Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Zakazane piosenki
Sat, 20 Oct 2018 01:57
@cmos, Blind Guardian Kiedyś już polecałeś,...

Codiac - Zakazane piosenki
Fri, 19 Oct 2018 18:25
@Hadouken - nie no, jasne, ja też nie jestem jakimś...

cmos - Zakazane piosenki
Fri, 19 Oct 2018 14:50
Ja bym zaproponował Blind Guardiana "Wheel of Time" (...

Boni - Zakazane piosenki
Fri, 19 Oct 2018 08:47
@Codiac @Hadouken mam trochę problem jak z innym...

Codiac - Zakazane piosenki
Thu, 18 Oct 2018 18:25
Skoro można dopisywać... zerkając na opis myślałem...

Boni - Zakazane piosenki
Thu, 18 Oct 2018 09:23
Dopisałem małe co nieco, które zapomniałem. Oraz...

Codiac - Na Zachodzie bez zmian
Fri, 12 Oct 2018 13:00
"Życie płynie nam mniej więcej należycie. I tyle. "...

Boni - Na Zachodzie bez zmian
Mon, 1 Oct 2018 12:58
@wyparowanie strony A tak, to też była...

Gatling - Na Zachodzie bez zmian
Mon, 1 Oct 2018 12:47
> Życie płynie nam mniej więcej...

Boni - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 12:52
@igor, Lem Może tak - rozumiałem o co mu chodzi i...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2015-02-08, niedziela
Tagi:  namysł, varia, fun
___________________________________
Nie pisałem przez chwilę, bo mi się nie chciało.

W międzyczasie, trafiłem na coś, co miałem już parę razy napisać, w kilku tematach i częściach, tylko - napisane lepiej i mądrzej i w jednym kawałku i przez, jak dla mnie, spory autorytet w dziedzinie. O rzeczach, które są bardzo bardzo ważne, moim zdaniem, dla każdego z nas z osobna i wszystkich razem na kupie.

A żeby zanieść nie jakiś tam kaganek, ale wręcz kaganiec oświaty do PL, z rozpędu przetłumaczyłem grubo ponad 30tys znaków (a nawet jeśli ktoś to wcześniej opublikował po polsku, chciałem przetłumaczyć, żeby lepiej samemu zrozumieć elegancko-zabawno-akademicki angielski).

Zaznaczam, że nie ze wszystkim się zgadzam (tylko z 95%) i chciałbym opatrzyć ten esej potężnym komentarzem z różnych czasów i miejsc - ale na to nie mam na razie ani siły ani czasu.

Panie i panowie, popularnonaukowy esej Davida Dunninga, tego od efektu Dunninga-Krugera, artykuł w miarę świeży, z końca 2014 r. Czytać, rozumieć, stosować, podawać dalej (licencja na szpalcie obok):

Wszyscy jesteśmy pewnymi siebie idiotami

W marcu 2014, podczas wielkiego festiwalu muzycznego South by Southwest w Austin, talkshow "Jimmy Kimmel Live!" wysłał ekipę na ulice, aby przyłapać opowiadających bzdury hipsterów. "Ludzie przybywający na festiwale są dumni ze swojej wiedzy o wykonawcach" - zagaił Kimmel w studio - "nawet jeśli nie mają pojęcia, kto jest wykonawcą". Po czym pokazał, jak ekipa odpytuje uczestników festiwalu o ich zdanie o zespołach muzycznych, które nie istnieją.

"Wielką sprawą na mieście" - rzucił jeden z operatorów Kimmela do gościa w ciężkooprawnych okularach i ekstrawaganckiej koszulce - "jest Contact Dermatitis. Jak myślisz, mają to coś, co pozwoli im się wybić na maksa?"

"Oczywiście" - pada zaskakująca odpowiedź fana.

Żart jest stałą częścią programu Kimmela "Lie Witness News", gdzie pyta się przechodniów o różne zagadnienia, zupełnie zmyślone. W innym odcinku, ekipa pytała ludzi na Hollywood Boulevard czy uważają, że film Godzilla z 2014 r. uraża ofiary ataku wielkiego jaszczura w Tokio w 1954 r. W jeszcze innym, czy Bill Clinton jest dostatecznie szanowany za zakończenie wojny koreańskiej i czy jego występ jako jurora w amerykańskiej edycji "Mam talent" nie nadszarpnie jego wizerunku. "Nie" - powiedziała pewna kobieta - "To uczyni go bardziej popularnym".

Należałoby współczuć ludziom wpadającą w pułapkę Kimmela. Niektórzy wydają się gadać przed kamerą, co ślina na język przyniesie, aby tylko ukryć, że nie mają bladego pojęcia, o czym mowa (co oczywiście, daje efekt odwrotny). Inni wydają się próbować coś wymyślać, żeby nie zostawić przeprowadzającego wywiad z rzetelnym ale nudnym "nie mam pojęcia". Ale niektórzy z pytanych wydają się wpadać w znacznie głębszą pułapkę niż inni. Najbardziej przekonująco brzmiący respondenci często wydają się naprawdę myśleć, że mają o temacie jakieś pojęcie - jakieś fakty, coś zapamiętanego, jakieś intuicje upewniają ich, że odpowiedzi jakie dają, są całkiem sensowne.

W którymś momencie South by Southwest, ekipa Kimmela zaczepiła pewną siebie kobietę z brązowymi włosami. "Słyszałaś coś o zespole Tonya and the Hardings?" - zapytał prowadzący - "Czy uważasz, że są z gatunku 'trudnych-do-rozgryzienia'?". Kobieta poległa w temacie dostrzeżenia słownego mrugnięcia okiem w pytaniu, i wystartowała z przemową o nieistniejącym zespole. "No, dużo ludzi o nich mówi, mówią, że są zachwyceni" - opowiadała - "Nawet ci, którzy nie są fanami żeńskich zespołów, mówią, że coś w tym jest". Z jakiejś umysłowej mgiełki była w stanie wydobyć kompletny obraz "Tonya and the Hardings" poparty szczegółami jak: są istniejącym zespołem, są żeńską grupą (to szczegół, że Marilyn Manson czy Alice Cooper nie są), są ostrym, przekraczającym granice bandem.

Oczywiście, producenci programów wyśmiewających ignorantów, wybierają do emisji najśmieszniejsze "wywiady". Ale nie tylko we "wkręcających" programach TV można przyłapać ludzi konfabulujących na tematy, o jakich nie mają zielonego pojęcia. W szacownych wnętrzach Uniwersytetu Cornell, psychologowie Stav Atir, Emily Rosenzweig i ja prowadzimy badania będące bardziej kontrolowaną i mniej rozrywkową wersją wkrętów Jimmiego Kimmela. W naszej pracy pytamy respondentów, czy są zorientowani w pewnych koncepcjach z fizyki, biologii, nauk politycznych czy geografii. Pewna liczba badanych twierdzi, że zna się na koncepcjach jak "siła dośrodkowa" czy "foton". Ale co ciekawe, znają się też na koncepcjach zupełnie zmyślonych, jak "paralaksie płytowej" czy "ultra-lipidach" czy "cholarynie". W pewnym badaniu, około 90% badanych potwierdziło wiedzę o co najmniej jednej na dziewięć zmyślonych koncepcji. W rzeczywistości, im bardziej respondent uważa się za niezłego w danej dziedzinie, tym bardziej zna się na bezsensownych konceptach, przypisanych tej dziedzinie w badaniu.

