W moim internetowym bąbelku zauważyłem jakieś odpryski flejmów i gównoburz na temat tzw. "ciałopozytywności". Jeśli ktoś nie spotkał - koncepcja lansowana dla poprawienia samopoczucia i samooceny ludzi nie spełniających aktualnych norm fizycznie pięknego ciała. W szczególe, przeważnie idzie o grubasów, przeważnie o dziewczyny i kobiety.
Temat stopniowo robi się coraz modniejszy i klikalny, ale zaczęło się gdzieś tam w prehistorii XXw po '68, kiedy ogólnie zaczęto w głównym nurcie zauważać, promować, monetyzować ówczesną "naturalność" i "prawdopośrodkizm"; w USA zaczęły się formować organizacje przeciwko fat-shamingowi (tępieniu grubasów), zaczęły zarabiać pieniądz modelki plus-size nie-ciążowe, itd.
Nisza ta pozostawała niszą, z niewielkimi fluktuacjami, gdzieś tak do późnych '90. Wtedy zaczęło się stopniowe rozkręcanie tematu na nowe stulecie, zapewne korelujące z osiągnięciem ok. 20% otyłych w populacji bogatego Zachodu i powszechną nadwagą. Po 2000r. projektanci i producenci odzieży, media klasyczne, no i wszelkie odmiany mavenów i wannabe-mavenów internetowych odkryły, że jest rynek, jest popyt, trzeba sprzedać grubnącym ludzikom (Zachód osiąga 30% otyłych, Ameryka Pd. i Afryka szybko przekraczają 10%, Azja też goni; nadwagi mamy proporcjonalnie do tego) nowe ciuchy, trendy, ideologie.
Na tle powyższego umiarkowanie aktywni odświeżają lub wynajdują niezależnie manifesty jak różnych stowarzyszeń przeciw fat-shamingowi z lat '70, oraz usiłują znormalizować otyłość jako "ciałopozytywne" piękno i dobro na XXIw (np. precz z "plusem" w modelingu czy rozmiarówce "plus-size"). Co bardziej aktywni oraz aktywne, czy to od strony pijarowo-medialnej, czy od strony podbijania samooceny, gdzieś aż po
histrioniczne zaburzenia osobowości, organizują wydarzenia jak np.
Real Catwalking.
Na tle powyższego rozwijają się dyskusje i krytyki, łatwo skręcające w pyskusje, no bo przecież każdy ma najswojszą rację w temacie piękna i dobra, własnego oraz cudzego.
To tyle rysu historycznego, teraz mój komentarz i krytyki na różnych zakresach i poziomach (ważna uwaga, zanim ktoś zaliczy bulwersa czy uleje se w komciach - wisi mi przypadek jednostkowy, że ktoś tam jest bardzo zdrowym i pięknym grubasem, albo, że ktoś tam lata w staniku po mieście, albo, że ktoś tam jest gruby, bo obiektywnie chory, itp. rozmawiam raczej o przeciętnych, o populacjach, o tłumach ludzi).
Nie komentuję, oczywiście, ideałów piękna w kontekście, gdyż są w oku patrzącego wychowanego w danej kulturze, danego czasu i miejsca. Znaczy, mógłbym, bo moim zdaniem pewne ideały mamy "z sawanna" i bardzo trudno je kulturowo zmienić (dotyczące symetrii, fraktalności, młodości, seksualności, itp.) ale to nie jest sedno problemu. Były czasy kiedy społeczne bonusy odcinały grubaski, a tępiono chude ździry; bywało odwrotnie; nie ma to większego znaczenia.
Ogólnie nie przepadam za wpinaniem się ludzi z tematami i problemami, które mogą zmienić obiektywnie i/lub "we własnym zakresie", najwyżej - z trudem, w narracje pożyczone z akcji afirmacyjnych dla cech, których nie da się zmienić obiektywnie czy samemu, a raczej tylko odpowiednimi zmianami w percepcji i społecznie (tzn. odchudzić się / przytyć jest moim zdaniem nieco łatwiej niż odpiłować/dosztukować sobie wzrostu, zmienić orientację seksualną czy kolor skóry). Granice są rozmyte i da się to stopniować oczywiście, ale "ciałopozytywność" zaczyna mi śmierdzieć w tym kontekście. Ale też, nie jest to sedno czy jakoś specjalne w obecnych czasach, powszechnie ludzie (a raczej - in-dividua jak z
daawnej notki) z dowolnej niszy próbują upozować się na "jestem jaki jestem i nic wam do tego, a nawet należy mi się bonus/handicap", jakby byli co najmniej LGBT czy Murzynami w 1950. BTW za bonusami/handicapami dla obiektywnych różnic czy "deficytów" też nie przepadam (albo przynajmniej sugerowałbym ostrożność), jak wydało się dawno temu w gównoburzy o parytety itp. dla kobiet, więc dla deficytów w podwójnym cudzysłowie mam niechęć w kwadracie.
