Wojtek Orliński ocknął się
jeszcze później niż ja w sprawie najnowszego albumu Rammstein i
popełnił słuszną notkę, ale ciekawie ją "przekierował", na kwestie lingwistyczne w temacie języka niemieckiego a la Rammstein. A obyci komcionauci przynieśli pod nią sporo "germanistycznych" ciekawych informacji i anegdot.
Co z kolei przypomniało mi ze dwie akcje lingwistyczno - przemysłowe w moich włajażach po świecie, więc się podzielę.
1) Japoński dla wymieszanych
Niby każdy kto ma IQ na poziomie bonobo, powinien kumać, że ludzie w Japonii nie mówią jak samuraje we filmach, tak samo jak my nie mówimy jak Kmicic i Wołodyjowski z "Potopu". I to nawet jak unormowani samuraje w nowoczesnych filmach, a nie Toshiro Mifune w 1954. Ale jednak to jest duży mindblow, bo co innego wiedzieć, czy nawet widzieć w japońskiej TV NHK czy w necie, a co innego doświadczyć tego miękkiego języka na co dzień, a jeszcze zmiękczonego w wersji "kobiecej", "dziecięcej" itd. A 20 lat temu było trudniej o japońską TV czy youtuba, nieprawdaż.
Więc było troszkę zaskoczenia przy pracy w Japonii (miesiąc), nawet jeśli niby wiedziałem czego się spodziewać.
Z drugiej strony, wiedziałem z teorii, że japoński zunifikował się po II wojnie, bo zmiany ekonomiczno-społeczne pod okupacją, nowa edukacja, telewizja, itd. Ale jednak gucio tam, bez problemu, znając japoński bardzo słabo, zauważałem różnice wymowy i dialektu młodzieży Tokio, a inżynierów we firmie, a dziadków gdzieś w miasteczku w górach.
I teraz sedno: ekipa, z którą współpracowałem, coś koło 10 inżynierów i menadżerów, była dla mojego ucha dość homogeniczna. To znaczy, wychwytywałem różnice starzy - młodzi, średni menagero - szeregowy inż. elektr., ale bez przepaści. Dopóki nie doszedł względnie młody średni szczebel, szef produkcji, bardzo kumaty, bardzo dobry inżynier produkcji, i mówił właśnie jak samuraj ze starszego filmu.
No szczęki nam trochę opadły, taka była różnica na byle zebraniu, jakby teraz był daymio w otoczeniu samurajów, wiek XVII, koloryzowane.
Jakoś nie wypadało ich dopytywać o to, czy nie zgadało się, ale później w Polsce, część z tych Japończyków była na uruchomieniu, i ten inżynier też. A dla ustalenia uwagi, mieliśmy bardzo bardzo dobrego tłumacza po japonistyce i stażach, i wystarczająco kumatego technicznie (co niekoniecznie idzie w parze, tj. lingwistyka i technika, a wtedy generuje problemy). I zaraz przy jakiejś okazji dopytałem M. jak to jest, że ta banda mówi, jak dla mnie, w miarę homogenicznie i wiem czemu, ale ten szefu produkcji to wyrwał się z ekranu "Siedmiu samurajów", czy jak?! Na co M. rozejrzał się, czy dyskrecja to nasze drugie imię, i rzekł:
- To jest tak. Ta ekipa mówi jak wieśniaki z Saitama. Połowa po prostu, a połowa jak starsze wieśniaki z aspiracjami i po szkole. A ten tam, to jest z rodziny średnich samurajów z dziada pradziada, on nie tylko w domu mówił inaczej, ale chodził do innego przedszkola, szkoły, polibudy, niż ta reszta, potem jakimś cudem trafił do tej fabryki. No i to słychać, jak on przepięknie mówi, co nie?
Bez wątpienia.
2) Duński dla zaawansowanych
Na początku pracy w duńskim semi-korpo miałem bardzo trudną maszynę, będącą wąskim gardłem fabryki na kilkaset osób (produkcja przemysłowego fajansu elektromechanicznego). Zanim jeszcze wdrożyłem się na serio i tak dalej, o tej wrednej maszynie nie mówiąc, trafiła nas nagła wieść, że mój, powiedzmy, ekwiwalent w macierzystej fabryce w Danii, czyli "główny (i jedyny) automatyk" od którego przejmowałem swoją działkę, nie czeka, aż ostatni zgasi światło w pustych halach, po relokacji produkcji do Meksyku, Polski czy Chin, tylko się właśnie zwalnia. O w dziuplę.