To nieco wstrząsające widzieć, jak ludzie chlubiący się obeznaniem w polityce, potwierdzają swą wiedzę o Susan Rice (doradca ds. bezpieczeństwa wewnętrznego prezydenta Obamy) i Michael Merrington (ładnie brzmiący ciąg sylab). Wstrząsające, ale nie zaskakujące. Od ponad 20 lat badam, co ludzie wiedzą o swojej wiedzy - formalnie mówiąc to studia nad meta-poznaniem, procesem, w którym osoby oceniają i określają swoją wiedzę, wnioskowania i uczenie się - i rezultaty ciągle są ważkie, czasem zabawne, nigdy nudne.

William Feather, amerykański pisarz i aforysta, napisał kiedyś, że bycie wykształconym znaczy "być zdolnym do odróżnienia tego, co wiesz, od tego, czego nie wiesz". Jak się okazuje, jest to stan idealny, niezwykle trudny do osiągnięcia. O ile to co wiemy, jest dla nas mniej więcej jasne, to nawet bardzo wyraźna granica, poza którą nic nie wiemy, jest dla nas bardzo często - zupełnie niewidoczna. W większości przypadków, nie jesteśmy w stanie rozpoznać kiedy i o czym nie mamy zielonego pojęcia.

W 1999 r., w Journal of Personality and Social Psychology, mój wkrótce dyplomowany student Justin Kruger i ja, opublikowaliśmy pracę, która wykazywała jak bardzo, w wielu dziedzinach życia, ludzie niekompetentni nie rozpoznają - wróć - nie są w stanie rozpoznać, jak bardzo są niekompetentni; zjawisko stało się znane jako efekt Dunninga-Krugera. W pewnym sensie, ten brak samo-wiedzy wynika wprost z logiki - aby rozpoznać u siebie braki wiedzy, ignorant musiałby mieć wiedzę, której mu właśnie brakuje. Na przykład, aby ocenić jak dobry (lub nie) jesteś z ortografii, musisz mieć niezłą praktyczną wiedzę o ortografii i jej regułach - co jest niedosiężne dla osoby nie znającej ortografii. Słabo kompetentni - a wszyscy jesteśmy w czymś tam słabi - nie widzą luk w swoich rozumowaniach czy bezsensu swoich odpowiedzi.

Co ciekawe, w wielu przypadkach, niekompetencja wcale nie czyni ludzi zdezorientowanymi, zagubionymi czy zaniepokojonymi. Zamiast tego, niekompetentni pobłogosławieni są fałszywą pewnością siebie, umacnianą przez coś, co wydaje im się wiedzą.

I nie jest to jakaś wydumana teoryjka. Całe zestawy badań przeprowadzonych przeze mnie i innych potwierdzały, że ludzie, którzy nie mają pojęcia o jakimś obszarze zdolności poznawczych, technicznych czy społecznych, mają tendencję do znacznego przeceniania własnych zdolności i umiejętności w danej dziedzinie, nie ważne czy idzie o ortografię, emocje, rozumowania logiczne, obchodzenie się z bronią, politykę czy finanse. Studenci mający w ręku wyniki na dwójach i trójach uważają, że ich wysiłki zasługują na lepsze oceny; niskopoziomowi gracze w szachy czy brydża, czy studenci medycyny, czy starsi ludzie odnawiający prawa jazdy - wszyscy podobnie przeceniają swoje kompetencje, i to bardzo grubo je przeceniają.

Czasami zdaje się to być elementem szerszego tła społeczno-historycznego. Pomiędzy wieloma przyczynami finansowego kryzysu 2008 r. najczęściej wymienia się zapaść gigantycznej bańki spekulacyjnej na nieruchomościach, podkręconej przez machinacje finansistów i ignorancję konsumentów. A ostatnie badania sugerują, że ignorancja wielu Amerykanów w tematach finansowych jest nieprawdopodobnej skali. W 2012 r. w badaniu National Financial Capability Study, przeprowadzonym przez amerykański nadzór finansowy (przy udziale Skarbu Państwa), przebadano około 25000 respondentów w temacie ich wiedzy o finansach oraz - jak oceniają swoją wiedzę o finansach.

Około 800 respondentów, którzy zbankrutowali w ciągu ostatnich 2 lat, nieco poległo w testach - wypadli średnio w 37 percentylu. Ale ocenili swoją ogólną wiedzę ekonomiczną i finansową jako wyższą niż pozostali respondenci. Różnica jest niewielka, ale znacząca statystycznie - 23 procent z bankrutów ocenia siebie maksymalnie w temacie wiedzy o finansach, gdy wśród nie-bankrutów ocenia siebie maksymalnie tylko 13 procent. Skąd ta pewność siebie? Jak w ofiarach "wkręconych" wywiadów, bankruci wydają się mieć alergię na mówienie "nie wiem". Trzeba też zaznaczyć, że kiedy uświadamia im się błędne odpowiedzi, będą ich bronić o 67% częściej, niż pozostali. Dlatego, mając głowy pełne "wiedzy", oceniają swój poziom wiedzy finansowej jako bardzo dobry.

Ponieważ tak łatwo jest osądzać idiotyzmy innych, może ci się zdawać, że wszystko powyższe nie stosuje się do ciebie. Ale problem nieuświadomionej ignorancji dotyczy nas wszystkich. I po latach, zaczynam przekonywać się do pewnej tezy, opisującej szerzej problem umysłu w ignorancji. Nie powinno się uważać, że jest to problem braku informacji. Raczej, jest to problem fałszywej informacji.

Umysł ignoranta w istocie nie jest gładkim pustym naczyniem, jest wypełniony sieczką nieadekwatnych lub sprowadzających na manowce doświadczeń życiowych, teorii, faktów, intuicji, strategii, algorytmów, heurystyk, metafor i wrażeń, które niestety wyglądają jak i dają poczucie pożytecznej i dokładnej wiedzy. Ta sieczka jest nieszczęsnym produktem ubocznym naszej największej przewagi jako gatunku - jesteśmy nieopanowanymi rozpoznawaczami wzorców i bardzo rozrzutnymi teoretykami. Często nasze teorie są wystarczające, żebyśmy przeżyli kolejny dzień, albo nawet do wieku, kiedy możemy się rozmnożyć. Ale nasze mistrzostwo w kreatywnych opowiastkach, połączone z naszą niezdolnością do wykrywania własnej ignorancji, może prowadzić do sytuacji zawstydzających, przykrych, lub wręcz niebezpiecznych - szczególniej w zaawansowanym technicznie, bogatym demokratycznym społeczeństwie, umacniającym znacznymi zasobami powszechne błędne przekonania, co prowadzi do katastrof znacznego rozmiaru (patrz: kryzys, finansowy; patrz: wojna, Irak). Jak powiedział pewnego razu satyryk Josh Billings "To czego nie wiesz, nie wpędzi cię w kłopoty. Z tym, co wiesz na pewno, jest nieco odmiennie" (ironią losu, że wielu ludzi "wie na pewno", że powyższy cytat jest z Marka Twaina albo z Willa Rogersa - ale jest nieco odmiennie).