Wolałbym, żeby więcej ludzi było wewnątrzsterownych i niezależnych od stada małp w koło, gdyż wydaje mi się to lepsze, niż sytuacja odwrotna; pozornie "ciałopozytywność" nawet trochę wspiera taki punkt widzenia (że wzmacnia samoocenę, osobowość, itd.), ale jednak nie - nie istnieje bez stada w koło, które ma aprobować i któremu chce się podobać. A w wersjach internetowych przypomina zwykłe żebranie o lajka. Nie są to frukta, których szukam, szczególniej jako modelu dla dzieci i młodzieży - "nie jest prawdziwym królem ten, który musi przedstawiać się jako król", czy którego tłum obwołuje królem. Prawdziwa wewnątrzsterowność i dobra samoocena nie wynika z lajka czy ciuchów, czy ich braku, czy nawet w ogóle z ciała.
Bo skądinąd uważam, że ciało i cielesność nie powinno być aż tak istotnym elementem osoby i jej piękna i dobra, jak się to lansuje współcześnie; "ciałopozytywność" itp. podkręca tego powszechnego pierdolca na cielesność, urodę itd. zupełnie jak cały mainstream. Rzecz jasna, trudno zmienić coś w dorosłych mózgownicach, którym się wydaje, że to co w lustrze, to oni, ale jw. wolałbym, żeby ludzi wychowywano w nieco bardziej zdroworozsądkowym podejściu - nie, że gruby, beznogi, rudy itd. "TEŻ SĄ PIĘKNI", ale, że to po prostu nie ma tak wielkiego znaczenia. Dziś jesteś w lustrze piękny i młody, jutro masz wypadek, starzejesz się, grubniesz; albo wprost przeciwnie, dziś jesteś nastolatką-brzydulą w okularach, grubą i pryszczatą, jutro możesz być wzorcowym łabędziem z "Brzydkiego kaczątka". Nic wielkiego z tego nie wynika dla świata, a dla ciebie ew. niezbyt wielkie bonusy, które nie warte wątpliwych etycznie zachodów oraz z gwarantowaną odroczoną płatnością (bo starość i tak przyjdzie z konsekwencjami psychologicznymi proporcjonalnymi do pierdolca na młodość i piękno, którego uprawia się lub nie, przez całe życie).
Ale, że nie jestem za jakąś wielką ascezą czy "przeciwko światu" oraz mam ciało za istotną "platformę" umysłu, uważam, że zdrowie i dobrostan tego ciała jakie się ma, zupełnie intersubiektywne i niezależne od aktualnych kanonów piękna czy mody czy przepychanek społecznych, przydają się w życiu, oby długim i szczęśliwym. Stąd powyższe rzutuje na kluczową kwestię - otyłość jest problemem zdrowotnym i szkodzi, indywidualnie i społecznie, na deser niesie niebagatelne koszta. Jeśli ktoś to wypiera indywidualnie ("mnie nie szkodzi" czy "no to umrę gruby i szczęśliwy"), to stoi tam, gdzie palacze, alkoholicy, narkomani itp. i w ogóle ludzie, którzy wypierają nie takie problemy. Jeśli ktoś wypiera społecznie ("30% otyłych w społeczeństwie to nie jest problem, a statystyka kłamie, że otyłość staje się główną przyczyną śmierci XXIw"), stoi tam, gdzie denialiści klimatyczni czy szczepionkowi itp. Wyparcia masują nieco ego i dają święty spokój, ale nie zmienią konsekwencji wypieranych zaszłości czy faktów, szkodzą przez odsuwanie w czasie i przestrzeni społecznej działań naprawczych czy niezbędnych zmian. Nie lubię tego niepotrzebnego zwiększania ilości cierpienia, którego można było uniknąć.
Na najwyższym poziomie abstrakcji w temacie - w centrum mojego światopoglądu leży myśl, że możemy się zmieniać, tworzyć nowych lepszych siebie, szczególniej mentalnie ale i fizycznie, także jako dorośli ludzie. Że warto stawiać sobie SWOJE cele, i dążyć do ich osiągnięcia; że droga do celu, jest ważniejsza niż cel. Że kształci to wolę i cnoty (oraz
wolę jako podstawę wszelkich cnót). Pozornie jest tu paradoks, bo jednocześnie uważam, że należy cieszyć się "tym, co jest", rzeczami małymi i bieżącymi - czyli powinienem popierać permisywizm, m.in. "ciałopozytywny", skoro afirmuje "to, co jest, nie ważne, że grube" albo "chore" albo "brzydkie".
Rozwiązanie paradoksu jest takie - bez prób rozwoju, treningu, bez celu i drogi, niestety także bez "popędzania" wzmocnieniami, czasem - negatywnymi, nie wiemy, jakie są nasze możliwości, potencjały, gdzie jest nasza prawdziwa Rzeczywistość. Więc owszem, permisywne spełnienia mogą dawać szczęście i jakieś tam satysfakcje, ale nijak nie gwarantują, że nie są to złudne szczęścia czy fałszywe satysfakcje. Dlatego warto próbować, zmieniać, dążyć gdzieś, żeby sprawdzić SAMEMU, jakie są możliwości i możliwe szczęścia. Akceptując bezwarunkowo zastany stan i wymagając tylko klepania się po pleckach i żebrolajków, nijak nie da się tego ustalić.
Jeśli komuś permisywizm wystarcza i już nie ma poczucia obciachu, zaklinania rzeczywistości czy zafałszowania, kiedy "król jest nagi", szkoda. Jak wyżej - wolę inne drogi i cele, wolałbym innych ludzi w przyszłości, stąd nie podoba mi się permisywny "ciałopozytywizm".