(
część poprzednia)

Na początku I wojny, kiedy Niemcy szukali drogi przez Benelux, oddziałek lotnictwa floty (bo trudno nazwać tę zbieraninę maszyn i pilotów, także świeżych ochotników, wspieraną przez jeszcze dziwniejszą zbieraninę mechaników i kierowców na przypadkowych ciężarówkach, prawdziwym "dywizjonem") został przerzucony pod Ostendę, bo tam działała brygada Royal Marines; współdziałanie Royal Navy Air Service i Marines wydawało się komuś logiczne.
Kiedy lądowałem pod Ostendą, zostałem ostrzelany przez naszych żądnych krwi Marines. Po wylądowaniu przyszedł do mnie od nich znajomy z czasów podoficerskich, Hatton; wydało mi się dość miłe, że wysłali kogoś, żeby przeprosić. Okazało się, że wysłali kogoś, żeby zapytać, ile razy mnie trafili.
Pierwsze tygodnie wojny wyglądają we wspomnieniach Daviesa na totalny chaos skrzyżowany ze opowieściami Szwejka. Nikt nie wiedział co i gdzie się dzieje (zarówno miejscowi, BEF i Niemcy też); wojsko i cywile łazili po Beneluxie wte i wewte; samoloty nadawały się w praktyce do rozpoznania tylko, z wielu przyczyn, ale jedną z główniejszych był brak
jakiegokolwiek uzbrojenia. Ale już wtedy zdeterminowani lotnicy potrafili, latając na wysokości koron drzew, przepatrzyć teren znacznie szybciej niż jakiekolwiek patrole, szczególniej wobec zatkanych przez wojsko i uchodźców dróg.
Kiedy złożyłem wyczerpujący raport o sytuacji wkoło Cambrai, pułkownik Luard w sztabie Marines powiedział mi "Mam nadzieję, że to będzie dla was satysfakcją, że w ostatnich dniach jedyne wiarygodne informacje o sytuacji mam z waszych raportów z powietrza".
Dowódca dywizjonu, Samson, przerzucił się z grupką waryjotów żądnych walki, której w powietrzu być nie mogło, na operacje uzbrojonych samochodów i ciężarówek; grasowali po kawałku frontu, polując szczególniej na kawalerię niemiecką i robiąc za oddziały zmechanizowane, ale takie bliższe technicalom z Somalii, niż temu, co obecnie rozumiemy pod tym pojęciem. Jest wrażenie, że na Daviesa i kolegów spadło sporo dodatkowych obowiązków i kłopotów przez Samsona "wydzielony" oddział zmechanizowany RNAS, ale po dyskusjach i inspekcjach ta inicjatywa dostała błogosławieństwo z góry, bo tak naprawdę, kto miał się bawić w pierwociny piechoty zmechanizowanej, jeśli nie oni, mając przynajmniej zaplecze logistyczno-techniczne i szkolenie wojskowe; przecież nie armia, bazująca na koniach i mułach, i nie kierowcy londyńskich autobusów, np. dostarczeni na pole bitwy tak jak stali, tj. nie tylko w londyńskich autobusach, ale też uniformach London General Omnibus Co.
Dygresyjnie o wozach bojowych i temu podobnych - gdzieś we wrześniu 1914 zdarzyło się, że nasz bohater dostał nagły telegram z Admiralicji, że następnego dnia rano do portu w Dunkierce przybędzie oficer na inspekcję.