Z powodu naszej konstrukcji i tego jak uczymy się z naszego środowiska, jesteśmy chodzącymi wytwórniami błędów poznawczych. Kiedy lepiej rozumiemy jak działają nasze wspaniałe umysłowe "niesamowite maszynki Goldberga", możemy lepiej - jako osoby i jako społeczeństwo - okiełznać je, by kierować się w stronę nieco bardziej obiektywnego zrozumienia prawdziwej natury rzeczy.

Złe pochodzenie

Niektóre nasze najgłębsze intuicje o świecie pochodzą w prostej linii z naszych kołysek. Przed drugimi urodzinami dzieci wiedzą, że dwa przedmioty nie mogą zajmować jednej przestrzeni. Że przedmioty istnieją nadal, kiedy ich nie widać. Że spadają, jeśli nie są podparte. Wiedzą, że ludzie potrafią podnieść się i wałęsać po okolicy, czego komputer stojący na biurku nie potrafi. Ale nie wszystkie nasze najwcześniejsze intuicje są tak sensowne.

Błędy poznawcze, "odkrywane" przez małe dzieci, w jakimś stopniu będą się ciągneły za nimi przez całe życie. Na przykład, myślenie małych dzieci charakteryzuje silna tendencja do przypisywania falszywych intencjonalności, funkcji i celów do różnych bytów. Zapytane, dlaczego istnieją tygrysy, dzieci z naciskiem wyjaśniają, że "w celu bycia w ZOO". Zapytane, dlaczego drzewa produkują tlen, dzieci mówią, że po to, żeby zwierzęta miały czym oddychać.

Wszelkie normalne kursy biologii czy nauk przyrodniczych są próbą powstrzymania takiego rozumowania o celowości natury. Ale ta intuicja nigdy nas do końca nie opuszcza. Dorośli z niskim poziomem wykształcenia przejawiają podobny poziom błędnego rozumowania. A w pośpiechu, nawet profesjonalni naukowcy robią błędne założenia o celowości. Psycholog Deborah Kelemen z kolegami pokazała to w badaniu obejmującym 80 naukowców - ludzi na etatach uniwersyteckich w geologii, chemii, fizyce - pytanych o prawdę/fałsz dla stu twierdzeń o naturze, w typie "dlaczego coś zachodzi". W tej setce domieszano nieco wyjaśnień z fałszywej celowości, jak "Mech formuje się na skałach by powstrzymać erozję" albo "Ziemia posiada warstwę ozonu w celu ochrony przed promieniowaniem ultrafioletowym". Respondenci odpowiadali na ankietę w dwu grupach, pierwsza - własnym tempem, druga, mając 3.2 sekundy na pojedynczą odpowiedź. Popędzanie specjalistów powoduje podwojenie wskaźnika akceptacji "fałszywie celowych" odpowiedzi, z 15 na 23 procent.

Ten błąd poznawczy o celowości szczególniej niszczy próby nauczania jednej z ważniejszych koncepcji współczesnej nauki - teorii ewolucji. Przeciętni ludzie, nawet ci którzy ją przyjmują za prawdziwą, często wierzą w jej zafałszowane wersje. Opisują poziom celowości i organizacji w ewolucji, jaki wcale w niej nie występuje. Jeśli zapytasz zwykłych ludzi o ich rozumienie, powiedzmy, dlaczego gepard biega tak szybko, wyjaśnią, że oczywiste jest, że koty, jako pewna grupa ewolucyjna, mogą łapać więcej zdobyczy, jeśli szybciej biegają - więc ta cecha umacnia się przez dziedziczenie w następnych pokoleniach. Ewolucja jawi się w tym ujęciu, jako gra strategiczna danego gatunku.

W tym ujęciu ewolucji umyka to, co najistotniejsze - drobne różnice i konkurencja pomiędzy osobnikami tego samego gatunku, w odpowiedzi na ciśnienie doboru naturalnego; pojedynczy szybszy gepard łapie więcej zdobyczy, żyje dłużej, rozmnaża się skuteczniej; wolniejszy gepard przegrywa i wymiera - co powoduje, że gatunek pomału zmienia się w kierunku szybszych gepardów. Ewolucja to rezultat losowych różnic i naturalnej selekcji, a nie planu czy wyboru.

A wiarę w "planowany" model ewolucji trudno jest wybić z głów. Oczywiście, edukacja o ewolucji potrafi przenieść ludzi z kategorii niedoinformowanych do kategorii dobrze poinformowanych, ale w pewnych dziwnych przypadkach potrafi przenieść ich w kategorię pewnych siebie fałszywie poinformowanych. Tony Yates i Edmund Marek w 2014 r. opublikowali badanie oceniajace efekty nauczania biologii na poziomie szkoły średniej w Oklahomie, wśród 536 uczniów, w temacie ich rozumienia teorii ewolucji. Studenci zostali rygorystycznie przebadani w temacie ich wiedzy o ewolucji, przed rozpoczęciem nauki biologii w szkole oraz zaraz po. Co spodziewane, po kursie biologii przekonanie studentów o własnej wiedzy o ewolucji poszybowało w górę, podobnie - liczba przyswojonych prawdziwych twierdzeń o ewolucji. Jak na razie, nieźle.

Problem w tym, że liczba fałszywych twierdzeń, które przyswoiła sobie grupa, również poszybowała w górę. Na przykład, edukacja spowodowała, że procent uczniów zdecydowanie zgadzających się z prawdziwym zdaniem "Zmiana cech organizmu w czasie jego życia nie jest zmianą ewolucyjną" wzrósł z 17 do 20 procent - ale też spowodowała, że liczba uczniów zdecydowanie niezgadzających się z powyższym również wzrosła z 16 na 19 procent. Edukacja zmienia odpowiedzi na prawdziwe twierdzenie "Różnicowanie między osobnikami gatunku jest istotną podstawą ewolucji" - liczba zdecydowanie zgadzających się wzrasta z 11 na 22 procent, ale zdecydowanie nie zgadzających się również wzrasta, z 9 na 12. W skrócie, jedyne co edukacja równiutko zmniejsza, to liczbę odpowiedzi "nie wiem".

