Maleńkie podsumowanie wyprawy do Polski w celach żałobno-formalno-prawnych, gdyż pokolenie naszych rodziców wymiera i głównie w takich celach bywamy w Polsce ostatnio (chociaż moja ściśle ostatnia wizyta akurat była w innym celu - nabycia szrotwagena T4 z widłami na masce, czyli w marcu 2024 przed przeprowadzką na Kretę).
Parking lotniskowy w Heraklion uważany jest za drogi, ale to chyba jeśli ktoś nie widział cen UK czy irlandzkich... był normalny, zapewne w sezonie jest znacznie bardziej zatłoczony. BTW wielkość wozu nie robi różnicy, co nie jest oczywiste w takich okolicznościach (np. parę km obok, parking mariny/portu Heraklion ceni sobie odróżnianie osobówki od kampera/vana).
Latanie liniami Aegan jest w miarę normalne, jak innymi podobnymi liniami krajowymi czy średniakami z grupy Star Alliance. Jedyne na co troszkę mają hyzia, to ważenie i mierzenie bagażu podręcznego, ale moim zdaniem to nawet OK, bo to co ludzie czasem przynoszą jako bagaż kabinowy i wpuszczają ich jakieś Lufthansy czy KLMy, to jednak jest chamstwo.
Z ciekawostek lotniskowych: zabijając nudę przesiadki w Atenach snuciem się po sklepach, nie znaleźliśmy na lotnisku "Żubrówki", bardzo dziwne. Co jeszcze dziwniejsze, na "ściance" typowych szkockich i/lub single maltów znaleźliśmy egzotyczną Glengoyne, robioną zaraz za wsią, w której mieszkaliśmy w Szkocji. Nudząc się na Okęciu, znaleźliśmy to, co zwykle - najdroższe znane nam lotnisko (w sensie sklepy, kawy, przekąski, itp.).
Zaskoczył nas remont parkingów rent-a-car na Okęciu (ostatni raz pod koniec 2023 tam byłem), ale jakoś znaleźliśmy samochodzik. Jak zwykle zamienili cośtam na cośtam "lepszego", i wylądowaliśmy w automacie z małym przebiegiem, ale jednak w hyundaiu i30. To w ogóle był chyba pierwszy raz, kiedy jeździłem hyundaiem. Okazał się całkiem znośny, przynajmniej mniej wkurzający infotajmentem, zegarami i wodotryskami, niż ostatnie corolle itp., o przepłaconych merolach czy volvo nie mówiąc; prawie cała reszta była normalnie nudna albo tylko głupia (jak nowomodne pseudo-wydechy w zderzaku z plastiku...). "Prawie", bo fotele jednak miał liche oraz spasowanie różności (np. drzwi kierowcy) konkurujące z oplami i renault, a nie toyotą czy niemcami. Ale może po prostu był bity w drzwi, kto go wie.
Polska nadal umiarkowanie się poprawia. Urzędy, instytucje, ulice, wszystko, oglądane raz w roku, wydaje się ciut lepsze. Nie mówię, że gdyby poskrobać, nie wylezie dykta (np. niechcący obejrzana/wysłuchana przypadkowa pyskówka mecenasa z urzędnikiem w Urzędzie Skarbowym itp.), ale w normalnych tematach i zagadnieniach chyba nadal jest lepiej. Zresztą, resztki godności i rozumu nie pozwalają mi krytykować państw z dykty jak Polska, przecież mieszkam w Grecji...
Zabawne było kiedy przez moment w PL było pogodnie i mieliśmy "awwwww...", bo pierwszy raz od pół roku zobaczyliśmy piękne zachodzące słońce, góry nam zasłaniają. Ale poza tym momentem przez 8 dni widzieliśmy zimę irlandzką pod polskim zarządem powierniczym, czyli około 0 stopni, chmurnie, mrzawkopodobnie i paskudnie, fuj.
Wyrzuciliśmy trochę ciuchów, żeby zabrać trochę książek z Polski - jakiś zaległy Murakami, jakieś wydanie "ultimate director's cut" "Wiecznej wojny" Haldemana, tego typu rzeczy. Oczywiście to nie ma sensu, ale nadal lubimy papier, na Krecie polskich księgarni nie ma, z wysyłką też jest słabo i/lub drogo, więc skoro mieliśmy miejsce+tonaż...

Nie wszystko udało się załatwić (it's complicated), ale już wróciliśmy do domu. Który powitał nas chłodkiem 14 stopniowym, gdyż ogrzewanie było wyłączone a tu też była zima. Ale już wróciło wszystko do normy, temperatura w chałupie i na zewnątrz; dziś problemem na zakupach w Heraklion (jak na zdjęciu) była za gruba koszula, którą założyłem, a nie brak ciepłego płaszcza, którego nie posiadam.
Z
le freksji zupełnie pobocznych - kiedy leci się nad Morzem Egejskim, wracając na Kretę, i nagle znajdzie w telefonie i słuchawkach
"Dionysus" Dead Can Dance, to świat na chwilę robi się jakiś taki znośniejszy.
Bo miłe bywają spotkania z rodziną, niemożliwe do uniknięcia są spotkania z urzędnikami itp., ale na razie wystarczy nam takich "wycieczek", zdecydowanie wystarczy.
Słowami klasyka: "We are too old for this shit". A przecież postać Rogera miała tylko 50 lat, zagrana przez Danny'ego, który miał lat zaledwie 41...