Z sążnistą notką o rasizmie nie wyrobiłem się na czas i w trendy (bo pisze się ona od dwu lat mniej więcej - zapłaczcie nad moim cyklem wydawniczym!), więc nie mogę w kontekście aktualności powiedzieć "miałem o tym notkę", ale może jednak nieco szturchnę modny temat, co nie.
Mogę się na co dzień cieszyć internetowo-medialnym JOMO (joy of missing out, "przeciwieństwo" FOMO), ale niestety, zdarza mi się spojrzeć na jakiś ekran przy drodze czy inną stronę główną jakiegoś BBC, stąd nie sposób nie zauważyć, kiedy w środku zaniedbanego Paisley, pomiędzy reklamami samochodu a elektroniki, przygodny billboard wyświetla "George Floyd's Remember", albo że pod hasłem "Black Lives Matter" wychodzi na ulice kupa ludzi w jakimś Londynie, w środku pandemii.
Na systemowy fakap amerykańskiego społeczeństwa w temacie praw człowieka, dyskryminacji, nierówności i uogólnionego imperializmu kolonizującego własny kraj, mogę mieć co najwyżej "a co nowego" oraz
"miałem o tym notki". Co do protestów w powyższych tematach, szczególniej takich ori z USA, z rozpieprzaniem sklepów itd. również, gdyż przecież nie dalej jak 9 lat temu "oburzeni" protestowali powszechnie, na nieco innych podstawach, ale w szczególe dla plazmy i najków.
Czy obecne protesty i szeroki odzew w mediach coś zmienią na lepsze? Czy sprawa George Floyda będzie jakimś przełomem w odkręcaniu systemowej sprywatyzowanej oligarchicznej przemocy USA przeciwko własnym obywatelom? Nie sposób przewidzieć, to da się ocenić dopiero za parę dekad, już pomijając kto i jak będzie definiował "na lepsze" i "przełomy". Bo przecież takie akcje, śmierdzące na kilometr państwem policyjnym, są w USA mniej więcej
co tydzień jeśli nie częściej, tyle, że o nich nie słyszeliście, bo nikt nie uznał je za warte sprzedaniu wam w mediach... Zmiana na lepsze kiedyś i którąś stronę zajdzie, ale stawiam dolary przeciw orzechom, że i za 50 lat dla niektórych będzie źle i nadal nie będzie przełomu. BTW wskazówką co do procesów znoszenia systemowej dyskryminacji wcale-nie-mniejszości jest emancypacja kobiet, minęło nieco ponad 100 lat od "przełomowych" akcji i przypadków sufrażystek, a nadal w połowie świata kobiety mają przechlapane wprost, oraz w jakiejś Danii czy Polsce mogą spoko twierdzić, że są dyskryminowane i uciskane. A w porównaniu - znoszenie apartheidu i emancypacja kolorowych w USA ma dopiero lat 60, więc nawet biorąc pod uwagę przyspieszenie zmian przez przyspieszenie obiegu informacji i decyzji, moim skromnym zdaniem "to se jeszcze trochę poczeka"
Odkąd zainteresowałem się nieco szczegółami "konstrukcji" i problemów USA gdzieś tam w '90, i odkryłem powyższe fakapy społeczno-polityczne, już pomijając odchylenia imperialistyczne i reagonomikę, natychmiast straciłem zainteresowanie jakimikolwiek personalnymi kontaktami, wizytami, emigracją (loteria wizowa była w modzie), Polonią itp. Najchętniej zakleiłbym ten kawałek mapy białym papierem, jak sugerował Lem o pewnych kulturach w podróżach Ijona Tichego, ale niestety, USA są "za duże" i nadal rzucają za duży cień na cały świat, żeby dało się je zakleić i zapomnieć; to nie np. Brazylia czy inny Dubai, o których mam równie nieciekawe mniemanie i równie nikłą wolę bliższych kontaktów. A po 2001 nie polepszyło się w USA, o nie.
(Dygresja - stąd np. wcale nie ucieszyło mnie niedawne "zniesienie wiz" do USA, bo straciłem wygodny pretekst, żeby bez wyjaśnień i tłumaczeń móc odmawiać jakichkolwiek wyjazdów służbowych itp. do USA pod pretekstem "nikomu nie przeszkadzam, nikogo nie ruszam, nie mam wizy, nigdzie nie jadę, reperuję prymus". Teraz to chyba musiałbym użyć karty "z przyczyn religijnych"...)
Moje "ciepłe" uczucia, co do imperialistycznych USA i ich wpływu na świat, gdzieś tam nieco po 2001r., bardzo ładnie oddał w pieśni zespół Rammstein:
Dygresja - to jest też jeden z lepszych znanych mi przykładów, że wysokopoziomowi artyści są wyczuleni na trendy, na "znaki historii", "podświadomie" przekazują czy tworzą sensy niekoniecznie "znane" im samym, na bardzo wielu poziomach. Żebyśmy się rozumieli, Rammstein jako grupa a Lindemann (wokalista i frontman) w szczególe, wbrew pozorom są bardzo kumaci i "wiedzą co robią", no ale przecież w 2004 jeszcze nikt nie przewidywał aż tak fake newsów, trollerki i konstruowania mediów i brandów i całej propagandy nowej epoki internetu, jak to subtelnie pokazuje powyższy teledysk - tak normalnie wszyscy widzą żartobliwe teoriospiskowe lądowanie na Księżycu, czyli manipulację mediami i teorie na ten temat, odkąd jest kino po lata '00 (np. "Fakty i akty" są z 1997...), ale mało kto zauważa, że Rammstein puszcza też oko w temacie meta-manipulacji, gdyż w końcowej scenie "na planie" pokazują fejkowe postacie ze scen anty-cocacolonizacyjnych, czyli "zwalczamy zalew świata fejkową fajnością i supremacją USA i ich manipulację, przez nasze własne manipulacje".