I nie tylko teoria ewolucji zwodzi uczniów. Ciągle i ciągle, badacze pokazują, że typowa edukacja nie jest w stanie usunąć naszych fałszywych intuicji, tych rodem z kołyski. Nauczanie nie jest w stanie przekonać ludzi, wierzących, że widzenie jest możliwe, gdyż oczy emitują promieniowanie czy substacje w danym środowisku. Nie potrafi zmienić "zdroworozsądkowych" przekonań, co do trajektorii spadających obiektów. Nie potrafi nauczyć ludzi, że natura światła czy ciepła jest taka sama jak innych materialnych substancji. Co natomiast edukacja często i skutecznie potrafi, to utwierdzić nasze silne przekonanie o naszej (błędnej) wiedzy.

Nietrafione zasady

Przyjmijmy, że obrazek pokazuje wygiętą rurę leżącą poziomo na stole:

spiral

W badaniu intuicji co do zagadnień fizycznych, w 2013 r., Elanor Williams, Justin Kruger i ja prezentowaliśmy badanym kilka wariantów powyższego ćwiczenia i pytaliśmy o hipotetyczną dalszą trajektorię kulki (A, B czy C) opuszczającej rurę. Niektórzy odpowiadali poprawnie i byli tej poprawności całkiem pewni. Niektórzy nie bardzo sobie radzili - i podobnie, zdawali sobie sprawę, że sobie nie radzą.

Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, kiedy przyjrzeliśmy się badanym, którzy całkowicie polegli w naszym małym teście. W tym miejscu już zapewne się domyślacie - ci ludzie wyrażali wyższe, a nie niższe, przekonanie o własnych zdolnościach w temacie. Tak naprawdę, ludzie którzy nie odpowiedzieli prawidłowo na żadne postawione zagadnienie, często wyrażali przekonanie o własnej wiedzy i zdolnościach, porównywalne z grupą najlepiej odpowiadających. Zaprawdę, to badanie dało najbardziej szokującą ilustrację efektu Dunninga-Krugera jaką kiedykolwiek widzieliśmy - patrząc wyłącznie na samooceny grupy odpowiadającej prawidłowo na 100% i odpowiadającej całkowicie błędnie, 0%, często nie dało się powiedzieć, która grupa jest która.

Dlaczego? Bo obie grupy "coś wiedzą". Wiedzą, że istnieją ścisłe prawa pozwalające przewidzieć trajektorie fizyczne, jak dyskutowanej kulki. Jedna grupa zna zastosowanie praw Newtona: kulka będzie kontunuowała ruch w kierunku, jaki ma w momencie opuszczenia rury (trajektoria B) - uwolniona z ograniczenia nałożonego przez inny obiekt (rurę) po prostu poleci prosto.

Ludzie podający złe odpowiedzi przeważnie typują trajektorię A. W istocie, używają wypaczonego "prawa" fizyki, jakoby krzywizna rury powodowała zakrzywienie "momentu" kulki, która po opuszczeniu wylotu zachowa "moment pędu" nadany przez rurę. Odpowiedź jest oczywiście błędna i łatwa do obalenia eksperymentem - ale mnóstwo ludzi jest o jej prawdziwości przekonana.

Ta rzesza ludzi obraca się w doborowym towarzystwie. Około roku 1500 odpowiedź A zostałaby zaakceptowana przez tuzów ówczesnej fizyki - zarówno Leonardo da Vinci jak i francuski filozof Jean Buridan przyjmowali ją za prawdziwą. I ma to pewien sens - teoria o "zakrzywieniu momentu" potrafi wyjaśnić sporo codziennych zagadek, na przykład dlaczego koła nadal się kręcą po tym, gdy przestaliśmy pchać wózek, albo dlaczego planety mają ściśle określone orbity wokół Słońca. Po "wyjaśnieniu" takich zagadnień, łatwo przenieści te "wyjaśnienia" na podobne zagadnienia, jak powyższe kulki z rurki.

To badanie pokazuje inną ogólną przyczynę - poza naszymi błędami poznawczymi rodem z kołyski - prowadzącą do częstego tworzenia fałszywej wiedzy: przenosimy wiedzę z właściwego zbioru zagadnień do takiego, gdzie jest zupełnie nieadekwatna.

Inny przykład: według Pauline Kim, profesor z Washington University Law School, ludzie mają tendencję do budowania swojego obrazu prawa na podstawie tego, co wyobrażają sobie jako właściwe normy społeczne. To często prowadzi do niezrozumienia ich własnych rzeczywistych praw - i w obszarach jak na przykład prawo pracy, do absurdalnego przeceniania ich. W 1997 r. Kim przebadała około 300 respondentów z Buffalo, NY, serią moralnie wątpliwych scenariuszy z obszaru prawa pracy - na przykład, pracownik zostaje zwolniony za to, że doniósł, że jego kolega okrada firmę; co jest niestety legalne w świetle zasady stanowego prawa pracy i zasady "dobrowolności" umów. 80 do 90 procent mieszkańców Buffalo uważa fałszywie, że niesmaczne scenariusze jak powyższy są nielegalne - pokazując jak mało wiedzą o prawie i o wolności w temacie zwalniania pracowników, jaką cieszą się obecnie pracodawcy. (Dlaczego to istotne? Bo długa historia walki prawniczej o zasadę "dobrowolności" w prawie pracy i jej zaciekłe obrony bazują na twierdzeniu, że pracownicy dobrowolnie przystają na umowy i przecież zawsze mogą szukać lepszych warunków. Kim pokazała, że przeważnie pracownicy nie mają pojęcia, na co przystają i jakie są warunki.)

Lekarze w kontaktach z pacjentami również często zderzają się z problemami niewłaściwie przeniesionej wiedzy. Problemem bywa nie tyle stan medyczny, co konieczność zwalczenia przez lekarza fałszywych założeń i koncepcji pacjenta o tymże stanie. Starsi pacjenci, na przykład, często odrzucają porady lekarskie dotyczące zastosowania ćwiczeń w celu złagodzenia bólu - co jest jednym z efektywniejszych dostępnych sposobów - ponieważ dyskomfort i zmęczenie, które czują przy ćwiczeniach, kojarzą im się z kontuzjami i urazami. Badania w ramach ekonomii środowiskowej (behavioral economy) w Indiach, prowadzone przez Sendhil'a Mullainathan'a pokazały, że indyjskie matki często nie podają płynów niemowlętom z biegunką, gdyż fałszywie rozumieją stan swoich dzieci jako "przeciekające wiadro" - zamiast jako odwadniający się organizm bardzo potrzebujący płynów.

Naciągane rozumowanie

Niektóre nasze najbardziej uparte błędy poznawcze wynikają nie z prymitywnych dziecinnych intuicji czy z beztroskiego przenoszenia wiedzy z jednych zbiorów do innych, ale z głębokich wartości i przekonań definiujących kim jesteśmy jako osoby. Każdy z nas posiada pewien zasób podstawowego samoopisu - pewne twierdzenia o sobie, idee o porządku międzyludzkim - które nie mogą być zakwestionowane ot tak; sprzeciwianie się im kwestionuje sedno naszej samooceny. Jako takie, twierdzenia te pozostają niezależne od innych opinii czy twierdzeń. A wszelkie informacje napływające z zewnątrz zostają dostosowane, wypaczone, zminimalizowane albo wyparte w celu zachowania naszego przeświętego sedna samooceny całego i zdrowego.