Został mi jeden sprawny samochodzik [4 miejscowy w gatunku forda T], bo wszystkie inne zabrał Samson. Dotarliśmy do Dunkierki o 5:30 rano, zastałem kapitana portu już czekającego, spytałem czy ma jakieś informacje - wiedział tylko, że przybywa jakaś Ważna Osoba. Nagle z mgły wynurzył się lekki krążownik, spuścili łódź i po chwili na molo wspięli się Pierwszy Lord Admiralicji, Winston Churchill, Dowódca Patrolu Dover admirał Hood, Sekretarz Floty admirał Lambert oraz komandor Sueter, szef Sekcji Lotniczej Admiralicji. Nagle zrobiło się nieco za dużo VIPów jak na ten samochodzik, ale jakoś upchnęliśmy Pierwszego Lorda koło kierowcy, admirałowie z tyłu, a komandor i ja na progach i pojechaliśmy. Rozejrzeliśmy się po porcie i budynkach dawnego szpitala, Pierwszy Lord postanowił odwiedzić garnizon i dowódcę, generała Bidona. Ewidentnie wyrwaliśmy go z łóżka, bo jeszcze dopinał kurtę mundurową na piżamce, ale stanął na wysokości zadania, konferował o sytuacji wkoło Dunkierki i co najważniejsze, wymyślił nam więcej samochodów. Ta niespodziewana krótka inspekcja bezpośrednio zaowocowała m.in. oficjalnym błogosławieństwem i jakimś wzmocnieniem "oddziałów zmechanizowanych" RNAS (skądinąd w tekście Daviesa "armed-cars", nie "armoured cars) przez wydzielonych Marines, ale co ważniejsze wydaje się, że mocno uformowała myślenie Churchilla i "czapy" Admiralicji w kierunku pojazdów zmechanizowanych i pancernych, z czego za parę miesięcy wykluł się "tajny" projekt "Landship Comittee", czyli semi-prywatnego komitetu Churchilla ds. pojazdów bojowych, z którego pod koniec 1915 wykluł się słynny program Tank Supply Commitee, z którego były te znane
pierwsze czołgi tak w ogóle.
Samoloty psuły się jak na wczesną technikę lotniczą przystało, tudzież lądowania byle gdzie, np. w celach łącznikowych, nie pomagały w ich technicznym utrzymaniu - co chwilę ktoś gdzieś na wsi czekał na pompę, kawałek podwozia albo i cały silnik.
Przy wariackim przebazowaniu w początku października pod Antwerpię, nie dotarł na miejsce jeden z ochotników w stopniu podporucznika, lord Grosvenor, wujek diuka Westminster, na bleriocie. Lotnisko docelowe było jednostki belgijskiej, więc posadziłem kogoś przy telefonie w szopie, na wypadek gdyby ktoś dzwonił po angielsku. Niebawem zameldowano mi, że owszem, ktoś dzwoni po angielsku, ale linia jest bardzo słaba i jedyne co wiadomo, to że dzwonią po angielsku z Dunkierki. Poszedłem do telefonu, ale nadal nie mogliśmy zrozumieć przekazu. Kiedy znowu zadzwonił i próbowałem po raz kolejny dogadać się przez zakłócenia, nagle na linię włączył się czyściutki dziewczęcy głos, z perfekcyjnym angielskim "To STRASZLIWIE ważne. Musicie to usłyszeć!" - "Kto mówi??!!" - "Telefonistka z Londynu. TO BARDZO WAŻNE. Proszę nie odkładać słuchawki. Spróbuję odsłuchać i przekazać wiadomość." - udało jej się, dowiedzieliśmy się, że w bleriocie wysiadł silnik i Grosvenor rozbił go przy lądowaniu pod Brugią, ale nic mu nie jest i odbierze go samochód z Dunkierki. (Skądinąd epilog był parę tygodni później, kiedy stacjonowali z powrotem pod Ostendą, w hotelu zamienionym w sztab,
nagle zaczepił mnie jakiś major sztabowy "Hej, co zrobiliście z moim wujkiem?", myślałem, że to głupi żart i odpaliłem, że nie mam pojęcia o jego cholernym wujku, odparł "A powinniście mieć, jesteście Davies, prawda?" - musiałem się przyznać - "A ja jestem Westminster i co żeście zrobili z Nedem Grosvenorem?". Mogłem zapewnić diuka Westminster, że jego wujek jest cały i zdrowy.)
