(będzie długie...)
Zaczęło się od jakichś pyskusji w necie po
strzelaninie w Orlando. Ogólnie mam na to, rzecz jasna, "aconowego"; w USA jest już chyba więcej niż jedna strzelanina dziennie. Ale - jak zwykle - ludzie się mylą w internetach na temat zabójstw, bezpieczeństwa, dostępu do broni, na zylion sposobów, więc koniecznie musiałem popyskować.
Aż poszedłem popatrzyć w kwity i źródła (chociaż niezbyt daleko poza wiki, FBI, itp. no bo po co), czy coś się zmieniło za ostatnią, powiedzmy, dekadę, w temacie, powiedzmy, "zabójstwa takie i owakie a dostęp do broni", ale nic ciekawego nie wypatrzyłem. USA nadal jest dziczą, nie to że jakąś bardzo wyjątkową (choć niektórym się wydaje, że w USA jest bardzo dużo morderstw, tylko że nie), ot przeciętną, jak na planetę Ziemia. Za to jest wyjątkową dziczą, jak na ich poziom ogólnego "rozwoju".
Powszechny dostęp do broni kosztuje ich, powiedzmy (licząc na palcach i chamsko rzutując dane jakiejś Kanady itp. miejsc kulturowo niezbyt odległych i z w miarę normalnym dostępem do broni palnej, na USA), jakieś 4000 dodatkowych trupów rocznie w zabójstwach i pewnie nieco więcej niż drugie tyle w samobójstwach (bo samobójstw jest mniej więcej dwa razy tyle co zabójstw, ale tu mi się nie chciało nawet na palcach liczyć) - jak to mówią, "duży kraj, można się zgubić"; nie mnie sądzić, czy te 3000-4000 w skali 12000 wszystkich morderstw to mało czy wiele, niech se Amerykanie sami to wyceniają.
Kosztuje ich też, oczywiście, sraczkę medialną po każdej strzelaninie itp. z "wieczną" dyskusją między debilami brandzlującymi się giwerami i lobbystami liczącymi kasiorkę z tego przemysłu a mniej lub bardziej (serio, czasem - mniej niż bardziej) zwolennikami obostrzeń i utrudniania dostępu do broni. Ale tu też, nihil novi, co najwyżej można się podziwować, jak debilnie argumentują czy nieudolnie manipulują jedni czy drudzy. Moim faworytem, pod względem hilaryczności, od strony lobbystyczno-redneckowej nadal są argumenty "z samoobrony" (BTW w USA dwa razy więcej ludzi ginie od wypadków z bronią niż zastrzelonych w samoobronie, i są to liczby 3 cyfrowe...), a od strony antygiwerowej-cywilizowanej, chyba pokazywanie jak źle jest w USA pod takim czy owakim względem, na przykładzie Japonii...
Ale to wszystko, cała ta sieczka i rozważania o broni i zabójstwach przy jej pomocy, no i te parę tysięcy trupów, to jest część problemu, spora, ale tylko część. Gdyż ważniejsze pytanie jest takie - dlaczego społeczeństwo supermocarstwa, które pod wieloma mierzalnymi względami nadal jest w czołówce planety, jest taką dziczą, że ma poziom zabójstw per capita (tudzież inne przejawy przestępczości) na poziomie jakiegoś Iranu czy Tajlandii? I dlaczego, jeśli nawet wyjątkowo optymistycznie, udałoby się im zabrać te zbędne 250 milionów giwer, spadliby pod względem zabójstw per capita do poziomu jakiejś Turcji czy Libii, wysoce teoretycznie i w najlepszym wypadku?
Bo normalny, w miarę cywilizowany świat, wygląda trochę inaczej, co nie.