Na przykład, jednym z bardzo powszechnych przekonań wewnętrznych, jest coś jak: Jestem zdolną, dobrą i troskliwą osobą. Jakakolwiek informacja poddająca powyższe twierdzenie krytyce, spotyka się z silnym umysłowym oporem. Polityczne czy ideologiczne wierzenia też często nakładają się z sednem samoopisu. Teorie antropologiczne o wzorcach kulturowych (cultural cognition) sugerują, że ludzie na całym świecie klasyfikują swój obraz kulturowy według kilku osi: są indywidualistami (wolącymi autonomię, wolność i samorealizację) albo kolektywistami (przykładającymi większą wagę do kosztów i zysków społeczności jako całości); są hierarchiczni (przypisują społeczne obowiązki i zasoby według ustalonych cech i statusu) albo egalitarni (odrzucają pomysł klasyfikowania ludzi według ich statusu). Według teorii o wzorcach kulturowych, ludzie nie tyle po prostu przetwarzają informację według jakichś założeń, jak powyższe, ale przetwarzają ją po to, by je wzmacniać. Te podstawowe ideologiczne kotwice jakich się trzymamy, mają przemożny i szeroki wpływ na to, w co wierzymy i o czym "wiemy", że jest prawdziwe.

Pewnie nie jest zaskakujące, że fakty, logika i wiedza mogą być naginane do osobistego oglądu świata; w końcu - nieustannie zarzucamy naszym oponentom politycznym "naciągane rozumowania". A zakres tego naciągania bywa zdumiewający. W bieżącej współpracy naszego zespołu z badaczem politycznym Peterem Ennsem, odkrywamy, że osobiste wierzenia polityczne potrafią nagiąć inne osobiste przekonania o logice czy faktach tak bardzo, że wiedzie to wprost do sprzeczności wewnętrznej. W badaniu około 500 Amerykanów w lecie 2010 r., ustaliliśmy, że ponad jedna czwarta liberałów (ale tylko 6% konserwatywnych) potrafi przyjąć za prawdziwe oba zdania: "Polityka prezydenta Obamy silnie ożywiła ekonomię" i "Prawa i regulacje wprowadzone przez poprzednie administracje republikańskie czynią niemożliwym silne odrodzenie ekonomiczne". Oba zdania miłe są liberalnemu sercu i w duchu liberalnej ideologii, ale jakże Obama może odbudowywać ekonomię, jeśli to niemożliwe w świetle poprzedniej polityki republikanów? Wśród respondentów konserwatywnych, 27 procent (i 10% liberałów) zgadza się z oboma zdaniami "Zdolności retoryczne prezydenta Obamy są wysokie, ale niewystarczające do rozwiązywania głównych problemów międzynarodowych" i "Prezydent Obama nie wykorzystał w pełni swoich zdolności retorycznych, aby efektywnie zmienić sytuację rządu w Iraku". Ale jeśli zdolności Obamy są niewystarczające, dlaczego krytykować go za to, że ich nie używa by wpływać na rząd w Iraku?

Prześwięte wewnętrzne przekonania potrafią nam błyskawicznie dostarczyć bardzo pewnych opinii o rzeczach, o których nie mamy najmniejszego pojęcia - o tematach, które postawione wprost, nie mają nic wspólnego z wewnętrznymi ideologiami. Rozważmy nowo powstałą dziedzinę nanotechnologii. Możemy ją z grubsza zdefiniować jak procesy produkcyjne na poziomie molekularnym czy atomowym, planowane dla aplikacji medycznych, energetycznych, biomateriałów czy elektroniki. Jak prawie każda nowa technologia, nano przynosi obietnice wielkich zysków (antybakteryjne pojemniki na żywność!) i ryzyka sporych problemów (nanotechnologie nadzoru ludzi!).

W 2006 r. Daniel Kahan, profesor na Yale Law School, przeprowadził wraz z kolegami badanie nad powszechną wiedzą o nanotechnologii. Odkryli, jak wielu przed nimi, że ludzie prawie nic nie wiedzą o tej dziedzinie. Odkryli też, że ignorancja nie powstrzymuje ludzi przed wydawaniem opinii, że tak czy owak ryzyka nanotechnologii przeważają zyski.

Kiedy Kahan badał przeciętnie niedoinformowanych respondentów, ich opinie rozłożyły się losowo po całej mapie. Ale kiedy innej grupie dano przed badaniem krótki, starannie wyważony, opis możliwych osiągnięć i ryzyka nano, natychmiast dała o sobie znać przemożna siła ciążenia naszych wewnętrznych najgłębszych przekonań. Po dwu akapitach bardzo skróconej (acz prawdziwej) informacji o nanotechnologii, ocena respondentów co do nano podzieliła się znacząco - ułożyła się według ich ogólnego obrazu świata.

Hierarchiczni/indywidualiści uznali nano za niezłą koncepcję. Egalitarni/kolektywiści zajęli przeciwne stanowisko, uważając koncepcję nano za niosącą więcej szkód niż pożytku.
Dlaczego tak się dzieje? Z powodu głębokich przekonań osobistych. Hierarchiczni, opierając się na autorytetach, zapewne szanują czołowych ludzi przemysłu czy nauki, którzy nagłaśniają niesprawdzone obietnice nowych technologii. Egalitarnii, z drugiej strony, mogą obawiać się, że nowa technologia jak zwykle przyniesie przewagi czy zyski dla wąskiej grupy. Kolektywiści mogą obawiać się, że firmy nanotechnologiczne będą wymigiwać się z odpowiedzialności za skutki ich technologii dla społeczeństwa i środowiska.

Konkluzja Kahana - jeśli dwa akapity tekstu są wystarczające, by wysłać ludzi na ślizgawkę ich własnych przekonań, wiodącą do polaryzacji postaw, to znaczy, że proste podawanie obywatelom większej ilości prawdziwych informacji prawdopodobnie wcale nie pomaga im osiągnąć wspólnego i neutralnego punktu widzenia, tylko wzmacnia ich prywatne naciągane oglądy świata.

Ktoś może powiedzieć, że opinie o egzotycznej technologii nie mają większego znaczenia. I że oczywiste, że rzetelna ocena czy nano to wielka wygrana ludzkości czy krok ku zagładzie wymaga wiedzy z zakresu materiałoznawstwa, inżynierii, przemysłu, stanu prawnego, chemii organicznej, przemian fazowych, fizyki półprzewodników i biologii molekularnej. Ale jednak, każdego dnia, ludzie bazują, zamiast na wiedzy, na sieczce w głowach - mniejsza czy pochodzącej od ideologicznych uprzedzeń, nieadekwatnych teorii czy dziecinnych intuicji - aby odpowiadać na wyzwania technologiczne, polityczne czy społeczne, o których mają małe, albo żadne, pojęcie.

