Przegląd muzycznych zaszłości w moim bąbelku.
1) Przez jakieś dziwne zakamarki sieciowo - jutubowo - diabli wiedzą jakie, "odświeżył" mi się w moim kącie VNV Nation, zespół klasyfikowany od synthpopu po futerepop, czy jakieś post-trance. To znaczy, na VNV Nation wpadałem co parę lat, ale jakoś nigdy się nie przyjął, choć teoretycznie powinien - Ronan Harris, frontman - człowiek orkiestra (BTW rodem z Dublina, ale chyba od '90 siedzi i tworzy w Anglii), cały czas robi w kierunkach, których jak najbardziej słucham, miewa znaczące i mocne teksty, a VNV to chyba jego czołowy projekt.
Ale jakoś nie wciągało. Chyba wszystko jest tu na miejscu, ale jakość tych wszystkich elementów była ciut za niska, więc suma jakości też. Więc VNV zawsze było po chwili "no fajnie, ale toptopów to jednak nie jest, wolę posłuchać X czy Y". Ostatnio albo gust mi się popsuł, albo Ronan i ska się podciągnęli, albo sama nie wiem; ale jakoś więcej ich słucham.
2) Przez równie niezbadane wyroki algorytmów internetowych, wpadłem nieco w fazę na muzę, którą roboczo nazywam post-Florence. Tj. mam wrażenie, że jakieś 10 lat temu, na fali sukcesu Florence & the Machine, producenci odkryli zapotrzebowanie na i gwałtownie zmonetyzowali mnóstwo fajnych, dobrze śpiewających dziewczyn z jakimiś zespołami w tle, od electro po pop/dance, czasem indie, czasem udających indie. Ostatnio chodzi za mną np. Chvrches.
Do Chvrches mam sentyment od zawsze, bo to Glasgow; miejscówki skąd pochodzi Lauren Mayberry to mogłem se z górki za wsią oglądać, kiedy mieszkaliśmy w Szkocji; przeważnie po drodze mi z nimi "ideologicznie". Przeważnie dają radę, choć jej śpiewanie nie jest dla mnie klasy supernajwyższej i nie słuchałem tego pasjami. Ostatnio jest faza na, nie wiem czemu.
Z podobnego "gatunku", bez żadnych sentymentów szkocko-wiejskich, i z bezdyskusyjnie super śpiewaniem, przypałętało się ostatnio London Grammar i nie chce puścić - jak to przeważnie bywało. Bo nie raz wpadałem na nich, i miałem "OK, niezłe", ale nie żebym ich słuchał na okrągło. A na przykład, ostatnio jakoś tak, szczególnie poniższego kawałka.
Może to nie jest typowy London Grammar, ale samo piękno y dobro, to nic że cover "zwykłego" przeboju indie, w miarę niezłego - ale kudy mu do powyższej wersji Hannah Reid.
3) A propos coverów, niedawno wpadłem na nieznany mi cover Petera Gabriela przez Fever Ray, co się liczy w moim bąblu, jakbym wpadł na nieznane mi dzieło Lema, albo singiel Depeche Mode. Hańba mi. Oraz jakie trzeba mieć jaja, żeby brać się za covery TAKICH rzeczy, i jakie zdolności, żeby wyszło aż tak dobrze.
4) A propos coverów, wpadłem na nieznany mi cover White Rabbit/Jefferson Airplane przez Paula Kalkbrennera (do tego kawałka i jego coverów
mam dużą słabość skądinąd). Kalkbrenner przemyka mi się przez lata po obrzeżach muzycznego pola widzenia, ale nigdy nie słuchałem go na co dzień, czy więcej kawałków na raz. I o ile ten cover jest bardzo fajny, i teledysk W PEWNYM SENSIE też, oglądacie na własną odpowiedzialność, bo np. ta "trylogia Floriana" (są trzy EPki w temacie) trochę rozwala mi mózg i dostarcza rurociągiem poczucie winy, że nie potrafimy poprawić tego pie...go świata.
5) A propos niemieckich artystów, rozwalających mózg odbiorców, w końcu może skrobnę o nowym albumie Zeit od Rammstein, bo w końcu pozbierałem szczękę z gleby oraz chyba właśnie grali w Polsce (jakieś sygnały od znajomych wczoraj miałem).
W większości płyty to dla mnie stary dobry Rammstein; muzycznie, tekstami i wykonaniem właściwy dla nich poziom wszystkiego. ALE teledyski zrobili do tego klasy wyprzedzającej nie tylko konkurencję, czy ich własne dawniejsze liczne osiągnięcia w temacie, ale po prostu wyprzedzili wszystko i wszystkich, jak np. w powyższym Zeit. A poniższy Deutschland, którym walnęli z forehandu już jakiś czas temu, po 10 latach przerwy, to nie tylko teledysk, który jest lepszy niż wiele dwugodzinnych filmów z ambicjami ORAZ budżetem, ale dla mnie też ogólnie czołowa piosenka Rammstein, coś w ich top 5 powiedzmy.
Z innej beczki, nie zapomnijcie dać mi znać, kiedy ktoś nowożytnie w Polsce nagra+nakręci coś w podobie, to jest w miarę dobrego muzycznie i wizualnie, podobnie rozliczającego się z polskim 1000 lat historii i kultury, od Ziemowita po Jana Pawła II. Najbliżsi chyba byli Ciechowski w "Nie pytaj o Polskę" i Kazik/Kult w "Polsce". Ale oni byli dwie generacje temu i głównie rozliczali się ze "stanem zastanem", a nie z "całością" narodowej historii i kultury, z siekierą w ręku, jak Rammstein w Deutschland.