Długie i nudne objaśnienie - w ramach liczenia na palcach straszliwie twardych danych z wikipedii, i tak wsadziłem co nieco w excela, więc paroma ruchami myszki mogłem zrobić powyższą ilustrację notki (rid maj lips - notki na blogu a nie dysertacji z socjologii czy pokrewnych). To jest scatter ilości zabójstw na 100tys. mieszkańców, dla 30 krajów z tzw. pierwszego świata, vs. indeks rozwoju HDI w osi x (skądinąd vs. PKB per capita itp. miar dobrostanu nie będzie większych różnic). Listę krajów skompilowałem se arbitralnie acz rozsądnie, czyli górne 30 po HDI, wywalając po drodze enklawy jak Monaco czy Singapur (i powinienem enklawę zwaną Islandią, ale bo mnie zmylili, pszepani, i przeoczyłem) i wywalając rzeczy których nie mam zamiaru porównywać z EU czy USA, czyli co dalszą Azję czy rozwinięte kraje arabskie, ale NIE omijając Kanady czy Australii itp. powiedzmy, kulturowo równie bliskich EU jak USA. Listę otwiera Norwegia, zamyka Chorwacja. Plus "dyscyplina dodatkowa", 31 kraj, ale nie uprzedzajmy niespodzianki.
Jak widać, "normalny I świat", przynajmniej pod względem mordowania rodziny, sąsiadów i mniej czy bardziej znajomych, to ta chmura na dole. Znaczy, moim skromnym zdaniem, ten naprawdę normalny, to kończy się gdzieś tak w okolicy jedynki (czyli UK albo Danii...), no ale czego wymagać od gupich acz bogatych małp naczelnych; powiedzmy, że do dwójki to jest jeszcze normalność.
Skądinąd Polska po tym względem, wbrew temu co bredzą żądne kliknięcia i oglądalności media, przy dowolnie wybranej morderczej okazji, i co powtarzają za nimi rzesze chwilowo odłączonych od massmediów idiotów, bynajmniej nie jest jakąś dupą świata czy powodem do wstydu, czy wymaga natychmiastowego wprowadzenia kodeksu Hammurabiego i rozdania broni wszystkim chętnym do "samoobrony" - to ten uroczy jasnoniebieski trójkącik w okolicy 0,84/0,7. A jeśli już, to powody do pewnego wstydu i pracy u podstaw w temacie mordowania się, ma europejska "chmurka" w okolicy 0,88/1.5 - to Francja, Belgia i Finlandia, no ale to pewnie przez te miliardy imigrantów, szczególniej w Finlandii.
Dygresja - najbardziej morduje się, rzecz jasna Ameryka Południowa i Środkowa, potem, mniej więcej, Afryka. I to są kraje gdzie NAPRAWDĘ jest dużo zabójstw, bezwzględnie i względnie; to są poziomy 5-10 razy wyższe niż straszliwe strzelające-do-kogo-popadnie USA. Ale wiadomo, Honduras czy Wenezuela czy nawet Brazylia to zadupie świata, nieistniejące w globalnych mediach i świadomości dzieci sieci. Inna dygresja - jedyne, co w całym tym mikro-riserczu mnie naprawdę zaskoczyło, to, że Karaiby mordują się per capita i decapita całkiem paskudnie, i nie mówię tu o jakichś małych wysepkach, gdzie parę zabójstw robi statystykę (coś jak Lichtenstein czy Luksemburg - parę zabójstw przesuwa ich od razu w drugi czy trzeci świat), ale o Jamajce, Haiti, Bahamach, nawet Kubie. Nie wiedziałem tego, nie znam się, ale zasmuciło mnie to znacznie.
Ad rem - dyskutowane USA to ten zielony trójkącik po prawej w górze - widać jak bardzo się coś zesrało, jeśli kraj, który powinien być pod względem zabójstw tam, gdzie Kanada czy Niemcy czy Irlandia (to co jest poniżej w "chmurze"), jest tam gdzie Iran czy Albania, czy ogół krajów "dwa ekrany w lewo". I jeśli, jw. hipotetyczne zabranie im całej broni, wcale nie przesunie ich na dół, tylko gdzieś w okolice 2,5-3.
I nie tłumaczą tego, jak najbardziej istotne, różnice między stanami USA - nawet najbezpieczniejsze New Hampshire jest w okolicy EU, a jakby się "poprawiło", to byłoby w okolicy Polski, a nie Islandii. O większości stanów, a szczególniej "konfederackim" południu, lepiej nie mówiąc...
Ale w tym momencie czujnie przyglądamy się towarzystwu, mordującemu się na tym samym poziomie, co USA, jeśli nie lepiej, które jak najbardziej zmieściło się na wykresie i też odstaje nieźle - to te trzy pomarańczowe trójkąciki po lewej (skądinąd, w temacie dostępu do broni - jeden ma dostęp niższy niż Polska, a inny całkiem spory, klamka albo strzelba w co drugim gospodarstwie).