Spojrzenie ponad bałaganem

Niefortunnie dla nas wszystkich, skutki polityki i decyzji bazujących na ignorancji mają silną tendencję, prędzej czy później, wybuchnąć komuś w twarz. Ale jak prawodawcy, nauczyciele i my wszyscy możemy przebić się przez pokłady fałszywej wiedzy - naszej własnej i naszych sąsiadów - stojące na drodze do rzetelnych osądów?

Za drogę wiodącą do usuwania ignorancji - rozumianej jako brak wiedzy - uważana jest tradycyjnie edukacja, jako naturalne lekarstwo. Ale edukacja, nawet prowadzona najwłaściwiej, może wprowadzać fałszywą pewność siebie. Mamy szczególnie przerażający przykład: kursy dla kierowców, te zorientowane na naukę manewrów i opanowania pojazdu w sytuacjach niebezpiecznych, raczej zwiększają, niż zmniejszają wskaźniki wypadkowości kursantów. Dzieje się tak dlatego, że nauczanie ludzi, powiedzmy, jak poradzić sobie pojazdem na śniegu i lodzie, daje im trwałe poczucie, że są ekspertami w temacie. W rzeczywistości, ich umiejętności zazwyczaj błyskawicznie zanikają po zakończeniu szkolenia. A po miesiącach czy nawet dekadach, nadal mają przekonanie o swoich wysokich umiejętnościach, za to prawie żadnych prawdziwych umiejętności, kiedy zaczyna się poślizg.

W przypadkach jak powyższy, najbardziej oświeconym podejściem, jak proponowane przez szwedzkiego badacza Nilsa Pettera Gregersena, może być po prostu unikanie nauczania takich umiejętności. Zamiast uczyć kierowców jak radzić sobie na zalodzonej drodze, Gregersen sugeruje, że powinno się im na szkoleniu tylko uświadomić nieuniknione niebezpieństwo - i powinni pozostać na tyle przestraszonymi uczniami, żeby po prostu i po pierwsze, unikać jeżdżenia w zimowych warunkach. I na tym należy poprzestać.

Oczywiście, ochrona ludzi przed ich ignorancją za pomocą ochrony przed wszelkim ryzykiem, jest niezbyt częstą opcją. W rzeczywistości, skłanianie ludzi do oderwania się od ich własnych błędów poznawczych, jest znacznie trudniejszym i znacznie ważniejszym zadaniem. Na szczęście, zaczyna powstawać gałąź nauki, na czele z badaczami jak Stephen Lewandowsky z University of Bristol czy Ullirch Ecker z University of Western Australia, która może pomóc.

W szkole, niektóre najlepsze techniki "rozbrajania" błędnej wiedzy są w gruncie rzeczy wariantami metody sokratejskiej. Aby wyeliminować najpowszechniejsze błędy, nauczyciel może otworzyć wykład właśnie nimi - i pokazać uczniom jak bardzo brakuje tej fałszywej wiedzy mocy wyjaśniającej albo do jak sprzecznych wniosków prowadzi. Na przykład, nauczyciel może zacząć dyskusję o ewolucji od przedstawienia błędnego ujęcia "ewolucji celowej", zachęcając klasę do zakwestionowania go (skąd gatunki magicznie dowiadują się, jakie przewagi powinny zostać odziedziczone przez potomstwo? jak podejmują ewolucyjne decyzje jako grupa?). Takie podejście może poprawić przyswojenie prawidłowej wersji teorii ewolucji, kiedy uczniowie w dyskusji do niej dotrą, tudzież poprawia ogólne umiejętności analityczne.

Oczywiście, istnieje problem zalewu dezinformacją w miejscach, które znacznie trudniej opanować niż klasę szkolną - jak w internecie czy innych nowych mediach. W tej scenerii Dzikiego Zachodu, najlepiej w ogóle nie powtarzać fałszywej wiedzy. Mówienie ludziom, że Barack Obama nie jest muzułmaninem nie zmienia ich przekonań, ponieważ zazwyczaj zauważają i zapamiętują wszystko co powiedziano - poza kluczowym słówkiem "nie". Zamiast tego, aby skutecznie usuwać błędne przekonania, nie tylko trzeba je negować, ale też wypełniać pozostałą pustkę ("Obama zaostał ochrzczony w 1988 r. jako wyznawca United Church of Christ"). Jeśli powtarzanie fałszywej wiedzy jest absolutnie konieczne, badacze sugerują, że może pomóc jasne i ciągle powtarzane ostrzeżenie, że właśnie ta wiedza jest fałszywa. Powtarzam, to bzdura.

Najtrudniejsze do usunięcia błędy i wypaczenia, to oczywiście te związane z naszym "rdzeniem", ze świętymi-świętych naszych przekonań. I po prawdzie, często te związki są niemożliwe do zmiany. Zakwestionowanie podstawowych przekonań jest w rzeczywistości zakwestionowaniem danej osoby i jej osobowości jako takiej i ludzie aktywnie bronią sądów, do których są tak mocno przywiązani. Takie zagrożenie dla rdzenia przekonań, może być czasem złagodzone, przez danie ludziom przedtem szansy na "wsparcie" swojej osobowości z innej strony. Badacze odkryli, że poproszenie ludzi o opisanie siebie, tak by poczuli wyższą samoocenę, albo żeby opisali przekonania, do których są najbardziej przywiązani, może powodować, że jakiekolwiek następnie nadciągające dla rdzenia osobowości zagrożenie jest, cóż, mniej groźne.

Na przykład, w badaniach przeprowadzonych przez Geoffreya Cohena, Davida Shermana i innych, badani opisujący się jako amerykańscy patrioci byli bardziej otwarci na twierdzenia i raporty krytykujące politykę zagraniczną USA, jeśli przedtem napisali esej o ważnym aspekcie własnej osobowości, jak kreatywności, poczuciu humoru, albo wartościach rodzinnych i wyjaśnili dlaczego akurat wybrany aspekt jest dla nich osobiście ważny. W innym badaniu, w którym studenci "pro-choice" dyskutowali jak powinno wyglądać prawo federalne dotyczące aborcji, uczestnicy byli bardziej skłonni do zgody na nałożenia restrykcji na aborcje, po napisaniu, podobnie jak wyżej, eseju poprawiającego samoocenę.

Badacze odkrywają, że czasem najgłębsze przekonania mogą zostać zakwestionowane i dana osoba może rozważyć zmianę zdania, jeśli powiąże się krytykę z innymi jej przekonaniami, bliższymi celu w jakim kwestionujemy jej "rdzeń". Na przykład, konserwatyści nie przyjmują zbyt dobrze idei ochrony środowiska naturalnego, w przeciwieństwie do liberałów. Ale konserwatyści przejmują się ideami związanymi z "czystością" w myśli, mowie i uczynkach. Przedstawianie ochrony środowiska, jako szansy na zachowanie "czystości" Ziemi powoduje, że konserwatyści są koncepcji znacznie przychylniejsi; co sugerują badania Matthew Feinberga i Robba Willera ze Stanford University. W podobnym duchu, liberałowie mogą być skłonniejsi do podniesienia wydatków na obronność, jeśli powiąże się uprzednio tę politykę z promowaniem wartości społecznych jak równość i uczciwość - na przykład, że nic nie gwarantuje lepiej niż służba wojskowa ucieczki od biedy, albo, że służba wojskowa daje wszystkim najrówniejsze szanse na karierę.

