Dzisiaj jest okrąglutka, trzydziesta, rocznica premiery filmu "Highlander" - "Nieśmiertelny". Connor MacLeod. Angus MacLeod. Heather MacLeod. Juan Sanchez Villa-Lobos Ramirez. Kurgan. Rachel Ellenstein. Nawet ta denerwująca Brenda. Oraz aktorzy ich grający. Szczegóły. Nawet muzyka Queen, za którymi nie przepadam.
Wymiatał.
Jedna z najfajniejszych bitew "średniowiecznych" w historii pop-kina (podobno - zimno było, statyści się rozgrzewali napojami z procentami, w kolejnych ujęciach i dokrętkach, bijatyka odgrywana zmieniała się coraz bardziej w bijatykę bezprzymiotnikową i w ten sposób wyszło jak wyszło...).
Jedne z najfajniejszych szczegółów scenografii, strojów, detali, w historii pop-kina (przynajmniej - w tamtych czasach i budżetach).
Jedna z najpiękniejszych i najokrutniejszych historii miłosnych w historii pop-kina (przynajmniej - moim zdaniem).
Jedne z najmarniejszych efektów specjalnych ever (nawet wtedy...).
I piękna Szkocja w tle.
(Zamek Eilean Donan, ten z "Nieśmiertelnego", widok z nieco innego ujęcia niż zwykle.)
Około 30 lat temu byłem nastolatkiem, który obejrzał ten film w kinach PRLu o wiele więcej razy niż powinien (powiedzmy, liczba ma dwie cyferki i jest sumą tego, ile razy obejrzałem w kinie "Gwiezdne Wojny" i "Klasztor Shaolin", razem wzięte...). No gdzie byli rodzice i wychowawcy, oto jest pytanie.
Co sugeruje, że przynajmniej dla niektórych, był to film kultowy od razu, wbrew niskim ocenom, słabej oglądalności, sprzedaży; a nie - stał się po latach, jak dla wielu.
I co nieco tłumaczy, dlaczego jesteśmy gdzie jesteśmy i skąd pewne pomysły się wzięły, nawet jeśli podświadomie czy nie wprost. I nieważne, że filmy jak "Highlander" mają z rzeczywistością bardzo niewiele wspólnego.
(Obecne wnętrze Eilean Donan, sala bankietowa zamku, część dostępna zwiedzającym, ale nadal czasem używana przez klan MacRae - ogólnie, cały obiekt i ta sala, to przykład jak w początku XXw. wyobrażano sobie średniowieczne zamki, przy okazji renowacji, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością historyczną. Podobnie jak film.)
Bo liczy się siła wyrazu i wyobraźni, i całościowy, kompleksowy "impact factor" - a mało który film miał większy niż "Highlander" w czasach naszej młodości - ale połączone z "prawdziwą" historią i "prawdziwymi" postaciami i prawdziwymi krajobrazami, a nie tylko fantastyka i egzotyka.
Były może bardziej uderzające "Gwiezdne Wojny" czy inne "Indiana Jonesy", ale nie dało się do nich wyprowadzić.