To jest (od lewej) Łotwa, Litwa i Estonia. A Litwa jest obecnie nie tylko stolicą europejskiego mordunku, ale też samobójstw; jeśli ktoś myśli, że nadal Węgrzy są słynnym ewenementem Europy pod tym względem, jest nieaktualny jak coś nieaktualnego, Litwini wykonali wielki krok naprzód pod tym względem i ogrywają Węgrów jak 3 do 2 pod względem odbierania sobie życia. I innym też, jak widać na wykresie.
Różne są tłumaczenia powyższego nieciekawego stanu w krajach bałtyckich - od "pasa wódczanego" (ale gdzie Finlandia?), przez ekonomię (ale gdzie Chorwacja, Słowacja, itp?) po socjologię (jakieś zupełnie mętne wywody, jak to paranauki). Do mnie trafia najprostsze - to wina imigrantów, oczywiście.
I tu przechodzimy do "dyscypliny dodatkowej", kraju nr 31, czyli czerwonego trójkącika w lewym górnym rogu. To jest Rosja. Czyli nieco under development, że tak polecę sucharem, i dzicz, przy której dzicz amerykańska przypomina rozważania "Syberia a preria". Stąd wnoszę, że wielostronne i przemożne wpływy rosyjskie na, tudzież solidna imigracja rosyjska do, Litwy, Łotwy i Estonii, powodują, że kraje te są pod dyskutowanym względem w pół drogi miedzy normalnym I światem a, cóż, Rosją.
A kiedy tak kontempluję ten wykresik, gdzie jest USA i Rosja, gdzie normalne kraje i nad nieszczęściem krajów bałtyckich, i kombinuję co tu jest nie tak, i poczytuję to i owo, a nawet, nie bójmy się tego słowa, ciągnę i ciągnę, żeby wyciągnąć jakieś wnioski, przypomina mi się, że praprzyczyna już została zdiagnozowana i opisana dawno temu.
A nawet - dokładnie 100 lat temu.
Gdyż dokładnie 100 lat temu Lenin kończył w Zurychu/Bernie esej-książeczkę
"Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu" (wydaną dopiero w 1917). A niedługo potem pojechał do Rosji robić rewolucję.
Dlaczego wyciągam nie dość, że esej o imperializmie i to jeszcze Lenina, w kontekście jak wszystko powyżej? Bo to bardzo dobry esej, który się bardzo niewiele zdezaktualizował, co skądinąd, przerażające; bo wydaje mi się lepszy i aktualniejszy niż np. rozważania Marksa w temacie; bo historia najnowsza i "nasze czasy" pokazują, że Lenin miał w sednie rację, a np. Kautsky z pomysłami, z którym Lenin polemizował tą książką, raczej racji nie miał.
Bo to co "tak naprawdę" różnicuje krainy z wykresu i tłumaczy różnice ich społeczeństw, również w temacie mordowania bliźnich, to permanentny i 100 letni, dojrzały imperializm USA i Rosji (a nawet, powiedzmy, neoimperializm, za chwilę o tym) vs. jego historyczna nieobecność lub zapaść w pozostałej 29 społeczeństw.
Oczywiście, mordowanie bliźnich 4 czy 10 razy bardziej niż w innym, acz porównywalnym kulturowo czy ekonomicznie czy politycznie społeczeństwie, wynika z mnóstwa czynników - z biedy ergo z nierówności ekonomicznej i politycznej, także klasowej i etnicznej, z braków opieki społecznej, zdrowotnej (jak słusznie podniósł ktoś w pyskusji od której się zaczęło - również opieki psychiatrycznej), różnicach w dostępie do edukacji, w różnych modelach lansowanych przez media i popkulturę itd. itp. no i na końcu, w różnicach w dostępie do narzędzi zaprojektowanych i wykonanych tak, by efektywnie mordować innych ludzi, czyli do broni. Tylko, że moim zdaniem, za 9 na 10 z tych najróżniejszych czynników stoi drapieżny, neoliberalny, zglobalizowany i rozwinięty kapitalizm, czyli imperializm, jak z czasów Lenina. Który na wszystkich poziomach usiłuje zagrabić wszystko, co jest do zagrabienia i sprzedać to maksymalnej ilości ludzi, i zagrabić jeszcze raz, i tak bez końca, co najwyżej w nowych podziałach starych ról i kawałków świata.