Ale jest też największe wyzwanie - jak rozpoznawać nasze własne błedy poznawcze i ignorancję? Na początek, dobrze jest wyobrazić siebie, jako część małej grupy, która musi podjąć decyzję w jakimś ważnym temacie. Naukowcy często polecają by w małej grupie ktoś robił za "adwokata diabła" - osoba ta kwestionuje i krytykuje logikę grupy. Chociaż to podejście wydłuża dyskusję, wkurza grupę i nie jest zbyt komfortowe, ostatecznie decyzje grupy są zazwyczaj lepsze i lepiej ugruntowane niż osiągane w inny sposób.

Dla pojedynczych osób, można polecić robienie za własnego "adwokata diabła" - aby przemyśleć jak nasze ulubione rozwiązanie może wieść na manowce; aby zapytać siebie, jak bardzo możemy się mylić; albo jak bardzo sprawy mogą pójść nie po naszej myśli. Pomaga praktyka w tym, co psycholog Charles Lord nazywał "rozważaniem przeciwieństwa". W tym celu, często wyobrażam siebie w przyszłości, w której okazuje się, że nie miałem racji i podjęłem złe decyzje, i rozważam, jaka ścieżka doprowadziła do mojej klęski. Na koniec - szukajmy porady. Inni ludzie mają własne uprzedzenia i błędy, ale dyskusja często wystarczy, żeby rozumna osoba odeszła od własnych skrajnie nietrafionych koncepcji.

Wiedza o społeczeństwie dla oświeconych idiotów

W programie "Lie Witness News" Jimmy Kimmel polował z kamerą na ulicach Los Angeles na dzień PRZED doroczną przemową prezydenta Baracka Obama. Przepytywano przechodniów na okoliczność drzemki Johna Boehnera podczas przemowy i tego momentu na końcu, kiedy Obama zażartował z atakiem serca. Oceny nieistniejącej przemowy wahały się od "niesamowita" przez "mocna" po "w porządku". Jak zwykle, producenci nie mieli problemu ze znalezieniem ludzi, którzy chętnie pogadają o wydarzeniach, o których nie maja zielonego pojęcia.

Amerykańscy satyrycy jak Kimmel czy Jay Leno mają długą tradycję w demaskowaniu ignorancji współobywateli, a amerykańskie elity mają długą tradycję narzekania na tę ignorancję. Co kilka lat, co najmniej przez ostatni wiek, różne grupy poważnych obywateli przeprowadzają badania reszty społeczeństwa na temat jego wiedzy ogólnospołecznej - pytając obywateli o narodową historię czy politykę - i kończą z wynikami tragicznymi i grożącymi klęską i upadkiem. W 1943 r., po przebadaniu 7000 studentów pierwszego roku, ustalono, że zaledwie 6% z nich potrafi nazwać pierwotne 13 kolonii (zalążek USA), tudzież niektórzy wierzą, że Abraham Lincoln, "nasz pierwszy prezydent" "uwolnił niewolników" - New York Times lamentował nad "straszliwą ignoracją" amerykańskiej młodzieży. W 2002 r., po narodowym teście czwarto-, ośmio- i dwunastoklasistów, dającym podobne wyniki, Weekly Standard ogłosił amerykańskich uczniów "durnymi jak głąby".

W 2008 r., Intercollegiate Studies Institue przebadał 2508 Amerykanów i odkrył, że 20% z nich uważa kolegium elektorów (formalne ciało wyborcze prezydenta USA) za "grupę pretendentów na wyższe stanowiska polityczne" albo "ciało nadzorujące pierwszą debatę telewizyjną wyborów prezydenckich". Znowu podniósł się alarm na temat upadku wiedzy w społeczeństwie. Co dość zabawne, jak zauważył historyk ze Stanford, Sam Wineburg, gdyż ludzie, którzy narzekają na pogłębiającą się ignorancję Amerykanów, co do własnej historii, często są ignorantami co do historii narzekań swoich poprzedników, na dokładnie ten sam temat; spojrzenie wstecz nie sugeruje jakiejś równi pochyłej zaczynającej się w czasach świetności Ameryki, ale całkiem stały poziom bzdur i mijania się z faktami.

Siłą napędową obaw, w kontekście ignorancji społeczeństwa, jest zrozumiała troska o stan i przyszłość państwa czy społeczeństwa. "Pytania, na których potknęło się tak wielu studentów" podnosił Rod Paige, sekretarz ds. edukacji, po teście 2001 r. "zawierają najbardziej fundamentalne koncepcje naszej demokracji, naszego rozwoju jako narodu i naszej roli w świecie". Nasuwa się zawstydzające pytanie: cóż pomyśleliby Ojcowie Założyciele o swoich tak niechlubnych potomkach?

Skądinąd uważam, że doskonale wiemy, co Ojcowie Założyciele myśleli na ten temat. Jako dobrzy obywatele epoki Oświecenia, cenili odnajdywanie granic własnej wiedzy co najmniej tak samo, jak zbieranie owoców wiedzy. Thomas Jefferson, narzekając na stan dziennikarstwa politycznego swojej epoki, pewnego razu stwierdził, że osoba unikająca gazet wydaje się być lepiej poinformowana niż czytająca dziennki, że "ten kto nie wie nic, jest bliższy prawdy, niż ten, kto ma umysł wypełniony błędami i fałszywą wiedzą". Benjamin Franklin napisał raz "wyszkolony tuman jest znacznie większym tumanem, niż zwykły tuman". Inny cytat przypisywany Franklinowi mówi "drzwiami do świątyni wiedzy jest poznanie naszej własnej ignorancji".

Wbudowane mechanizmy naszych mózgów i nasze skumulowane doświadczenie życiowe, tak czy owak napełniają nasze głowy ogromem jakiejś wiedzy; czego nie robią, to nie dają wewnętrznego oglądu rozmiaru naszej ignorancji. Być może, mądrość nie tyle polega na opieraniu się na faktach i rozumowaniach, co na zdolności rozpoznawania własnych granic. Przebicie się przez całą naszą sieczkę poznawczą, tylko po to, żeby wielce głęboko stwierdzić "nie mam pojęcia", może nie być wielką porażką, ale jednak - pożądanym sukcesem, jeśli tylko jest kluczowym drogowskazem wskazującym nam właściwą drogę do prawdy.



(W oryginalnym arytkule w Pacific Standard - obrazki, wstawki video, itd. itp. ukradłem tylko jeden "fizyczny" obrazek)





bzyk
Sun, 8 Feb 2015 21:16:29
Dobra, niech będzie że jestem gópi.
Która odpowiedź jest prawdziwa? Bo jak dla mnie to B.