Późną jesienią wojna zaczęła być bardziej zorganizowania i wielkoskalowa, na przykład bitwa o Antwerpię jest już "normalna" we wspomnieniach Daviesa, a nie "skautingiem przez Benelux"; także z powietrza wyglądało to już jak wojna, a nie loty zwiadowczo - łącznikowe tylko. Zaczęły się bombardowania, symbolicznymi bombkami, ale zawsze, zakładano na samoloty jakieś karabiny. 7 października Marix doleciał pod Duseldorf i zbombardował stację zeppelinów, spalił jednego i kawał hangarów; nie starczyło mu paliwa na powrót, więc pod Antwerpię wracał pociągami, a z oblężonej, płonącej Antwerpii uciekał samochodem, którego mu koledzy zostawili, bo w międzyczasie wycofali się już na zachód - na czterech pozostałych im maszynach.
Nadal mało kto brał samoloty pod uwagę,
podczas wycofywania się British Expeditionary Force pod Ypres wziąłem listy od sztabu BEF i generała Rawlinsona do francuskiego sztabu głównego pod St Omer. Nie było łatwo wystartować o świcie z wertepów, ale doleciałem na lotnisko zajęte przez RFC [poprzednik RAF]; zanim się rozeznałem w sytuacji, w te pędy zawieziono mnie do HQ, kolega przedstawił mnie generałowi Murray'owi, Szefowi Sztabu, kim jestem i że mam listy z BEF z Roulers. "Przyjechaliście z Roulers dziś rano? - Tak, sir - Jakim cudem? - Samolotem, sir... - Aha, no tak."
W ciągu miesiąca front się ustabilizował, zaczęła się wojna pozycyjna. Lotnictwo zrobiło się mniej użyteczne w pierwszej linii, ale późną jesienią zaczęło się uzupełnianie i wymiana maszyn na kolejną generację, gwałtownie przyspieszono prace nad uzbrojeniem (np. A.V.Roe, ten od firmy Avro, wgryzał się w tematy). Okazyjnie lotników próbowano też wykorzystać do korygowania ognia artylerii, na przykład
w początku grudnia pod Nieuport wysłano mnie do francuskiego pułkownika artylerii, żeby nam ewentualnie znalazł jakieś zadania. Zastałem go na tzw. Wieży Krzyżowca, starej wielkiej budowli, która była doskonały punktem obserwacyjnym dla ciężkich dział francuskich. Kiedy przepatrywaliśmy teren, nagle zauważyłem w lornetce wystrzał baterii niemieckiej i wyraźne pięć kropek pozornie lecących prosto we mnie. Rzuciłem się do zejścia, ale nieco zreflektowałem się, że nieładnie tak tchórzyć i to wobec sojusznika. Ale zanim zawróciłem dostałem kopa z tyłu i prawie spadliśmy na dół - jak zauważył pułkownik, który mnie wypchnął, nie jest rozsądnie pozostawać na górze, kiedy Niemcy się w wieżę wstrzelali. Dla podkreślenia wagi jego słów szczyt wieży został trafiony i posypały się cegły. Ale kiedy zbiegaliśmy na dół, pułkownik nagle zatrzymał mnie na ostatnim ciągu schodów, rozsiadł się na stopniach i poczęstował mnie papieroskiem. Zdumiony przyjąłem, pułkownik zaczął opowiadać o zadaniach artylerii, nagle po chwili wybuchło przyziemie wkoło wieży, szrapnele szarpały wiekowe ściany. Jak wyjaśnił pułkownik, Niemcy słusznie uważają, że wieża jest punktem obserwacyjnym i mieli czas się wstrzelać - zawsze obsypują odłamkowymi czubek wieży, po czym po chwili wejście i przyziemie. Dlatego trzeba uciekać z góry, ale potem przeczekać ostrzał dołu. "Są bardzo metodyczni, strach pomyśleć, ile mielibyśmy ofiar, gdyby zaczęli strzelać bardziej chaotycznie".

W grudniu 1914 były już dostępne, powiedzmy, bombowce, z "ciężkiego" farmana MF.11 można było zrzucić 12 dziesięciokilogramowych bombek odłamkowych, celując "na oko", rzecz jasna. Ale też zaczęły się kontr-naloty niemieckie, pokazały się też pierwociny artylerii przeciwlotniczej. Davies zaczął latać na bombardowania, Bruksela, Brugia, Ostenda i okolice. Na początku stycznia pokazały się niemieckie okręty podwodne w Zeebrugge, stały się łakomym celem dla lotników morskich.