Przyszło prędziutko wybrać się do DK na dłużej (o ile pamiętam, to było pamiętne doświadczenie z oplem Astrą nówką...), i wycisnąć z gościa, co się dało. J. był skądinąd przemiłym inżynierem, w moim wieku, bez wątpienia lepszym ode mnie, z wyglądu 110% wikinga w wikingu. "Wyciskanie" wiedzy i detali było dość krytyczne, bo wiadomo było, że potem zostanę sam, z dokumentacją, narzędziami i backupami, i po prostu nie będzie do kogo zadzwonić. A byliśmy właśnie w trakcie przenosin kolejnego trudno-zabytkowego działu. Stąd nawet ostatni weekend przepracowaliśmy, co było niespotykane w DK, i ciekawe ile J. za to musieli dopłacić.
Było tam wiele zabawnych akcji, ale jedna była lingwistyczna, że tak powiem. Otóż gdzieś pod koniec mówię do J. tak:
- Fajnie że pomału ogarniamy gry, zabawy i fakapy przenoszonego działu Y, ale przypominam, że jest na liście ten f...ing maszyn "wąskie gardło" z działu X, musimy nad tym usiąść, zgodnie z planem, bo tam fakap goni fakap, program to ch...nia na ch...wym PLC, a komentarze są, ale po duńsku, a ja nie kumam duńskiego.
- Racja! To po południu nad tym siądziemy.
Po południu siedliśmy, otwieram na swoim lapku bardzo pop... program na starym Siemensie S5, J. patrzy w to i widzę, jak mu się oczka robią coraz większe i większe. I westchnął coś jak "oh, kibel!". Co zrozumiałem, że pewnie jak "oh, crap!" czy "szajse!" w innych językach. Więc patrzę pytająco, co będzie dalej, a J. na to:
- Problem mamy. To nie ja pisałem, to Kibbel.
- I co? Ja nie potrzebuję, żebyś mi objaśniał ten program, już trochę kumam tę maszynę. Wystarczy, że przetłumaczymy komentarze i może nazwy zmiennych i modułów, i będziesz wolny jak taczanka na stepie.
- Tu też mamy problem. Bo ja tego nie rozumiem, to nie jest po duńsku...
- ŻE WHAT LE FUCK? To po jakiemu to jest?! bo pewny byłem, że to programistyczno - fabryczny duński...
- To jest dobre pytanie. Kolega Kibbel nie dość, że jest doświadczonym, ale zwykłym elektrykiem, więc pewnie ten program jest zabawny inaczej (tu prawie se kark nadwyrężyłem, od przytakiwania), to jest Niemcem z zadupia Schleswigu, naturalizowanym w Danii...
- Aha, czyli to jest bardzo - północno - niemiecki?!
- Też nie. Niemiecki znad granicy, to ja znam. To jest jakiś jego własny dialekt... Trzeba będzie go ściągnąć jutro...
I tak było. Na drugi dzień pojawił się wielki ponury poniemiecki elektryk i zaczęło się tłumaczenie, tzn. wskazywaliśmy mu paluszkiem, co ma nam WYTŁUMACZYĆ, po czym J. próbował to z duńskawego (bo faktycznie słychać było, że gość ma wymowę inną niż lokalsi) przetłumaczyć, a na końcu ja próbowałem zrozumieć i wygładzić po angielsku, i zapisać.
A w paru miejscach bardzo potrzebowałem kolę i popkorn, kiedy się nie mogli dogadać, i było dużo coraz gwałtowniejszego wikingowsko - germańskiego machania rękami, i warczenia na siebie. Raz byli już bardzo buraczkowi i wkurzeni, i poczytuję sobie za osobistą zasługę, że z okruszków niemieckiego i jakiejś tam znajomości maszyny, skumałem nagle o czym warczy K. a czego nie rozumie J. (specyficzne dodatkowe czujniki, na pewnych siłownikach pneumatycznych) i mogłem się wtrącić, i nie dopuścić do wojny niemiecko - duńskiej pod flagą biało - czerwoną.
Ogólnie rzecz biorąc, rok 2000 to był dobry rok.