Boni avatar Boni
Sun, 8 Feb 2015 21:49:40
@bzyk

Hm, (Yoda mode) nie w fizyce ale w czytaniu niekompetencję znajduję twą - w tekście ze trzy akapity pod obrazkiem odpowiedź i wyjaśnienie jest (Yoda mode off). Że B.

Salantor
Mon, 9 Feb 2015 01:06:58
Pyszny tekst. Dziękuję i proszę o więcej.

Boni avatar Boni
Mon, 9 Feb 2015 13:14:28
@Salantor

Nie powiem "nie ma za co", bo to by sugerowało, że to był lajcik i będzie takich więcej. No więc 2x nie, trochę czasu mi to zabrało (bo ni umim) i na ogół po prostu czytam takie rzeczy, nie przychodzi mi do głowy ich porządne tłumaczenie (porządne jak na mnie - bo ni umim). Ale dzięki za dobre słowo.

AJ11
Tue, 10 Feb 2015 12:27:49
Tonya Harding to amerykańska łyżwiarka figurowa, znana (jak znana) z tego, że bliskie jej osoby zleciły złamanie nogi jej konkurentce (stąd hard-hitting).

Boni avatar Boni
Tue, 10 Feb 2015 12:40:22
@AJ11

Dzięki za info. Przyznaję się i bez połamania mi gnatów, że odniesień do amerykańskich łyżwiarek figurowych nie byłem i nie jestem w stanie wykrywać, w jakimkolwiek tekście... o_O

Fri, 13 Feb 2015 22:13:37
Dzięki serdeczne.
Celnie ujęte to, co mi się w temacie ignorancji od dawna błąka pod czaszką. Chętnie zgodziłbym się poddać jakiemuś kosmicznie całościowemu testowi obnażającemu pola mej własnej ignorancji - i jakąż szatańsko-masochostyczną uciechę by mi dał! (Oczywiście, tak naprawdę jestem przekonany że wypadłbym w nim całkiem nieźle, na tle, i wewogle, to chyba jasne ;)

janek.r
Sun, 15 Feb 2015 09:38:58
Tak jeszcze w temacie: http://blabler.pl/s/B1KO

Cytat pochodzi z czasów, gdy programy telewizyjne szły na żywo.

Jak widać skłonność ludzi do "rozpoznawania" mądrych słów zauważono już dawniej i wykorzystywano do celów erystycznych.

W temacie także porównaj końcówkę "I Ty zostaniesz Indianinem"

"- Na pewno przekręciłeś nazwy! Nie ma takich kamieni!
- Jak to nie ma? Przecież panowie znają je nie od dziś.
Na to bandyci nic nie mogli odpowiedzieć. Jakże mieli się przyznać, że, żądni poklasku kolegów, popisali się przed chwilą znajomością nazw usłyszanych po raz pierwszy w życiu..."

Gammon No.82
Sun, 15 Feb 2015 09:50:55
"Około roku 1500 odpowiedź A zostałaby zaakceptowana przez tuzów ówczesnej fizyki - zarówno Leonardo da Vinci jak i francuski filozof Jean Buridan przyjmowali ją za prawdziwą."

Bo nie było telewizji i nie mogli obejrzeć tego serialu:
http://en.wikipedia.org/wiki/Thierry_la_Fronde

janek.r
Sun, 15 Feb 2015 09:57:16
Pytanie z rysunku jest stosunkowo proste, ale to - cytuję za Feynmanem - jest trudne i sam nie wiem:

"Masz spryskiwacz do trawy w kształcie litery S - esowatą rurę na obrotowym trzpieniu. Woda wylatuje pod kątem prostym i obraca rurą w określoną stronę. Każdy wie, w którą stronę obróci się rura - zostaje odrzucona w kierunku przeciwnym do wylotu wody. Pytanie brzmi tak: Gdybyś miał staw albo jezioro - duży zbiornik wodny - i zanurzyłbyś spryskiwacz całkowicie w wodzie, lecz wsysałbyś wodę do środka, zamiast wyrzucać ją na zewnątrz, w którą stronę by się obrócił? W tę samą, co przy wyrzucaniu wody w powietrze, czy w przeciwną?
Odpowiedź była dla wszystkich zupełnie oczywista już na pierwszy rzut oka. Sęk w tym, że dla jednych było zupełnie oczywiste, co innego niż dla pozostałych."

Boni avatar Boni
Sun, 15 Feb 2015 11:51:01
@Gammon

Przyznam się, że nic mi nie dzwoni, albo doskonale nie widziałem, albo doskonale wyparłem.

@janek

Pewnie, że takie wkręty są od zawsze, pewnie już gdzieś na budowie Stonehenge ktoś komuś udowadniał, że tamten nie zna się na nowoczesnej technologii krzemu, bo nie wysłuchał uważnie wykładów Conall mac Fiachna (nie ważne że właśnie go zmyśliłem) a w ogóle to układaliśmy znacznie mniejsze menhiry ze szwagrem po pijaku, i przecież to jest łatwe.

@spryskiwacz

Jestem zaspany, nie myślę, nie mam pojęcia, mam wrażenie, że w wersji podwodnej jak nawet dygnie nieco na początku, to potem (przy stabilnym przepływie wody) wcale nie będzie się obracał.

Gammon No.82
Sun, 15 Feb 2015 13:21:58
"albo doskonale nie widziałem, albo doskonale wyparłem"

To tak samo jak Leonardo. Ale czy on nie mógł chociaż w dzieciństwie kręcić zdechłym szczurem za ogon?

Maciek
Mon, 6 Apr 2015 22:55:39
Proponuję poprawkę: "dwa solidne obiekty" -> "dwa ciała stałe". To jest niewierne tłumaczenie, ale dobrze oddaje sens.

Bardziej oczywiste: "nauk naturalnych" -> "nauk przyrodniczych".

Boni avatar Boni
Tue, 7 Apr 2015 18:51:32
@Maciek
"Proponuję poprawkę: "dwa solidne obiekty" -> "dwa ciała stałe". To jest niewierne tłumaczenie, ale dobrze oddaje sens."

Może i tak, ale też mi się nie podoba, moje to gupia kalka, ciała stałe to fizyka, nie wiem, może najsensowniej "obiekty" po prostu.

"Bardziej oczywiste: "nauk naturalnych" -> "nauk przyrodniczych"."

Tak oczywiste, że nie wiem jakim cudem przeoczone.

Maciek
Wed, 8 Apr 2015 01:13:27
To może po prostu przedmioty? Obiekt po polsku poza informatyką i filozofią brzmi dziwnie.

Boni avatar Boni
Wed, 8 Apr 2015 09:13:38
Eee tam, obiektem do zdobycia bywa most na rzece, który zaczynał karierę jako prozaiczny obiekt budowlany. Ale w temacie tego tłumoczenia, oczywiście, przedmioty.




Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018