23 stycznia Davies poleciał nad Zeebrugge, wymyślił nalot od strony lądu, bo kolega we wcześniejszym nalocie tego dnia, od strony morza, trafił na silny ogień przeciwlotniczy.
Wyszliśmy w górę nad Nieuport, ale pomysł nie był najlepszy, trafiliśmy na silny ogień plot. Na ogół przyjmowałem wtedy, że celowanie dział przeciwlotniczych jest żadne, więc uniki nie mają sensu, bo równie dobrze można zrobić unik wprost w ogień zaporowy. Tego dnia zmieniłem zdanie po pięciu sekundach, uciekliśmy nad morze, zostawiając zgiełk za nami. Przyszło oszacować straty - mieliśmy ładną dziurę w górnym zewnętrznym płacie, a uderzenie, które poczułem jakbym oberwał krążkiem hokejowym, rozwaliło mi nogę koło kolana. Butler [strzelec-obserwator] rozejrzał się po samolocie i stwierdził, że poza sporą ilością dziurek wygląda to nieźle, ale ciągle mi krzyczał, że mam dziurę w płaszczu, co brzmiało dla mnie głupio i zaczęło mnie wkurzać. "Wali mnie cholerny płaszcz, mam dziurę w nodze!" odwrzasnąłem, wtedy się zamknął. Dopiero po wylądowaniu zrozumiałem o co mu chodziło, dziura w płaszczu wyglądała na wylotową lub wlotową, myślał, że kula przeszła mi przez klatkę. Ale nie zawrócili od razu, Davies poleciał na Zeebrugge, zbombardowali okręt podwodny (
Butler ładnie trafił, obramowaliśmy okręt bombkami, ale nie widzieliśmy efektu, o ile nasze bombki odłamkowe z bezpośrednimi zapalnikami mogły w ogóle zrobić jakiś efekt). Kiedy wrócili i wylądowali, jego noga była już sztywna a on sam osłabiony od upływu krwi. Trafił do szpitala, potem na okręt szpitalny, usunięto mu szrapnel z nogi; wrócił do Anglii na rekonwalescencję.
Za tę akcję dostał Distinguished Service Order, drugie "od góry" wojskowe odznaczenie brytyjskie. Na wiosnę 1915 w miarę wyzdrowiał, zaczęły się pogłoski o wyprawie w okolice Turcji; skontaktował się z Samsonem, co też się dzieje z jednostką? - dywizjon nr 3 przeformowywał się koło Dover, z kwaterami w Burlington Hotel, w międzyczasie lotnictwo armii przejęło operacje na froncie francuskim. Davies zaraz stawił się na badanie przydatności do służby,
chirurg wojskowy był kategoryczny, miałem wracać do domu i odpoczywać, przed wyjściem podać adres kontaktowy na recepcji. Podałem adres hotelu Burlington i złapałem pierwszy pociąg do Dover. Według mojej najlepszej wiedzy to zwolnienie lekarskie nigdy nie zostało anulowane.
W ciągu paru miesięcy jednostka trafiła na Dardanele, wspierając znaną i tragicznie niekompetentną kampanię desantową. W pierwszych miesiącach głównie korygując ogień pancerników, czasem całkiem skutecznie, potem zaczęły się niejakie kłopoty, bo połączono łańcuch dowodzenia i o nieliczne samolot RNAS mogła się też upominać armia, co owocowało czasem pyskusjami Daviesa (p.o. dowódcy dywizjonu, kiedy Samson był np. na urlopie), z przełożonymi na temat priorytetów. Ogólnie ze wspomnień "z powietrza" z Dardaneli czy desantu pod Suvla, przebija się jak z wielu innych, głównie frustracja na indolencję i braki logistyczne i "pomyślunku" dowódców.
Zaczęły się pierwsze walki w powietrzu z niemieckimi lotnikami wspierającymi Turków, montaż pierwszych karabinów maszynowych strzelających ponad śmigłem; ale też nadal okazyjnie trafiało się strzelanie się z karabinów i pistoletów, no i bombardowania "w obie strony". Pod koniec 1915, kiedy Davies był zajęty logistyką i budową jakichś lepszych zimowych schronień na ich lądowisku, przyszły rozkazy bombardowań linii kolejowych i transportu za granicą bułgarską, żeby przerwać dostawy do Turcji.
