Trzy tygodnie temu wróciłem do normalnej pracy po "postojowym" (furlough), pomimo nadal obowiązującego lock-downu. Nie ma w tym ściemy czy naciągania reguł, gdyż naprawdę zrobiliśmy się "essential workers", albowiem głównym klientem w tej chwili jest spora globalna firma robiąca folie i ich nadruki, również dla NHS (brytyjska służba zdrowia), jak fartuchy czy worki na odpady medyczne. "Robiąca folie" oznacza średnie i duże ekstrudery i rozdmuchiwarki, przeważnie polietylenu (duża rozdmuchiwarka to na oko 12m szerokości folia), "nadruki" oznaczają typowy druk fleksograficzny paroma kolorami na starych maszynach wielkości małej chałupy, okazyjnie jakaś nowoczesna cyfrowa plujka wielkości dwu chałup. Po prostu przemysł opakowań foliowych.
Klient ma kilka fabryczek w Szkocji (to są konsekwencje jakichś wykupywań i przetasowań w przemyśle plastików i folii za ostatnie dekady); pomimo, że to wielkie globalne korpo, to lokalnie w Szkocji nie bawią się w jakieś centralne wypasione utrzymania ruchu itp. a nawet w jakiekolwiek poważne utrzymania ruchu, miejscowe zakłady wegetują sobie na skraju biznesu Fortune 500. Z punktu widzenia planktonu jak firma w której pracuję, to niezłe, bo outsourcują nawet byle elektrykę, nie mówiąc o automatyce, bez większych problemów. Albo, bo nie mają innego wyjścia...
Ponieważ klient obecnie i w poprzednich wcieleniach też (bo przecież pod poprzednimi czy przedpoprzednimi właścicielami było podobnie) zaciąga dług techniczny, zawsze jest u nich coś do roboty. I przeważnie jest to robota na szrocie, bo powiedzmy, gry i zabawy maszyną-linią ze Szwajcarii 1986, zmodernizowaną oficjalnie i w miarę porządnie w UK 2001, oraz zmodernizowaną nieoficjalnie acz niskokosztowo wiele wiele razy w międzyczasie, nie przypominają dawnego porządnego przemysłu, ale właśnie używanie starych samochodów, wiązanych sznurkiem i modernizowanych przez upraszczanie. Żebyśmy się rozumieli - taka jest norma przemysłu w krajach peryferiów, tu nie są Niemcy czy Dania. I nie mówię, że rzeczony klient to jakiś muł pod dnem; muł przemysłowy i naprawdę głęboki dług techniczny też skądinąd znam, lokalnie i nie tylko, ale to akurat nie ten przypadek. Na przykład zrobiliśmy im w tamtym roku zupełnie nowe "serca" systemów bezpieczeństwa (spore szafy elektryczne z wypasionymi PLC bezpieczeństwa itd) dla drukarek flekso wielkości domku, takich które mogą wciągnąć człowieka razem z 4m folią - co prawda, dobrze byłoby też na nich przeprojektować i wymienić wszystkie stare czujniki bezpieczeństwa, ale i tak widać, że klient jednak trochę myśli i ma monetę na rzeczy ważne, jak bezpieczeństwo pracowników. Inni nie są tak hojni...
W szczególe siedziałem u nich ostatnio ponad dwa tygodnie w temacie zupełnie "ze szrotu" i bardzo "na czasie" - w kontekście epidemii klient kurcgalopem ściągnął z Chin osiem zestawów (malutkich linii) do produkcji jednorazowych fartuchów foliowych, takich "zewnętrznych", osłaniających te hazmaty, które właściwie ochraniają pielęgniarki czy lekarzy.
Mówiąc wprost, jest to technologia produkcji worków na śmieci "z rolki", jakie znacie z supermarketu, tylko nieco ulepszona - folia jest biała i jest mocniejsza (nie pytałem dokładnie co to, ale niezły materiał na oko), wykrojniki (cylindryczne - rotacyjne) są nieco bardziej skomplikowane niż perforacja itd. worka na śmieci; za to nie trzeba zgrzewać, kleić itp. jak toreb, bo fartuch to tylko kawał płaskiej folii przecież.