Dygresja do dygresji - jakąś inspiracją do tekstu "We're all living in America" zapewne była fraza "We all live in a yellow submarine" The Beatels, a "Yellow Submarine" była podobnie jw. "zrobiona podświadomie", niby ot, psychodeliczna piosenka w połowie dla dzieci, w połowie dla Ringo, ale znacznie przekroczyła wszelkie "założenia" i zyskała kultowość. I jest używana jako protest song przez dekady. A film animowany "Yellow Submarine" to w ogóle przekroczył wszystko w kwadracie, był przełomem przez duże P.
Dygresja do dygresji do dygresji - a na drugiej stronie singla "Yellow Submarine" była
"Eleanor Rigby"; jak nie przepadam za Bitelsami, to za ten kawałek należy im się nieduża katedra czy coś, bo to był w 1966 czy 67 roku przełom w pop-muzyce, jakiego chyba już nie jesteśmy w stanie doznać czy sobie wyobrazić. Oraz to po prostu wielopoziomowo wspaniały utwór.
Wracając do tematu - na przecięciu starej spierdoliny społeczno-politycznej USA, z czego m.in. ulęgły się ostatnie protesty, cocacolonizacji globalnej oraz niemożności "zaklejenia" USA na mapie, powstaje pytanie, dlaczego akurat teraz w jakimś Paisley ktoś zaprogramował billboard jak w początku notki, a wcześniej jakoś jednak nie?
Mam wrażenie, że odpowiedź jest prosta i nieco "samozwrotna" i tłumaczy ją fraza pożyczona z Rammsteina do tytułu notki - BO ŻYJEMY W USA. A dokładniej w kulturze w przemożnej części napędzanej i sterowanej przez mavenów mediów i socjalmediów z USA. Nawet jeśli jest to protest przeciwko USA, to nadal jest to protest przepracowany, wymyślony, zaprojektowany, sprzedany i opublikowany przez elity medialne i korporacyjne USA. Dla ustalenia uwagi - nie mam na myśli jakichś teoriospiskowych idiotyzmów o żydowskich iluminatach czy masońskich jaszczurach, tylko raczej prozaiczny ciąg: trzon globalnych mediów i socjalmediów to nadal USA, jak większość elit USA napędzane przez chciwość i imperializm; w wewnętrznej anty-minimaxowej grze ewolucyjnie (tj. nie jako komitet, ale jako mrowisko) zmyślają, odgrzewają, wymyślają łatwo sprzedawalne i megazyskowe mity, archetypy i narracje, które potem powtarza pół czy 3/4 świata. I identyfikuje się z nimi i wzmacnia se jakieś ideologie (nawet jeśli w zupełnie pokrętne okolice i na wyrwanych z amerykańskiego kontekstu treściach, co, dygresyjnie, właśnie ładnie dyskutują
na blogu WO pod notką, w sensie - skąd się ulągł światopogląd obecnych polskich elit).
Obecną fazę "świat made in USA" nieźle definiują hasła: "wszyscy jesteśmy dyskryminowaną mniejszością" oraz "w obecnym świecie sieci nie da się kłamać, więc wszystko co widzisz, to sama prawda". Oczywiście, oba są prawdziwe w niewielkim procencie. Ale są "mitem założycielskim" obecnej epoki (socjal)mediów. Stąd wywindowanie na niebotyczne poziomy medialne trendów jak lgbt, metoo, czy obecne protesty po jednym z tysiąca kolorowych zabitych przez policję; te wszystkie licytacje, kto jest bardziej ofiarą i dyskryminowany, i kto komu kradnie cześć i chwałę należne za bycie ofiarą i dyskryminowanym, itd. Żebyśmy się rozumieli - to są przeważnie DOBRE trendy i kierunki emancypacji i odkręcania dyskryminacji, tylko, że kapitalizm i media "made in USA" muszą jak zwykle doprowadzić je do absurdu i poza absurd, bo przecież nikt jeszcze nie wie, kiedy dany trend się wyczerpie i dojdzie do ściany, w sensie wielostronnych i wieloczynnikowych ZYSKÓW; nie tyle w sensie zysków tychże mediów, ale także w sensie zysków emocjonalnych odbiorców, bo przecież one właśnie pośrednio definiują zyski fejsbuków, fox newsów, gugli czy disnejów. Więc trend, np. "black lives matters", będzie popychany do końca i jeden dzień dłużej, przez tysiące wyrobników kamery i klawiatury, jak świat=USA długi i szeroki.
Czasem marzy mi się, że kiedyś media globalnie wejdą w fazę "wszyscy jesteśmy ludźmi" oraz "wszystko co ci powiedziano, pokazano i nawet to,
co myślisz należy racjonalnie i krytycznie przepracować". Ale chyba nie da się z tego ukręcić zysków w trybie "made in USA", więc niedoczekanie moje. Zresztą, i z takiej fazy może być wiele biedy a mało pożytku, kwestia odpowiednich "błędów i wypaczeń", w czym nie tylko USA ale i każdy homosapiens mistrzem.