Nie podobało mi się to, bo co może 10kg bombka przeciw kolei, no i byłem zajęty, ale musiałem latać na bombardowania. Na 19 listopada 1915 Samson ustalił duży nalot na Ferrijik Junction, poleciałem na nieuporcie, w parze z podporucznikiem Smylie na farmanie. Trafiliśmy na ogień przeciwlotniczy i jego farman oberwał w silnik; musiał lądować, ale udało mu się szczęśliwie posadzić maszynę na podeschniętych, po suchym lecie, starorzeczach i mokradłach Maricy. Postanowiłem podlecieć i podjąć go, okolica była pustawa i sporo miejsca do lądowania. Moim jedynym dylematem było, czy zabrał ze sobą obserwatora - każdy z naszych doświadczonych obserwatorów był na wagę złota w porównaniu ze świeżym porucznikiem RNAS, ale mogłem z trudem zabrać jednego człowieka do mojego nieuporta, który był w wersji jednoosobowej; a przecież żaden obserwator nie zgodziłby się zostawić pilota. Kiedy zniżyłem się nad dymiącą maszynę Smylie'a, wypatrując lądowiska i ilu jest tam ludzi, ku mojemu zaskoczeniu jego farman eksplodował.

A z punktu widzenia Smylie - siadł uszkodzonym farmanem, zauważył Bułgarów gdzieś daleko, wolał uciekać w stronę Turcji niż wpaść w ręce bułgarskie. Ale zanim zaczął zwiewać, podpalił na odchodnym maszynę w nadziei, że podwieszone bombki eksplodują, co gwarantuje jej zniszczenie i że nie wpadnie w ręce wroga. Kiedy uciekał od płonącego farmana, zorientował się, że Davies zamierza lądować czy coś, i słusznie się przeraził, że jeśli podjedzie do płonącego samolotu, to ew. eksplozja zmiecie obie maszyny i zabije Daviesa. Stąd wrócił kurcgalopem do wraku, znalazł jakąś mizerną osłonę i zaczął strzelać z pistoletu do bombek, żeby przyspieszyć eksplozję. Trafił trzecim pociskiem.
Uciekłem od eksplodującego farmana świecą, ale zauważyłem, że z jakiejś dziury wylazł Smylie, i że ku mojej uldze jest sam. Stąd wróciłem do pierwotnego planu, wylądowałem po niego. W międzyczasie oddziałek Bułgarów znacznie się zbliżył, pociski padały całkiem gęsto. Nie było czasu do stracenia, mój nieuport miał zabudowane dawne miejsce obserwatora, ale trochę przestrzeni tam zostało; Smylie musiał się wtłoczyć "przeze mnie" w przestrzeń między moimi przyrządami sterowniczymi a silnikiem, jakoś mu się to udało. Wystartowaliśmy bez trudu, dolecieliśmy do domu bezproblemowo w trzy kwadranse. Ale co przeżył Smylie, wklinowany jak kłębuszek między orczykiem, wspornikami a silnikiem, z głową obijającą się o zbiornik oleju, to jego. We wspomnieniach Daviesa tego nie ma, ale podobno przyszło rozebrać nieuporta i wyjmowano Smylie dwie godziny, bo po 45min nie był w stanie sam wyplątać się z samolotu, ani nie dało się go łatwo wyjąć.
Za ten
pierwszy jak świat długi i szeroki CSAR, czyli Combat Search and Rescue, czyli lotnicze działania poszukiwawczo-ratunkowe w strefie walki, podporucznik Smylie dostał DSO, a nasz bohater Robert Bell Davies - Victoria Cross, czyli najwyższe brytyjskie odznaczenie. Bonusowo, dostał prywatny list z gratulacjami od Winstona Churchilla.
(na ostatnim zdjęciu to C.R.Samson obok nieuportów w 1915, na Dardanelach, jednym z tych samolotów Davies ewakuował kolegę)
(
część następna)