Maszyn są made in Sweden, rozciągają się w czasie gdzieś od 1990 po 2012 bodajże; w przestrzeni zużycia - od rozsypanych mechanicznie, elektrycznie i elektronicznie i chyba trzymanych ostatnio "na zapas" pod jakąś wiatą, po w miarę sprawne "out of the box". Oczywiście wszystkie były modyfikowane, czasem bardzo, a dokumentacja szczątkowa, w praktyce nie ma dwu identycznych.
Nie wydaje się, żeby Chińczyk płakał, jak je sprzedawał czy może oddawał Szkotom do zabawy. A jak je zobaczyłem, cóż, wzruszyłem ramionkami i powiedziałem zainteresowanym, że zrobię co się da, ale cudów nie ma, trza przejrzeć i będzie trzeba je kanibalizować, bo nic innego "na szybkiego" nie da się zrobić. No ale nic innego nie oczekiwano ode mnie, ani klient od naszej firmy.
Po dwu tygodniach zrobiłem z ośmiu zestawów "wycinarka rotacyjna 'z wstęgi' plus zwijarka rolek" pięć i pół działających, do testów (pół to nadmiarowa sprawna wycinarka, do której zabrakło zwijarki), ze trzy chyba już używają do produkcji czy przed-produkcji. Dostawili nówkę pakowaczkę (zgrzewarkę stołową), chyba planują długi przenośnik, zbierający gotowe rolki (grube, po 200 fartuchów), wypadające ze zwijarek itd.
W sumie 5.5/8 to jest jakiś tam sukces, bo po pierwszym przejrzeniu stawiałem raczej 50/50, a niektórzy myśleli, że jak 3 uruchomimy, to będzie dobrze. A jeszcze jeden czy dwa zestawy da się uruchomić bez inwestowania w połowę mechaniki itp., no ale trzeba "wymyślić" np. nowe wyświetlacze operatorskie (HMI), bo nie ma ich już z czego kanibalizować. Oraz przydałoby się trochę nowych falowników do napędów, sterowników PLC czy innych przekaźników bezpieczeństwa czy czujników. Więc nie będzie to zrobione na jutro, ale klient mówi, że robimy, więc będę nadal w temacie siedział, teraz dłubiąc prawdziwy retrofit, a nie tylko tasując graty i odwikłując jakieś chińskie przeróbki. Oraz będziemy nadal siedzieć u nich w tematach przestawiania i modyfikacji jakichś wielkich starych ekstruderów, nawijarek itp. "za ścianą" w tej samej fabryce.
Morał jaki chciałem sprzedać w związku - globalizacja, jak kiedyś pisałem, "wyrównuje świat", a nie jest tylko "postkolonializmem". Bo może i na początku Chińczyk, Hindus czy Afrykanin pracuje za miskę ryżu czy w podobie a "zachodni" kapitaliści głaszczą się po pazernych brzuszkach z rozkoszą, że tak cwanie i zyskownie przelokowali fabryki do Indii czy Chin (via Polska czy Meksyk...), ale po historycznej chwili Chińczyk czy Hindus (czy za chwilę Afrykanin) ma już tyle kapitału kulturowego i w monetkach (dokładnie tego kapitału, który stracił "bogaty zachód"), oraz jego koszta rosną - że już nie schyla się po produkcje czy maszyny, które jakaś Szkocja czy Polska powita "z powrotem", może nie z radością, ale jednak powita.
Inny morał to oczywiście równie stały na tym blogu temat autarkii, tu podkreślonej przez kryzys epidemiczny oraz brexit - nagle piękne i dobre jest produkowanie tego czy owego względnie lokalnie, zamiast wożenia się z towarem przez pół świata. To są oczywiście trywialne zagadnienia ekonomii i efektów skali, a jedyne co pod rozwagę poddaję, to jak chwiejna jednak jest równowaga tego powszechnego w bogatszej części świata "nie opłaci się", od wymiany żarówki w samochodzie po wielkie fabryki. Wystarczy niewielkie zachwianie i lekki powrót w złe ponure dawne czasy, żeby o wiele więcej "się opłacało" robić własnymi rękami czy lokalnie, zupełnie jak w dawnych złych czasach.