowanymi głośnikami,
flagowy "Koncert" był cenowo baaardzo daleko poza zasięgiem (ktoś żartował, że w Białymstoku były trzy - jeden w lokalnym oddziale Polskiego Radia, drugi leżał latami w sklepie Unitry i rozsypał się ze starości, i trzeci, który miała Służba Bezpieczeństwa...), gdy nagle w którymś komisie pokazał się
magnetofon Aria. To nic, że w wersji "deck" czyli bez wzmacniacza mocy, tylko ze słuchawkowym... Chyba miałem odłożone jakieś pieniądze i ojciec bodaj coś dorzucił (a może wszystko było prezentem za zdanie do technikum+bożenar? nie pamiętam), nareszcie miałem coś stereo.

"W pakiecie", że tak powiem, wpadł mi tuner od "dużej wieży" T-9015. Otóż kiedy kupowaliśmy Arię, z jednej strony wynikło w rozmowie z ojcem, że magnetofon to wypas, ale na razie nie mam z czego nagrywać, "coś sobie później kupię"; z drugiej strony, w gablocie za szybą w komisie leżał futurystyczny płaski T-9015, przed którym mi ślina pociekła, że trzeba było mopem wycierać... Nie pamiętam cen, tanio nie było, ale ojciec zlitował się i kupił mi ten tuner, stąd wracaliśmy do domu autobusem z komisu jak wielbłądy, z 11kg Arii i pół metra radia...
Ten zestaw był tam i wtedy fenomenalny. Skądinąd, musiało to być pod koniec 1985 albo na początku 1986, bo jeszcze gorącą "Black Celebration" Depeche Mode (marzec 1986), puszczoną przez Tomasza Beksińskiego w Trójce, nagrywałem już na tym sprzęcie. Z drugiej strony, dopiero teraz zorientowałem się, że tuner T-9015 był produkowany od 1985, też był jeszcze ciepły w tym komisie (Aria nie, była używana, co najmniej paroletnia). Dwa razy większa szerokość ścieżki i szybkość przesuwu szpulowca biła na łeb rówieśne magnetofony kasetowe, nawet bardzo porządne importowane, o badziewiu PRL/demoludy nie mówiąc. Sprzęt wystarczył mi od końca podstawówki do końca technikum i w początkach małżeństwa (małżeństwa zaraz po maturze).
Potem (około 1992) sercem sprzętu audio w nowym domu postawionym
temi rencamy stała się jakaś "miniwieża", nic specjalnego, bodaj made in Korea, ale najważniejsze, że już z CD. Kolumny zawsze miałem swoje (zresztą, oryginalnie ta pseudo-wieża miała jakieś fenomenalnie sprawne plastikowe kolumienki, spoko przekrzykiwały betoniarkę, hurgoczącą na całe osiedle) oraz nie miałem głowy i pieniędzy, żeby bawić się w pseudo-audio-fila, nieczęsto miałem zbędne monetki na CDki. Nawet kiedy kolega oddał mi zbędny mu starszy porządny gramofon nie zdążyłem nic z nim zrobić, bo córce udało się dosięgnąć sprzętu przez szczebelki łóżeczka - była bardzo dumna, kiedy wyrwała ramię gramofonu razem z kabelkami.

Około 2000r. dzieci podrosły, kasy przybyło, zacząłem myśleć o sprzęcie audio-wideo, także w kierunku DVD i media-centra (kadłubka laptopa albo mikro-PC w obudowie a la sprzęt audio), coś tam zacząłem majsterkować. Ale zaraz mi przeszło i kupiliśmy zestaw JVC (oczywiście jak przystało na popaprańca, najpierw sam DVD; "wypas! zmieniara! i w ogóle! a wzmacniacz se zrobię!", ale dzięki bogini zaraz oprzytomniałem, i za dzień czy dwa zdążyłem dokupić amplituner z zestawu). To był podstawowy sprzęt w zaraz budowanym drugim domu i po wyprowadzce z Polski. W międzyczasie dokupiłem wintydżowy gramofon (
Hitachi HT-354, model 1978r.) i jakiś "100% analogowy" amplituner do niego (szybko poszedł do śmieci).
W czasie przeprowadzki do Szkocji (pożytki z bloga, można sprawdzić daty) dokupiłem nieco sprzętu na zapas, jakieś zabytkowe solidne Onkyo, komplet CD i wzmacniacz. Starczyły na Szkocję i Irlandię; w międzyczasie zaczął szwankować laser w JVC DVD, potem zaczął się mechacić JVC amplituner surround, potem duży wzmacniacz Onkyo, a CD Onkyo był w zasadzie zbędny. Wszystko to poszło do śmieci w ramach przeprowadzki na Kretę.

Po przeprowadzce na Kretę sprzęt ustabilizował się jak na obrazku: nadal
mediacenter własnego wyrobu (ostatnio dostał 16GB RAM), nadal
EMU404 od Creative jako przetwornik D/A (w spadku po córce zajmującej się muzyką), "analogowy" wzmacniacz Onkyo kupiony w Szkocji (z dolnej półki ale wystarczający), odtwarzacz płyt DVD/bluryj/4K Sony, gramofon Hitachi nadal działa. I
kolumny jak zwykle swoje. Jest OK i wystarczająco w sensie audio, jedyne czego czasem brakuje to surround, po wypadnięciu z obiegu wzmacniacza JVC jakoś nie dorobiłem się kolejnego wielokanałowca. Ale nie spędza mi to snu z powiek.
2. Trip
Drobna refleksja w kontekście "sprzęt a ludzie", nie tylko audio, ale też ogólniej, w duchu o którym nie raz pisałem, że człowiek potrzebuje parę miesięcy, żeby przyzwyczaić się do "wszystkiego", do lepszego i do gorszego.
W innej dyskusji sieciowej zeszło na dziwne dodatki do orkiestr symfonicznych, zaczęło się od
grania na muszli, wiadomo, bywały symfoniczne armaty czy łańcuchy. Przypomniałem sobie ulubioną "przeszkadzajkę",
miałem o wykonaniu notkę (koncert na 25 lecie Studia Ghibli, Budokan, Tokio), idzie o panią grającą na miseczce vs. bębny taiko napi... w tle, w utworze "Demon God" z OST "Księżniczki Mononoke", ok. 13:50 zapisu z tego koncertu.
Wrzuciłem komuś linka do youtuba, jak w cytowanej notce, posłuchałem, napawając się muzyką Hisaishiego i rocznicowym wykonem, gdy nagle! stwierdziłem, że albo ja jakoś inaczej to pamiętam, albo youtube "full-HD i frytki do tego" pierd... a nie robi muzykę.
Poszedłem za winkiel regału, po bluryja z koncertem (posiadam, można mnie dotknąć, piękny prezent od mła-żony; nietrywialny, bo o ile mi wiadomo trudny do dostania poza Japonią), zapakowałem płytę w dawno nieużywany odtwarzacz i zaraz ustaliłem, że owszem, inaczej to pamiętam, bo z bluryja ten koncert brzmi 5x lepiej, o obrazie lepiej nie mówiąc.
Niesamowite, jak obcowanie na co dzień z gównianymi streamingami i mediami psuje zmysły i umysł, i przyzwyczaja do badziewia. Czego wam i sobie nie życzę.