Jak pokazała historia, mrzonki jak "ultraimperializm" Kautsky'ego, czyli pójście imperialistów w jakieś kooperacje czy demokracje czy inne Unie Europejskie, i że już nie będą tacy drapieżni i żądni wyciskania kasy i krwi z wszystkiego i wszystkich, tylko mądrzy i dobrzy, było możliwe na historyczną chwilę, po wstrząsie klasy II wojny czy w warunkach Zimnej Wojny i cienia Sowietów rzuconego na świat. Kiedy wojny zapomniano, a planeta stanęła otworem, nowe pokolenia imperialistów po staremu usiłują zagrabić i podzielić świat, nie ważne jakim kosztem. Co dynamika Zachód - Chiny, czy Zachód - BRICS, czy w wielu miejscach i poziomach bardziej lokalnych, dosko pokazuje w ostatnich dekadach.
A co się moim zdaniem istotnie zmieniło od czasów Lenina, i co można nazwać neoimperializmem czy jakoś tam fikuśniej - i co drastycznie pogarsza, także na wykresie powyżej, stan społeczeństwa USA, statku-matki neoimperializmu, jak i Rosji, pre-post-over-ultra-imperium?
Kolosalne zwiększenie wydajności pracy itp. parametrów przez ostatnie sto lat.
Stąd normalne rozwarstwienie, walka klas, czy jak tam se nazwiecie to, co w stosunkach wewnętrznych z własnymi społeczeństwami robią neoimperialiści - elity, banksterzy i władcy świata, z wiszącymi u ich mankietu politykami i mediami - jest obecnie pomnożone, przez moją i waszą statystyczną niemoc i zbędność. I jeszcze większą niemoc i zbędność mieszkańców USA czy Rosji.
Gdyż jeśli w rolnictwie wydajność wzrosła tak, że zamiast 20% ludności wystarczy do pracy 2%, te zbędne 18% może obchodzić socjalistę, komunistę, może nawet chadeka - ale nie ma takiej siły na świecie, żeby obeszło (neo)imperialistę. I tak samo w innych gałęziach gospodarki i w ogóle społeczeństwa.
Neoimperializm przesunie ich gdzieś do jakichś gównianych usług, do pseudopracy za pseudopiniądz, żeby na ulicę nie wyszli. I nigdy nie wyjdą, bo większość z nich wierzy (a wmawiają im to najlepsi na świecie specjaliści mediów i "edukacji"), że od zera do milionera, że konstytucja USA da best, że car Putin jest swój chłop, że wolność rządzi i jeszcze więcej wolności trzeba, szczególniej dla neoimperialistów i ich zauszników, że każdy może założyć własny kartel czy monopol, że twardym trzeba być a nie miękkim, że kły i pazury i oko za oko, że nasi chłopcy w mundurach spuszczą manto każdemu; a kto nie ma broni, ten cipa. A jak będziecie niegrzeczni, to przyjdą źli muzułmanie i zjedzą wasze kobiety oraz zgwałcą wasze owce, czy też wprost przeciwnie.
"Na zewnątrz", można rozważać globalizację czy neokolonializm na zasadach "normalnych" imperializmu, prawie tak jak 100 lat temu Lenin. "Wewnątrz", jak przy rozważaniach statystyk morderstw społeczeństw I świata, sugeruję perspektywę jw. leninowską skrzyżowaną ze zmianami wydajności pracy, "społeczeństwem 20/80" itp.
Kwestia, czy neoimperialistom, wnukom Reagana i Thatcher, uda się zupełnie rozmontować to, do czego doszły społeczeństwa, które kiedyś się nieco opamiętały w duchu ultraimperializmu, te na dole wykresu, i czy uda się zgotować nam wszystkim coś pomiędzy USA a Rosją, albo, znowu, góry trupów, kiedy imperialiści będą se ustalać Kolejny Nowy Porządek Świata - ta kwestia wydaje się wciąż nieco otwarta. Albo, być może, "jestem wyjątkowo naiwnym łosiem".
Pożyjemy, zobaczymy.