Nieco w kontekście zagadnienia z komentarzy pod poprzednią notką,
"A może by tak rzucić wszystko i zostać pisarzem?", zaległy mały rancik-kosmonaucik.
Gdyż zdarzyło się jakiś czas temu coś zupełnie niezwykłego - żona, czytająca i słuchająca zdumiewające ilości książek, nagle zaczęła nie tylko kląć słuchane "dzieło" słowami, których nie powstydziliby się drwale za Chrabołami (co się jej okazyjnie zdarza, przy dziełach drugiej świeżości), ale wręcz - zaczęła wypisywać wkurzające ją babole i po prostu błędy, których najoczywiściej autor wcale nie kumał, ale co gorsza nie kumała też redakcja, o ile jakaś w ogóle była. Ale raczej nie była. A może nie kumał lektor?
Było to na tyle niezwykłe, że aż podzielę się z wami wypisanym przez żonę "humorem zeszytów", bo tej klasy są to babole. Nie żebyśmy mieli nagle odbierać chleb, niezwykle zasłużonej dla polskiego internetu,
Niezatapialnej Armadzie Kolonasa Waazona, ale okazyjnie, czemu nie.
Pewien problem z śmieszkowaniem z "dzieła" jest taki: to nie jest blogaskowy fanfik 15 latka, to jest książka, normalnie wydana przez wydawnictwo BeYa (mają 77 pozycji); Mateusz Cieślik, początkujący autor SF-fantasy, pt. "Urząd do Spraw Dziwnych". Średnia ocena w necie, dla kilku wydanych książek tego autora, to około 7.5/10...
Ale mniejsza, kto jak kto, ja doskonale zdaję sobie sprawę, że pisać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej! Odstawiamy płyny i lecimy:
drewno sparciało
z harmonijnie rozkładanym mieszkiem [korpus aparatu foto, zamiast "w harmonijkę"]
przepastne poroże
przepastne stroje
przepadzista sala
[ogólne wrażenie, że "przepastny", "przepadzisty" to wg autora jakaś odmiana "pełnego przepychu"...]
srogi obłok dymu
w detalach zawsze tkwi szkopuł
miałam gacie pełne strachu
"przestrzenny pokój" zamiast "przestronny pokój"
mina Sarze zrzĘdła
"dysfunkcyjny" zamiast "funkcjonalny"
zajadał się misą, napełnioną rozmaitymi kąskami
te słowa przelały szalę goryczy
zastawy pobudzały wyobraźnię na wszystkie smaki, które przyjdzie próbować gościom
na torsie pana młodego zwisał surdut, długi niemalże do kostek
sala pogrążyła się w gromkich brawach
naszły ją wyrzuty sumienia
babcie i dziadkowie odrestaurowani jak część murów zamku
śmiali się wniebogłosy
jego szyja obrosła w czerwone plamy
szczęk ocierających się o siebie zębów
utopiła głowę między udami
jej mina coraz bardziej wyrażała się w trwodze
przedzierał się przez tabuny ubrań
wyłuskał z dna płaszcza sakwę
prędzej mogła uświadczyć czegoś w rodzaju zjazdu pracowniczego
"pretensjonalne spojrzenie" zamiast "spojrzenia z pretensją"
stół obrastał w szaszłyki, sałatki i owoce
z jej torsu pulsacyjnie sączyła się krew
kolano Hugona coraz mocniej wbijało się w czaszę zbrodniarza
"zawdzięczam ci" zamiast "zaręczam ci"
marnując czas na lakoniczne czynności
Oraz spleśniała wisienka na tym zakalcowatym torciku - w podziękowaniach autor dziękuje za inspirację etc. etc. swojej szkolnej polonistce, bez czego nie zostałby pisarzem. Aż chciałoby się wierzyć, że to mega-post-ironiczny trolling, ale niestety, raczej nie...